Grand Prix Monako jest najsłynniejsze, ale najtrudniejszy wyścig uliczny odbył się w 1930 roku w Polsce

Jak Jan Ripper wspominał po latach, każde okrążenie oznaczało w jego bugatti 29 do 36 zmian biegów, a cały wyścig był fizycznie i mentalnie bardzo wyczerpujący.

W początkach historii wyścigów samochodowych często rozgrywano zawody na trasach będących pętlami ułożonymi z ulic miasta.

Niewiele takich imprez przetrwało nieuniknione zmiany w zakresie bezpieczeństwa kierowców i kibiców - najsłynniejszą pozostaje Grand Prix Monako, po raz pierwszy zorganizowane w 1929 roku.

Ale ile osób zdaje sobie sprawę, że inny wyścig uliczny, uznawany przez kierowców za trudniejszy od tego w Monako, po raz pierwszy odbył się w 1930 roku w Polsce?

>>>>> zobacz krótkie wideo: Kierowca zignorował czerwone światło. W jego samochód uderzyły dwa tramwaje

Wyścig ten odbył się we Lwowie, trzecim największym mieście przedwojennej Polski. Dla wielu Polaków to miasto było silniejszym symbolem naszej niepodległości niż Warszawa, czy Kraków - przecież należało do Polski wcześniej od 1387 do 1772 roku.

W latach 20., po zakończeniu wojny z Sowietami, Polska zaczęła się rozwijać i organizacja zawodów automobilowych była naturalną konsekwencją tegoż rozwoju. Lokalny klub we Lwowie zdecydował się na próbę urządzenia wyścigu na ulicach pokrytych kostką brukowa, miejscami o znacznym nachyleniu i z torami tramwajowymi wbudowanymi w nawierzchnię na niektórych odcinkach.

Stanowiąca wielkie wyzwanie dla kierowców pętla o długości nieco ponad 3 kilometrów została po raz pierwszy użyta w 1930 roku i po raz ostatni w 1933. Długość każdego wyścigu to 66 lub 33 okrążenia, a ścigano się także na motocyklach.

Od kilku lat we Lwowie miejscowi działacze tworzą co roku imprezę odwołującą się do tradycji "Trójkąta lwowskiego", dzięki czemu mieszkańcy Lwowa i turyści z Polski znów mogą w tym samym miejscu zobaczyć zabytkowe auta.

Nie były to jakieś prowincjonalne zawody dla amatorów z nadętymi ambicjami, ale prawdziwe międzynarodowe wyścigi, przyciągające także i wielkie nazwiska - na przykład wielki Hans Stuck lubił tu przyjeżdżać, podobnie jak na inną imprezę na terenie Polski, Wyścig Tatrzański.

Może i pola startowe nie były tak wypełnione najnowszymi modelami wyścigówek jak na Zachodzie, ale zawody oglądało za każdym razem 50 tysięcy ludzi, którzy wśród zawodników widzieli lokalnych bohaterów i im głównie kibicowali.

GRAND PRIX LWOWAGRAND PRIX LWOWA fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Żaden kraj ościenny, z wyjątkiem Czechosłowacji, która mogła pochwalić się stałym torem wyścigowym w Brnie, nie potrafił przyciągnąć na imprezy lokalne takich nazwisk, jak udawało się działaczom ze Lwowa.

Zabezpieczenie trasy było dość skromne - ale za granicą też nie było lepiej. Latarnie i pnie drzew otaczano workami z piaskiem, a widzów pilnowano, by zanadto nie zbliżali się do krawędzi ulicy.

Oczywiście nie od razu organizacja działała efektywnie, ale porządkowi i służby miejskie uczyli się szybko. Dużym zagrożeniem, szczególnie dla zawodników startujących na motocyklach, były wbudowane w bruk szyny tramwajowe - te wypełniano gipsem przed jazdami treningowymi, które zaczynały się już o 4 rano. Między biegami organizowano wyścigi dzieci w identycznych, elektrycznych miniaturowych citroenach...

