Musimy przygotować się na wojnę handlową z Chinami. Polski przemysł jest w tarapatach

Wszystko wskazuje na to, że europejski przemysł motoryzacyjny czekają chude lata. Nieostrożna polityka unijnych decydentów dotycząca nagłej elektryfikacji transportu postawiła producentów w bardzo złym położeniu. Napięte relacje pomiędzy Brukselą a Pekinem, a także wprowadzenie ceł i ich konsekwencje mogą okazać się bardzo dotkliwe także dla polskich przedsiębiorstw.

Unijna proekologiczna polityka doprowadziła do dość interesujących, choć niezamierzonych konsekwencji. Stało się jasne, że producenci z Europy, nieprzygotowani do szybkiej elektryfikacji swojej gamy modelowej, nie są w stanie konkurować z markami z Chin, które rozwijają tę technologię od wielu lat i zdołali ograniczyć koszty produkcji do minimum. Co więcej, klienci porzucili sceptycyzm i coraz częściej wybierają pojazdy z ChRL, które przekonują do siebie bardzo dobrym stosunkiem jakości do ceny. W związku z tym wiele firm ze Starego Kontynentu skazanych jest na bankructwo. Jak widać, polityczno-gospodarczy barszczyk się wylał, a unijni decydenci próbują go wycierać przy pomocy ścierki utkanej z karnych ceł.

12 czerwca Komisja Europejska poinformowała, że zamierza podwyższyć cła na elektryki wyprodukowane w Chinach. Ich wysokość wynosi od 17,4 proc. do 38,1 proc. i będą one doliczane do aktualnej 10-procentowej stawki cła. Wysokość celnej opłaty będzie zależna od marki i kwoty dopłat, jakie otrzymała od władz. Finansowe wsparcie od rządu w Pekinie naruszało zasady konkurencyjności i działało na niekorzyść producentów z UE. Stąd też decyzja o wprowadzeniu ceł. Oczywiście są to jedynie wstępne ustalenia. Jeżeli Komisja nie dogada się z Pekinem i nie znajdzie kompromisu, wejdą one w życie już na początku lipca. Oczywiście, chińskie władze zdążyły nas przyzwyczaić do tego, że "co złego, to nie one". Dlatego też, nie poczuwając się do żadnej winy, grożą "cłami odwetowymi". Dotkną one prawdopodobnie pojazdów spalinowych z silnikami o pojemności przekraczającej dwa litry. Niestety, aktualna sytuacja może ulec pogorszeniu.

Wojna handlowa z Chinami. Jeżeli nic się nie zmieni, będzie nieunikniona

Zdaniem ekspertów aktualna napięta sytuacja pomiędzy Unią a Chinami to preludium do wojny handlowej. Członkowie Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych SDCM stwierdzają, że byłaby ona niezwykle niekorzystna dla polskich przedsiębiorstw. Polska jest bowiem siódmym największym eksporterem części na świecie (zgodnie z informacjami World's Top Exports (WTEx)). Wartość eksportowanych produktów wynosi ponad 15 mld dolarów, co odpowiada za 3,6 proc. całego światowego eksportu części. Według Głównego Urząd Statystyczny produkcja części i komponentów na potrzeby przemysłu motoryzacyjnego w Polsce w 2023 roku warta była ok. 123 mld złotych.

Jak stwierdza Tomasz Bęben, prezes zarządu stowarzyszenia SDCM, a zarazem członek zarządu Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Części Motoryzacyjnych CLEPA, potencjalna wojna handlowa z Chinami będzie niezwykle bolesna dla europejskiej branży automotive. "Ostatnie czego potrzebujemy to wojna handlowa, która dotknie także firmy działające w Polsce. Tego typu działania to miecz obosieczny i możemy szybko pożałować tej decyzji. Jesteśmy mocno zglobalizowaną branżą, dlatego niestety odczujemy skutki ewentualnych kroków odwetowych ze strony Chin. Jeśli przykładowo dojdzie do załamania łańcuchów dostaw, co wpłynie na produkcję europejskich producentów pojazdów, to dostarczający do nich części producenci z Polski stracą popyt na swoje produkty" - stwierdził prezes SDCM w wypowiedzi udzielonej Polskiej Agencji Prasowej. 

Wojna handlowa z Chinami. Europejski przemysł motoryzacyjny w tarapatach

Bęben słusznie podkreśla, że europejski przemysł motoryzacyjny przechodzi właśnie największą w swojej historii transformację. Musi przestawić się na produkcję wyłącznie pojazdów zeroemisyjnych, które jednak nadal nie znajdują uznania wśród klientów, a dodatkowo mają ograniczone możliwości ładowania, a sama ich cena jest zbyt wysoka dla przeciętnego Kowalskiego. Wszystko to wpływa na pogorszenie się kondycji europejskich producentów. Ich pojazdy nie są w stanie konkurować ze znacznie tańszymi i dobrymi jakościowo pojazdami z Chin, które szybko znajdują nowych klientów.

Nałożenie ceł na elektryki z Chin nie zmieni kursu, w jakim podąża motoryzacyjny rynek. Europejscy producenci są na przegranej pozycji. To samo zdaje się stwierdzać Prezes SDCM. "Bez uproszczenia procedur, zmian zasad pomocy publicznej i zachęt dla inwestorów prywatnych założone przez UE cele klimatyczne nie zostaną osiągnięte lub odbędzie się to kosztem europejskiej gospodarki i motoryzacji, a więc i przedsiębiorców działających w Polsce. Cła nie będą niestety stanowiły remedium na wszelkie bolączki branży. Możemy wręcz bardzo szybko pogorszyć swoją sytuację" - zaznaczył Bęben.

Słowa ten nabierają większego ciężaru, gdy przypomnimy sobie o tym, że Chiny ciągle przygotowują się do odwetu i wprowadzenia ceł na auta spalinowe. Będzie to policzkiem wymierzonym w lico Komisji Europejskiej. Pekin może je tłumaczyć troską o środowisko naturalne, z którą najwidoczniej UE ma spore trudności. W końcu hipokryzją jest promować auta elektryczne i dbać o dobro planety, jednocześnie nakładając cła na elektryki spoza Europy, które są tańsze i pomogłyby osiągnąć klimatyczne cele, nieprawdaż? Niestety, wydaje się, że unijnych politycy w całym proekologicznym ferworze zapomnieli o zapewnieniu stabilnej przyszłości własnej gospodarce, która oprócz konkurencji z Chin, musi mierzyć się z wyższymi cenami energii, bałaganem w przepisach, a także brakiem wsparcia ze strony unijnych organów.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.