Kamery zamiast lusterek i nie tylko. Czy lepsze może być wrogiem dobrego?

Ewolucja jest wpisana w nasze DNA. Dążymy ku lepszemu, by poprawić byt. Komfort codziennego funkcjonowania. Podobnie w motoryzacji, gdzie zmierzamy w stronę elektromobilnej sfery, nie tylko w kategorii napędowej. To też tyczy się elektroniki, coraz powszechniejszej. Niestety, niektóre rozwiązania potrafią przynieść więcej szkód, niż pożytku.

Współczesne samochody nafaszerowane są elektroniką. Część z systemów byłaby zapewne nieobecna lub łatwa do wyłączenia, gdyby nie regulacje Brukseli. Już w w tym roku, każdy nowo wprowadzany model musi mieć układ czuwający nad skupieniem kierowcy na drodze i ostrzegający o przekroczeniu prędkości, już o 1 km/h. W większości nowych aut te udogodnienia włączają się wraz z każdorazowym uruchomieniem silnika. Potrafią czasem przestraszyć. W Hyundaiu Konie, wystarczy zwrócić się w stronę pasażera, by na ekranie pojawiła się żółta kontrolka, a w głośnikach dźwięk ostrzegawczy. I tak za każdym razem. Można zwariować, bowiem niezbyt miłe dla ucha brzmienie co chwila trafia w czułe punkty ludzkiego organizmu.

Zobacz wideo Znaleziono zdekompletowane Audi skradzione na terenie Niemiec

Niebezpieczny też bywa Lane Assist. To system utrzymujący auto w zadanym pasie ruchu. Niby zaprojektowany dla naszego bezpieczeństwa i komfortu, a w niektórych sytuacjach, zwłaszcza w mieście, może nieść przykre konsekwencje. Chociażby dlatego, że jakość polskich dróg woła w wielu miejscach o pomstę do nieba. W zimowych miesiącach, gdy temperatura regularnie przechodzi przez 0 stopni Celsjusza, woda zamarza, drążąc w nawierzchni otwory. Te przeradzają się nierzadko w prawdziwe kratery. Natura tak nas stworzyła, że unikamy zagrożenia. Tym samym, instynktownie skręcamy kierownicą, aby uniknąć wjechania w dziurę. Nierzadko, nachalny asystent utrzymania auta w pasie ruchu, uniemożliwi wykonanie manewru i kłopot gotowy. Opona, felga, amortyzator. Rachunek w warsztacie może z łatwością przekroczyć 10 tysięcy złotych.

Nie warto też w pełni ufać adaptacyjnemu tempomatowi. Ten działa optymalnie, jeśli droga nie przewiduje niespodzianek. Najlepiej sprawdza się na ekspresówkach i autostradach, gdzie oznakowanie dozwolonych prędkości jest klarowne. Te z ostatnich lat, mają również funkcję Stop&Go. Zatrzymają się przed poprzedzającym pojazdem w korku i utrzymają ciśnienie w hamulcach. Ruszą, gdy auto przed nami zrobi to samo. Bardzo komfortowa opcja. Problemy pojawiają się przy okazji remontów lub większego zagęszczenia dróg. Radary potrafią wychwycić ograniczenia prędkości na równoległej szosie lub pobrać z nawigacji nieaktualne zalecenia. Wówczas, pojedziemy za szybko, narażając się na mandat lub samochód zacznie hamować na przykład ze 140 do 70 km/h, doprowadzając do niebezpiecznej sytuacji dla innych użytkowników. Należy ufać, ale równocześnie kontrolować.

Kamery zamiast lusterek. Świat cyfrowy lepszy niż analogowy?

Osobny rozdział poświęcamy kamerom. Te od lat są stosowane w autach. Zaczęło się od kamery cofania, idealnie funkcjonującej w dużych autach, gdzie trudno wyczuć zwieńczenie rufy. Parkingowa obcierka wymusi nie tylko uruchomienie ubezpieczenia, lecz również skończy się mandatem w kwocie nie mniejszej, niż 1000 złotych (jeśli wezwiemy funkcjonariuszy). Taki wydatek zaboli każdego. Tym samym, użytkując SUV-a, sedana klasy średniej lub pojazd z ograniczoną widocznością do tyłu, postawmy na kamerę. Najlepiej o zasięgu 360 stopni. Wtenczas będziemy mieć pełny przegląd pola.

