Latające samochody. Patrz w górę, bo są bliżej, niż myślisz [MOTO 2030]

Łukasz Kifer
Patrzymy na mobilność z przyziemnej perspektywy. Widzimy samochody, które będą samodzielnie myśleć, rozmawiać i jeździć. Tymczasem przyszłość motoryzacji może być znacznie bardziej odlotowa.

MOTO 2030 to copiątkowy cykl Gazeta.pl, w którym poruszamy najważniejsze tematy dotyczące przyszłości motoryzacji, transportu, technologii. Samochody, drogi i miasta bardzo dynamicznie zmieniają się na naszych oczach. Co piątek dziennikarze Moto.pl będą o tych zmianach pisać. Tutaj znajdują się wszystkie artykuły z cyklu MOTO 2030.

Idea latającego samochodu przewija się w literaturze i filmach od wielu lat. Brzmi absurdalnie, nierealnie, a nawet niebezpiecznie. Mimo to nad wcieleniem jej w życie pracują niemal wszystkie koncerny samochodowe, lotnicze i firmy transportowe.

Gdyby ktoś powiedział, że nad latającymi samochodami pracują największe firmy z branży motoryzacyjnej, lotniczej i oferujące usługi transportowe, popukałbym się w czoło. Tymczasem duże sumy w rozwój podniebnej mobilności od kilku lat inwestuje Audi, Mercedes, Porsche, Geely (chiński właściciel Volvo) oraz korporacje lotnicze Airbus, Boeing, Bell, Ebreaer, a także Uber oraz Google.

Kilka dni temu, w środku kryzysu gospodarczego, Porsche i Boeing ogłosiły, że zaczynają wspólnie rozwijać projekty latających miejskich środków transportu klasy premium. Brzmi absurdalnie, a jednak.

- Porsche chce rozszerzyć zakres działania poza sportowe samochody i stać się liderem szeroko rozumianej mobilności klasy premium. W dalszej perspektywie może to oznaczać przeniesienie tej mobilności w trzeci wymiar - powiedział w oświadczeniu opublikowanym przez agencję informacyjną Reuters członek zarządu Porsche, Detlev von Platen.

Jeśli ktoś myśli, że to tylko słowa, warto nadmienić, iż kilka miesięcy temu Boeing wykonał udany testowy lot autonomiczny prototypem latającego samochodu, który może zabrać na pokład cztery osoby i pokonać odległość 80 km.

Wizualizacja Porsche/BoeingWizualizacja Porsche/Boeing fot. Porsche

Nie fruwające samochody, tylko duże drony

Idea latających aut wydaje nam się bez sensu, bo postrzegamy ją przez pryzmat popkultury i twórczości science fiction. W najlepszym przypadku oczami wyobraźni widzimy samochód Ricka Deckarda z "Łowcy Androidów", a w najgorszym przypominamy sobie serial animowany "The Jetsons".

Wyobrażamy sobie pojazdy wielofunkcyjne - samochody, które zjeżdżają z autostrady na pas startowy i rozkładają skrzydła. Tymczasem środki transportu, nad którymi pracują przemysłowi giganci, przypominają bardziej duże drony. Są określane wspólnie akronimem eVTOL: Electric Vertical Take-Off and Landing. Elektryczne samoloty pionowego startu i lądowania.

Technologia, która umożliwiła powstanie i rozkwit rynku dronów, może być wykorzystana i do opracowania latających samochodów. Oczywiście nie będzie to proste przeskalowanie projektów, bo wraz z rosnącym udźwigiem coraz większym problemem staje się masa akumulatorów, które dostarczą energię do silnika zdolnego unieść statek unieść taki statek powietrzny i umożliwić lot trwający dłużej niż kilka minut.

Jednak stworzenie takich środków transportu nie przekracza możliwości największych koncernów lotniczych i samochodowych na świecie, a do takich należą Boeing i Porsche. Trzeba tylko znaleźć chętnych, którzy będą chcieli je kupić.

To kolejny źle rozumiany aspekt latających samochodów. To nie będą prywatne środki transportu, które zlikwidują korki na autostradach. Raczej pozwolą je ominąć bogatszym osobom i dotrzeć na miejsce powietrzną taksówką.

Nie będziemy kupować latających samochodów, tylko usługi

W dłuższym okresie może to oznaczać przeniesienie części usług związanych z mobilnością w trzeci wymiar. Rodziny nie będą latać swoimi porsche na wakacje. Takie statki powietrzne mają być środkiem transportu na nieduże odległości, który nie będzie ograniczony infrastrukturą drogową. Takimi latającymi taksówkami, a raczej Uberem.

