Rycerze swastyki, cz.9. Grand Prix Francji 1934 r.

Po występie na torze Nurburgring Srebrne Strzały, z których nikt nie zdrapywał lakieru, miały pojechać do Francji, na szybki i nierówny tor Monthlery. Wyścigowe narzędzia propagandy miały pokazać Europie siłę niemieckiej technologii.

Ekipy Mercedesa i Auto Uniona jechały na zachód pod ogromną presją. W końcu po to dostały grube pieniądze od władz nazistowskich, by zdecydowanie wygrywać ze wszystkimi cudzoziemskimi zespołami. Kilkanaście lat po drugiej wojnie światowej, w swoich wspomnieniach, przedwojenny szef działu sportu Mercedesa, Alfred Neubauer, starał się zbagatelizować polityczne naciski, płynące głównie ze strony szefa organizacji NSKK, Adolfa Huhnleina. Pisał o nim, że choć był prostakiem, to "jednak był to równy chłop". A prawda była taka, że wszyscy podlizywali się kurduplowatemu Huhnleinowi, którego Hitler mianował na stopień generała majora, nadał mu tytuł Reichsleitera i de facto władzę nad wszystkim, co liczyło się w niemieckich sportach motorowych.

Zobacz wideo Sportowa elegancja? Te dwie wykluczające się cechy doskonale łączy Mercedes E300 coupe

Więcej ciekawych tekstów o historii motoryzacji znajdziesz na stronie Gazeta.pl

Niemieckie ekipy bardzo chciały wygrać Grand Prix Francji na torze Monthlery

Huhnlein postanowił wybrać się do Francji razem z fabrycznymi teamami wyścigowymi — pańskie oko konia tuczy i tak dalej. Nie mógł nawet przypuszczać, że wyjazd na wyścig sprawi, że ominą go poważne przykrości. Otóż podczas jego nieobecności w Berlinie funkcjonariusze SS przeszukali szczegółowo jego dom i biuro. Wiązało się to z szerokimi represjami po tzw. puczu Rohma. Po powrocie z wyścigu szef NSKK zaprotestował ostro u Himmlera, co zapoczątkowało trwającą aż do śmierci Huhnleina w 1942 roku chorobliwą rywalizację z głową SS. Wróćmy jednak na tor Monthlery.

GP Francji 1934. Varzi,Trossi i CaracciolaGP Francji 1934. Varzi,Trossi i Caracciola fot. Bibliotheque Nationale de France

1 lipca 1934 był dniem pogodnym i upalnym. Pewni siebie Niemcy, z uśmiechami na twarzach, rozglądali się po trybunach, wypełnionych widzami, którzy pragnęli zobaczyć w akcji mocarne wozy, o których dotąd tylko czytali w gazetach. Nie zawiedli się. Na starcie znaleźli się Caracciola, von Brauchitsch i Fagioli w Mercedesach oraz Momberger, von und zu Leiningen oraz Stuck w Auto Unionach. Między srebrzystymi, opływowymi nazistowskimi maszynami stały karmazynowe, nieco kanciaste Alfy Romeo P3 oficjalnego zespołu włoskiej marki, noszącego nazwę Scuderia Ferrari. Za ich kierownicami zasiedli wytrawni weterani: Chiron i Varzi, a także całkiem przyzwoicie jeżdżący hrabia Trossi, który wspierał finansowo zespół z Modeny. Na dalszych polach startowych znajdowały się auta Maserati i Bugatti, pełniące w tych zawodach raczej rolę tła.

Kierowcy wyścigowi romansowali równie intensywnie, jak jeździli

Warto zaznaczyć, że między czołowymi kierowcami istniały dość osobliwe powiązania, hm, towarzyskie. Początek kariery urodzonego w Monako Louisa Chirona został sfinansowany przez Alfreda Hoffmanna, dziedzica rodzinnego koncernu farmaceutycznego Hoffmann-La Roche. Za pomoc kierowca odwdzięczył się sponsorowi, uwodząc jego żonę. Owa żona, Alice Hoffman-Trobeck, nosząca w towarzystwie przydomek "Baby", Chirona z kolei porzuciła dla... Rudolfa Caraccioli, który dopiero co owdowiał (jego żonę zabiła alpejska lawina). Romans z Caracciolą żona Hoffmana zaczęła, nie przerywając romansu z Chironem, tyle że Caracciolę w końcu naprawdę poślubiła. Kosmiczne przetasowania partnerów życiowych wśród celebrytów wcale nie są domeną naszych czasów.

Rycerze swastyki, cz.9. Nazistowskie wyścigówki psuły się dalejRycerze swastyki, cz.9. Nazistowskie wyścigówki psuły się dalej fot. Bibliotheque Nationale de France

Scuderia Ferrari zmiotła konkurencję. Niemieckie auta nie dotarły do mety

W wyścigu świetnie wystartował doświadczony Chiron, ale po trzech okrążeniach dopędził go jadący na sto procent Stuck. Momberger w Auto Unionie kolegi hrabiego von und zu Leiningena, który przed wyścigiem źle się poczuł, jechał nieźle, ale na dziesiątym z 40 okrążeń rozsypał mu się układ kierowniczy. Na następnym kółku von Brauchitschowi nawaliła sprężarka, zaś trzy okrążenia później z dalszej jazdy Mercedesem zrezygnował Fagioli. Bez hamulców jechało się bowiem dość kiepsko. Tymczasem karmazynowe Alfy parły naprzód.

Nazistowskie wyścigówki psuły się dalej. Caracciola przejechał tylko 15 okrążeń, albowiem posłuszeństwa odmówiła instalacja paliwowa. Jako ostatni, na 32. okrążeniu, ducha wyzionął Auto Union Hansa Stucka. U niego skończył się silnik. Na podium znaleźli się trzej kierowcy Scuderii Ferrari w Alfach Romeo, Chiron, Varzi i Trossi. Żadne niemieckie auto nie dojechało do mety i zamiast propagandowego sukcesu osiągnięto tylko taki efekt, że francuska prasa mogła do woli wyśmiewać się z buńczucznych Niemców.

Kronikarze skwapliwie pominęli słowa, które, po katastrofalnym przebiegu francuskiego Grand Prix, na pewno do obu niemieckich zespołów wypowiedział ogarnięty furią Huhnlein. Jasne było jedno — taki blamaż powtórzyć się nie mógł. Po klęsce na francuskim torze dyrektor Mercedesa, Kissel, natychmiast napisał do Hitlera podanie o dodatkowe pieniądze. Były niezbędne, by tak udoskonalić samochód, aby nigdy już nie przyniósł wstydu Tysiącletniej Rzeszy.

cdn.

GP Francji 1934GP Francji 1934 fot. Bibliotheque Nationale de France

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.