Kolejna generacja kamer pojawiła się niemal dwie dekady temu. Zaczęło się od Mercedesa Klasy S, który zaoferował swoim klientom noktowizję. Teraz takie udogodnienie znajdziemy już w Peugeocie 508. Czasem się przydaje. Zwłaszcza nocą i przy opadach atmosferycznych, gdy trudno dostrzec pieszego w czarnej kurtce lub duże zwierze czyhające na poboczu.

Następny krok objął lusterka boczne i wsteczne. O ile to wewnętrzne sprawdza się całkiem dobrze, o tyle zewnętrzne traktujmy w kategorii niemodnego gadżetu. Znajdziemy je chociażby w Hyundaiach Ioniq 5 i 6, Lexusie ES oraz w Audi Q8 e-tron. Dopłata to tego rozwiązania wynosi od 8 do 10 tysięcy złotych.

Lusterka-kamery, Hyundai Ioniq 6Lusterka-kamery, Hyundai Ioniq 6 fot. Piotr Mokwiński

W każdym z tych modeli wywołują skrajne emocje. W tych w Audi, czerwona kontrolka w soczewce może przywoływać na myśl kultową serię filmów o Terminatorze. Kształt i skromna wielkość korzystnie wpływają natomiast na aerodynamikę. Nie wychodzą również poza obrys karoserii, co ułatwia przeciskanie się przez zatłoczone miasto. Jaka jest ich skuteczność? Niestety, rozczarowująca.

O dziwo, zadowalająco funkcjonują w lekkim deszczu oraz nocą, na drogach z niezłej klasy oświetleniem. Obraz przenoszą na ekrany typu LED lub OLED. Są dotykowe i właśnie w taki sposób zmieniamy kąty i dopasowujemy do własnych preferencji widok. Zarówno z lewej, jak i prawej strony. Do tego generują znacznie mniejszy szum powietrza przy prędkościach autostradowych. Szkoda, że niełatwo się do nich przyzwyczaić. O ile na ekspresówkach całkiem szybko wyczujemy odległości przekazywane przez kamerę, o tyle w mieście potrzeba dużo czasu, by zdać sobie sprawę z tego, czy faktycznie możemy już zmienić pas. Przeciętnie też przedstawia się sytuacja podczas manewrów parkowania. Czasem będziemy wręcz zmuszeni do wyjścia z auta i sprawdzenia sytuacji własnym okiem. To bywa groteskowe, zwłaszcza w aucie za 300-500 tysięcy złotych. Mimo starań konstruktorów, lepiej wówczas korzystać z centralnej kamery cofania i śledzić poczynania samochodu na monitorze pośrodku kokpitu. Chyba nie taki był zamysł inżynierów. Lepiej pozostać przy tradycyjnych, wydatnych lusterkach.

Kamery mają również inną wadę. To parowanie, na które niewiele możemy poradzić. Występuje w sytuacji dużej różnicy temperatur. Chociażby zimą, gdy trzymamy auto na parkingu podziemnym w temperaturze 10-15 stopni Celsjusza, a na zewnątrz jest lekki mróz. Wtedy nastawmy się, że przez 10-20 minut obraz na ekranach będzie za mgłą, co dodatkowo utrudni miejskie manewry.

Pytaliśmy wielu osób o wrażenia z obcowania z takim rozwiązaniem. Spotkanie się z pozytywną opinią to jak szukanie igły w stogu siana. Oliwy do ognia dolał pracownik zawiadujący sporą flotą pojazdów z kamerami zewnętrznymi. Mimo długich miesięcy codziennego kontaktu z elektroniką, przyznał, że analogowe lustra są o niebo lepsze. Cóż, pozostaje nam przytaknąć.

Postęp jest nieunikniony

Nie mamy większego wpływu na to, z czym zderzymy się w kolejnych generacjach samochodów. Ewolucja trwa w najlepsze, a elektronika stała się nieodzownym towarzyszem dnia powszedniego. Musimy ją zaakceptować lub ograniczyć wpływ na nasze poczynania. Bywa przewrażliwiona w sporym natężeniu ruchu i raczej nieprzydatna podczas gęstych opadów atmosferycznych. Większość systemów zwyczajnie przestaje działać. Nie inaczej jest z lusterkami. Obiektyw trzeba regularnie czyścić.

Każdy z nas ma świadomość, czego potrzebuje. Dla niektórych zdobycze technologiczne staną się wiernymi kompanami codziennej tułaczki, a dla innych zmorą. Konfigurując nowy pojazd lub poszukując używanego, stawiajmy na specyfikacje pokrywające się z oczekiwaniami. Unikniemy rozczarowania, a może też zaoszczędzimy parę złotych.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.