Rycerze swastyki, cz. 8. Mit srebrnych strzał

Pierwszy wyścig sezonu 1934, w którym miały wziąć udział sowicie dofinansowane przez nazistowskie władze zespoły Mercedesa i Auto Uniona, czyli wyścig na torze Avus, zakończył się tak naprawdę dla niemieckich ekip fiaskiem.

Mercedesy nie wystartowały wcale ze względu na defekt, zaś do mety dojechał tylko jeden Auto Union konstrukcji Ferdynanda Porsche. Sukces były pilnie potrzebny i teamom, od których władze domagały się wyników w zamian za subwencje, i propagandystom, próbującym budować wizerunek niezwyciężonego narodowego socjalizmu.

Zobacz wideo Czy w tym szaleństwie jest metoda? Sprawdzamy Mercedesa Klasy G, który przyspiesza od 0 do 100 km/h w 4,5 s

Więcej ciekawych tekstów o historii motoryzacji przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl

Metody zarządzania zespołem Mercedesa budziły niesmak Fagioli

Szansę na skuteczny pokaz siły dawał zbliżający się wyścig na torze Eifel, czyli na Nurburgringu. "Internationale Eifelrennen" nie miał statusu wyścigu Grand Prix, ale przyciągał tłumy i łatwo było władzom zapanować podczas tych zawodów nad mediami. Choć w wyścigu miały startować rozmaite Bugatti, Alfy Romeo i Maserati, jasne było dla każdego fachowca oglądającego poprzedzające wyścig treningi, że starsze samochody są praktycznie zdeklasowane przez potężne maszyny niemieckie i że stanowią tylko artystyczne tło. Auto Union wystawił trzy auta, zaś Mercedes dwa. Caracciola nie czuł się na siłach podołać trudom jazdy na torze w Górach Eifel.

Od razu na prowadzenie wysforował się jadący bezbłędnie Fagioli, ale podczas pit stopu szef teamu Mercedesa, Neubauer, kazał mu przepuścić wolniejszego von Brauchitscha, w tym wyścigu musiał bowiem zwyciężyć Niemiec w niemieckim aucie. W dalszej części wyścigu Fagioli zresztą wycofał się, co tłumaczono jakimś bzdurnym defektem, ale spowodowane było to raczej jego niesmakiem wobec metod zarządzania zespołem. Na drugim miejscu dojechał Hans Stuck w samochodzie Auto Union. Triumf nazistowskiej propagandy był nieunikniony. Wynik zawodów został wykorzystany w pełni wobec widowni krajowej oraz zagranicznej.

Legenda o zdrapywaniu lakieru z wyścigówek Mercedesa, to bujda

Jeszcze niedawno absolutnie każdy artykuł, książka czy film traktujący o sportowej historii marki Mercedes opowiadał o tym, jak to team Mercedesa, dostrzegłszy przed tym wyścigiem, że auta przekraczają o 2 kg limit masy 750 kg, zdrapał z wyścigówek biały lakier, stanowiący we wcześniejszej epoce wyznacznik niemieckiego pochodzenia samochodów. Tak miały narodzić się pierwsze "Srebrne strzały". Legenda o genezie srebrnego koloru niemieckich maszyn urosła do rozmiarów niemal narodowego mitu.

Ta totalnie wygodna legenda odwraca uwagę od faktu, że tor obwieszony był flagami ze swastyką, a kierowcy pozdrawiali oficjeli i tłumy hitlerowskim pozdrowieniem. Że formalnie organizatorem zawodów był zagorzały faszysta Huhnlein i jego NSKK. Że zespoły Mercedesa i Auto Uniona były sfinansowane przez machinę nazistowskiej propagandy. Legenda wybielała przedwojenny sport i tworzyła mityczną narrację, całkowicie oderwaną od realiów epoki.

Manfred von Brauchitsch przed startem na Nurburgringu, 1934 r.Manfred von Brauchitsch przed startem na Nurburgringu, 1934 r. fot. Daimler AG - Mercedes-Benz Classic Communications

Mechanicy ukradkiem odkręcali i wrzucali do oleju ciężkie elementy zawieszenia

Łatwo dostrzec w tej legendzie kilka nader poważnych usterek. Po pierwsze, już rok wcześniej na torze Avus, gdy von Brauchitsch wygrywał za kierownicą starego Mercedesa SSK, zamaskowanego wyklepaną z blachy aluminiowej lekko opływową karoserią, rozentuzjazmowany konferansjer wielokrotnie nazwał jego auto "Silberpfeil", czyli "srebrną strzałą" - a przecież nikt z niego niczego nie zdrapywał. Po drugie, zawody na Nurburgringu nie odbywały się według przepisów formuły 750 kg, więc dwa kilogramy nadmiaru masy nie miały absolutnie żadnego znaczenia. Po trzecie, żadna współczesna wyścigowi relacja nie zawiera nawet najmniejszej wzmianki o rzekomym usuwaniu farby z nadwozi Mercedesów.

