Rycerze swastyki, cz. 24. Brytyjski tłum wiwatuje na cześć niezwyciężonych Niemców

Jesteśmy na brytyjskim torze Donington Park, jest 2 października 1937 roku. Z pól startowych dobiega dudnienie silników Mercedesów, grzmot 16-cylindrowych motorów wyścigówek Auto Union, nerwowy jazgot brytyjskich silniczków i śpiew nielicznych Maserati. Za chwilę rozegra się wielka bitwa nazistowskich zespołów z zacofaną technicznie resztą świata.

Kierowcy wsiadają do wozów. Mechanicy Mercedesa i Auto Uniona już wymienili świece zapłonowe z rozruchowych na te do jazdy wyścigowej. Zbiorniki pełne, opony świeże. Wokół toru siedzi i stoi 60 tysięcy ludzi, absolutny rekord wyspiarskiego królestwa. Wciąż liczą na zwycięstwo "swoich". Niemieccy mechanicy patrzą na nich z uzasadnioną wyższością. Do startu pozostało pół minuty, czas uruchomić silniki. Gdy Brytyjczycy rytmicznie przegazowują swoje silniczki, dbając o czystość świec, zawodnicy niemieckich teamów przytrzymują swoje jednostki napędowe na poziomie 1500 obr./min i czekają na sygnał startera.

Zobacz wideo Coś specjalnego z portfolio Mercedesa? Maybach klasy S 580 to model dla bardzo wymagających klientów [AUTOPROMOCJA]

Niemiecki występ na GP Wielkiej Brytanii był upokarzający dla reszty stawki

Ruszają z miejsca. Niemieckie wozy pozostawiają na nawierzchni długie, dymiące, czarne ślady. Dźwięk motorów nie przypomina niczego innego, tłum kibiców zamiera w całkowitej ciszy. Auta znikają im z oczu. Kto pojawi się na czele stawki po pierwszym okrążeniu? Siedem niemieckich aut, blisko siebie niczym szyk samolotów bojowych, z rykiem przelatuje długą prostą, osiągając ponad 270 km/h. Oczy i mózgi angielskich widzów nie są do takiej prędkości przyzwyczajone. Srebrzyste potwory zbijają się w jeszcze ciaśniejszą grupę przed nawrotem Melbourne, który pokonuje się z prędkością 25 km/h i błyskawicznie rozpędzają się pod górę, odrywając dwa albo nawet cztery koła na szczycie wzniesienia, lecąc z prędkością 160 km/h. Takiego widowiska Anglia dotąd nie widziała.

Według dzisiejszych realiów wyglądało to jak wyścig Ferrari z Trabantami. Lang pierwszy, Caracciola drugi, za nim von Brauchitsch, potem Seaman, Rosemeyer, Müller i Hasse. Po nich długa przerwa, wypełniona coraz cichszym pogłosem niemieckich silników. Pojawia się książę Bira w Maserati, za nim Anglicy Martin, Mays i Howe w swoich wyścigówkach marki ERA. Moment przerwy. Ludzie patrzą na siebie z niedowierzaniem. Owszem, czytali w gazetach o dominacji teamów z III Rzeszy, ale każdy mówił sobie w duchu, "przecież to niemożliwe, nie mogą być aż o tyle szybsi od naszych".

Skok Manfreda von Brauchitscha na torze Donington Park, GP Wielkiej Brytanii 1937 r.Skok Manfreda von Brauchitscha na torze Donington Park, GP Wielkiej Brytanii 1937 r. fot. Wikimedia Commons

Tor Donington Park należał do Caraccioli, Rosemeyera i von Brauchitscha

Z każdym okrążeniem stawka syjamsko-brytyjska zostaje coraz bardziej z tyłu. Poza samotną dwójką wszyscy bukmacherzy i ich pomagierzy biorą nogi za pas i zmywają się z terenu toru. Gdyby zostali na miejscu, flegmatyczni Anglicy zlinczowaliby ich niechybnie... Oniemiała publiczność patrzy na kierowców marek Auto Union i Mercedes, którzy szybkie zakręty pokonują z wielką pewnością siebie szerokimi, czterokołowymi poślizgami. Na trzecim okrążeniu Muller puka w tył auta Seamana na dohamowaniu, Seaman na chwilę opuszcza tor. Po chwili wraca, ale z uszkodzonym zawieszeniem. Po dziesięciu okrążeniach nadal prowadzi precyzyjny, spokojny Lang, za nim plasuje się wściekle nacierający von Brauchitsch, dalej Rosemeyer, Caracciola, Müller, Seaman. Trzy kółka później von Brauchitsch wyrywa Langowi prowadzenie, a jedno okrążenie po tym cztery prowadzące niemieckie auta dublują wszystkich miejscowych konkurentów. Pozornie szybkie Maserati czy ERA, teraz wyglądają, jakby były zepsute.