Słynne amerykańskie przedsiębiorstwo dostarczające usługi z zakresu mobilności, którego boją się wszystkie korporacje taksówkowe, wiąże duże nadzieje z latającymi autami. Stworzyło partnerstwo Uber Elevate, które współpracuje z ośmioma innymi firmami. Mają dostarczyć Uberowi elektryczne powietrzne taksówki.

Wizualizacja Audi/Airbus/ItaldesignWizualizacja Audi/Airbus/Italdesign fot. Audi

Wśród nich jest Hyundai, Bell i Embraer (spółka EmbraerX), ale także mniej znane firmy, na przykład Joby i Aurora. Takich startupów jest więcej, jednak jeśli dotrzeć do inwestorów, okazuje się, że za każdym z nich stoją pieniądze jakiegoś giganta.

W Joby zainwestowała Toyota, a Aurora to Boeing. Startup Kitty Hawk działa za pieniądze Larry'ego Page, jednego z założycieli Google, a dyrektorem firmy jest Sebastian Thrun - niegdyś wiceprezes Google odpowiedzialny za samochody autonomiczne.

Można tak długo wymieniać różne firmy. Volocopter to Daimler i Geely. Chiński miliarder Li Shufu jest już właścicielem Volvo i 10 proc. akcji Daimlera, ale postanowił rozszerzyć swoje portfolio o latające samochody. Zainwestował też w drugi startup tego typu, kalifornijską firmę Terrafugia.

Airbus wspólnie z Audi i Italdesign już w 2018 r. pokazał koncepcję modułowego środka transportu, składającego się kapsuły pasażerskiej, która może być połączona z podwoziem na kołach albo podwieszona pod wielkim dronem.

Startupy w tej branży powstają na całym świecie

Jest znacznie więcej takich firm. Pochodzą z Izraela, Słowacji, Chin i innych zakątków świata. Wszyscy widzą tej branży potencjał. Latające samochody mają być alternatywą dla aut i helikopterów jednocześnie. Pierwsze utykają w miejskich korkach, drugie są zbyt kosztowne i wymagają wysokich umiejętności do pilotażu.

Latające samochody mają łączyć zalety jednych i drugich. Będą stosunkowo tanie i proste w obsłudze, bezpieczne i szybkie. Mogą też być w większym stopniu autonomiczne. W powietrzu jest znacznie mniej przeszkód niż na ziemi, a automatyka od wielu lat działa w samolotach.

Kiedy możemy liczyć na pierwsze komercyjnie dostępne latające samochody? Perspektywy przedstawiane przez różnych producentów się różnią, ale nie są odległe. W 2018 roku Uber obiecywał, że do 2020 r. wprowadzi usługi powietrznego transportu na terenie aglomeracji Dallas i Los Angeles. Już wiemy, że to się nie stanie, ale 2023 lub 2025 r., obiecywany przez wiele firm, brzmi całkiem realnie.

Najpierw zostaną wdrożone w najbogatszych i najbardziej zatłoczonych miastach i państwach: Emiratach Arabskich, Hongkongu, Singapurze, chińskich i amerykańskich metropoliach. Policja w Dubaju już się do tego przygotowuje.

HoverbikeHoverbike fot. Hovercraft

Wyposażyła swoich funkcjonariuszy w powietrzne motocykle firmy Hoversurf. Będą czuwać nad bezpieczeństwem i porządkiem na dachami drapaczy chmur. Jeszcze nie teraz, bo na razie maksymalny pułap takich urządzeń to pięć m, a rekord wysokości wyniósł 30 m, ale następne generacje będą miały większe możliwości.

Podstawowymi przeszkodami, które mogą stanąć na drodze do wzrostu popularności powietrznych aut, jest źródło zasilania i bezpieczeństwo, również w kontekście ataków terrorystycznych. Przełom w branży akumulatorów, dzięki któremu staną się lżejsze, byłby prawdziwym kopniakiem w górę dla tej branży. Trzeba będzie też zmienić prawo lotnicze.

Ostatnio pojawiła się jeszcze jedna bariera

Kryzys wywołany epidemią koronawirusa najmocniej uderzył właśnie w firmy lotnicze, samochodowe i oferujące usługi transportowe. Niektóre mogą zbankrutować, a kiedy inne zaczną ciąć koszty, pierwsze pod nóż pójdą futurystyczne projekty działów opracowania i rozwoju.

Ale kryzys może mieć i drugą, pozytywną stronę. Firmy, które go przetrzymają, mogą skorzystać z rosnącego popytu na usługi transportowe, które pozwalają na większą izolację. Już widać taką tendencję w różnych formach. Chętnie z nich skorzystają zwłaszcza bogaci ludzie i firmy. Wielu z nich czeka na latające samochody.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.