Po czwarte, opisy aut z kiepskiego debiutu na torze Avus mówią o lśniących, duraluminiowych nadwoziach, podobnych do kadłubów samolotów. Po piąte, niemieckie auta wyścigowe notorycznie nie mieściły się w limicie masy i dlatego przed ważeniem na zawodach mechanicy zawsze oszukiwali. Ważono auta suche, bez paliwa i płynów eksploatacyjnych, więc podczas spuszczania oleju silnikowego odkręcano ukradkiem ciężkie elementy zawieszenia i upuszczano je do miski z olejem. Była to metoda tak niezawodna, że żadne usuwanie nieistniejącego lakieru nie było potrzebne. Po szóste wreszcie legenda ta została po raz pierwszy upowszechniona dopiero 24 lata po wyścigu.

Manfred von Brauchitsch w Mercedesie W25 podczas treiningu na Nurburgringu, 1934 r.Manfred von Brauchitsch w Mercedesie W25 podczas treiningu na Nurburgringu, 1934 r. fot. Daimler AG - Mercedes-Benz Classic Communications

Kto tego dokonał? Alfred Neubauer, zwalisty, z głową zwykle okrytą kapeluszem, urodził się w 1891 roku w Novym Jicinie koło Ostrawy (czyli teoretycznie tam, skąd pochodziła mityczna postać zbója Rumcajsa) na terenie Austro-Węgier. Podczas pierwszej wojny światowej służył jako artylerzysta, a potem pracował w zakładach Austro-Daimlera, stając się prawą ręką Ferdynanda Porsche. Startował też w wyścigach jako fabryczny kierowca Mercedesa, w tym na torze Monza wraz z hrabią Louisem Zborowskim. Ten świetny organizator prowadził team wyczynowy Mercedesa aż do 1939 roku, by po roku 1951 wrócić na to samo stanowisko. Jego przywództwu należy przypisać dużą część sukcesów marki w wyścigach samochodowych. Jemu też dzisiejszy sport zawdzięcza m.in. stosowanie tzw. pit boards, czyli tablic z istotnymi informacjami, wystawianych z alei serwisowej, a służących do przekazywania tych informacji kierowcom w pędzących autach.

Neubaeur chciał, żeby jego książka była ciekawa, więc wymyślił kilka rzeczy

W 1958 roku Neubauer znajdujący się już na emeryturze i spisujący wspomnienia z pomocą angielskiego dziennikarza, Harveya T. Rowe, wpadł na pomysł, by dla ubarwienia bardzo oględnie traktowanej w powstającej książce epoki nazizmu umieścić w tekście całkowicie sfabrykowaną relację z pełnego napięcia procesu usuwania białej farby. Najzabawniejsze jest to, że pierwsze powojenne wspomnienia Alfreda Neubauera, które wydano w formie niewielkiej książeczki w 1951 roku (zatytułowanej "Heute Lacht Man Darüber") nie zawierają ani słowa na temat rzekomego zdrapywania lakieru. W rozdziale mówiącym o formułach wyścigowych, których regulamin oparto na kryterium masy pojazdu, Neubauer wspomniał w tej książeczce o artykule z francuskiego czasopisma z 1906 roku, mówiącym o jakimś francuskim kierowcy, który zmuszony do obniżenia masy swego wozu zdrapał zeń 2 kilogramy farby. Prawda, że to ciekawy zbieg okoliczności?

Przez wiele lat lejtmotywem ostrożnie dobranych wspomnień marki Mercedes-Benz o czasach wyścigów w III Rzeszy była właśnie opowieść o rzekomym usuwaniu białego lakieru. Dziś dział prasowy Mercedesa omija tę kwestię szerokim łukiem, wspominając półgębkiem o "znanej legendzie", ale już nie nalegając, by dziennikarze bezkrytycznie ją rozpowszechniali. W 2007 roku, pod wpływem nacisku niektórych historyków, w muzeum Mercedesa odbyło się specjalne sympozjum na temat lakieru na Srebrnych Strzałach i archiwiści Mercedesa musieli publicznie przyznać, że nie istnieje żadna fotografia, która pokazywałaby wyścigówkę W25 polakierowaną na biało...

Zwycięstwo von Brauchitscha na Nurburgringu, 1934 r.Zwycięstwo von Brauchitscha na Nurburgringu, 1934 r. fot. Mercedes-Benz AG - Mercedes-Benz Classic Communications

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.