Wcale nie jest jasne, kto zwycięży w wyścigu, który liczy 80 okrążeń. Rosemeyer powoli wypracowuje sobie pozycję i zbliża na cztery długości auta do von Brauchitscha. Gdy ten ostatni zjeżdża do boksu na wymianę poszarpanych opon i tankowanie, Auto Union Rosemeyera wychodzi na prowadzenie. Caracciola jest drugi, ściga go von Brauchitsch w identycznym Mercedesie. Brytyjska publika nadal milczy, chwilami komentując wyścig ściszonymi głosami. Od kosmicznych nierówności toru Langowi odmawia posłuszeństwa amortyzator i zawodnik musi wycofać się z zawodów. To samo czyni Seaman, u którego resztki zawieszenia wloką się pod samochodem.

Bernd Rosemeyer przed Manfredem von Brauchitschem podczas GP w Donington Park 1937 r.Bernd Rosemeyer przed Manfredem von Brauchitschem podczas GP w Donington Park 1937 r. fot. Wikimedia Commons

Zmiana kół i tankowanie auta Rosemeyera zajęła 30 sekund. Anglicy biją brawo

Doświadczony, opanowany Caracciola wie, co robi. Nie zjeżdża na zmianę opon, oszczędza je, a w miejscu, gdzie wszyscy wykonują efektowny skok, jedzie wolniej i delikatniej. Odrabia pomału stratę do Rosemeyera i gdy ten zatrzymuje się w boksie po opony i paliwo, szczwany lis Caracciola obejmuje prowadzenie w wyścigu. Rosemeyerowi zmieniono 4 koła i zatankowano auto w 30 sekund, Mullerowi nawet szybciej, w 29. Brytyjscy kibice wstają z miejsc i biją brawo. Czegoś takiego nie mieli okazji widzieć. Niemcy tankują paliwo pod ciśnieniem; brytyjscy mechanicy nalewają je z baniek przez lejki, co zajmuje kilkakrotnie więcej czasu.

Wściekły von Brauchitsch próbuje dogonić Caracciolę, jadąc w swoim agresywnym, nierównym stylu. Udaje mu się zdobyć nowy rekord średniej prędkości okrążenia: 137,8 km/h. Neubauer, kierownik teamu Mercedesa, nie zabrania swoim kierowcom bratobójczej rywalizacji. Na 36. okrążeniu von Brauchitsch wreszcie znajduje się przed Caracciolą; trzeci jedzie Rosemeyer, wiedząc, że do przejechania została jeszcze połowa wyścigu. Na czterdziestym okrążeniu Rudolf Caracciola zjeżdża do boksów na swoją jedyną wymianę opon i tankowanie, a na torze jego miejsce zajmuje Rosemeyer.

Rudolf Hasse w Auto Union, GP Wielkiej Brytanii, Donington Park, 1937 r.Rudolf Hasse w Auto Union, GP Wielkiej Brytanii, Donington Park, 1937 r. fot. Wikimedia Commons

Wyścig wygrał Rosemeyer, któremu przetarło się siedzenie w kombinezonie

Po 52 okrążeniach von Brauchitsch musi znów zmienić tylne koła. Jego nerwowy styl jazdy wręcz zjada tylne opony. Rosemeyer w tym momencie wychodzi na prowadzenie, które zaczyna powoli powiększać. Dziewięć okrążeń później, przy bardzo wysokiej prędkości, wybucha jedna z przeciążonych tylnych opon von Brauchitscha. Ku zdumieniu widowni Niemiec opanowuje auto i doczołguje się do boksów, ze strzępami opony trzymającymi się jeszcze obręczy. Przewaga Rosemeyera rośnie, i uśmiechnięty blondyn utrzymuje ją nawet po swojej zmianie opon, po której pojawia się problem z ponownym uruchomieniem gorącego silnika.

Ścigający go Manfred von Brauchitsch wie, że nie ma szansy go dogonić, więc postanawia, co dla niego nietypowe, po prostu cieszyć się jazdą. Wesoło macha dłonią dublowanym po raz n-ty brytyjskim zawodnikom, macha do tłumu kibiców, popisuje się perfekcyjnymi poślizgami. Za nim spokojnie dowozi trzecie miejsce Caracciola. Jego z kolei od Mullera i Hassego dzieli jedno okrążenie, od syjamskiego księcia Bira w Maserati całe 10 kilometrów. Liderzy aż do końca wyścigu jadą ostrożniej, dbając o silniki, skrzynie biegów i zawieszenia. Wygrywa Rosemeyer, któremu w ferworze walki przetarło się siedzenie w kombinezonie. Brytyjska widownia jest oszołomiona spektaklem, którego była świadkiem. Niemcy pozostawiają po sobie wrażenie, że są niezwyciężeni, czyli dokładnie takie, o jakie chodziło władzom III Rzeszy.

cdn.

Bernd Rosemeyer triumfuje w GP Wielkiej Brytanii w 1937 r. na torze Donington ParkBernd Rosemeyer triumfuje w GP Wielkiej Brytanii w 1937 r. na torze Donington Park fot. Audi

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.