Pierwszy wyścig samochodowy we Lwowie wygrał Henryk Liefeldt, warszawiak, jadący ulubionym austro-daimlerem. Dalsze miejsca zajęli hrabia Maurycy Potocki, Jan Ripper i Franciszek Mycielski, wszyscy startujący na własnych maszynach bugatti.

Organizator zawodów, Małopolski Klub Automobilowy, który powstał już w 1914 roku, nabrał doświadczenia i postanowił zaprosić na następny wyścig znanych kierowców zagranicznych.

Pojawił się tylko jeden prawdziwy gwiazdor, ale za to jaki: sam Hans Stuck, który przywiózł do Lwowa ciężkiego, potężnego mercedesa SSK - teoretycznie niezbyt optymalnego na trasę, na którą składał się trójkąt ulic Pełczyńskiej, Stryjskiej i Kadeckiej.

Jak się jednak okazało, Niemiec potrafił skompensować niedostatki auta własnym talentem i odwagą; wygrał wyścig, pokazując austriackim i polskim kierowcom w zwinnych, lekkich bugatti, że potrafi jechać szybciej od nich. Na drugim miejscu do mety dojechał Austriak, Max Hardegg, na trzecim Polak z Myślenic, Stanisław Hołuj.

W 1932 MKA miał plan, aby wyścig otrzymał nazwę "Grand Prix Polski", ale nie udało się osiągnąć porozumienia z Automobilklubem Polskim - czyżby typowa polska zawiść? Zawody ochrzczono zatem mianem "Grand Prix Lwowa" i zaproszono licznych kierowców z zagranicy, tak dobierając datę imprezy, by nie nakładała się z wyścigiem górskim na Kesselbergu w Bawarii.

Zgłosiło się 30 zawodników. Niektórzy nie pojawili się dlatego, że tuż przed wyścigiem stracili życie - hrabia Lobkowicz i Heinrich-Joachim von Morgen obydwaj zginęli w wypadkach w tygodniach poprzedzających polskie Grand Prix, jeden na Avusie, drugi podczas Eifelrennen.

Najpierw na treningi przybyli Polacy, potem Czechosłowacy (jeden zgubił się po drodze), Stuck na trasie do Lwowa potrącił śmiertelnie pięcioletniego chłopca. Rudolf Caracciola przyjechał pociągiem z żoną Charly i od razu powiedział, że trasa mu się podoba i że na ulicach pokrytych bazaltową kostką czuje się pewnie.

GRAND PRIX LWOWAGRAND PRIX LWOWA fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Jego biała alfa romeo 8C2300 monza z czerwoną obwódką wokół chłodnicy została przygotowana w fabryce i wyglądało na to, że Stuck w mercedesie SSKL będzie miał nikłe szanse.

Inny Niemiec, Albert Broschek z Kolonii, w 7-litrowym mercedesie SSK, uszkodził auto na treningu - z samochodu do ambulansu doprowadził go Caracciola i mechanicy tegoż pomogli ściągnąć uszkodzone auto do parku maszyn.

Aż 60 tysięcy widzów pojawiło się na trasie zawodów rozgrywanych na zdradliwie śliskiej trasie.

Jak Jan Ripper wspominał po latach, każde okrążenie oznaczało w jego bugatii 29 do 36 zmian biegów, a cały wyścig był fizycznie i mentalnie bardzo wyczerpujący.

Od startu Caracciola zaczął budować przewagę nad konkurentami, którą powiększał z każdym okrążeniem. Stuck bohatersko starał się utrzymać za nim w mniej zwinnym, cięższym aucie, ale awaria pogrzebała jego szanse na dobry wynik.

Broschek, który początkowo miał problemy z zapłonem, ostatecznie dotarł do mety na drugiej pozycji, grzmiąc bardzo głośnym wydechem. Czech Stasny rozbił się na latarni ulicznej.

Ripper, dopingowany przez widzów, walczył o miejsce na podium - wyprzedził Hołuja, dogonił i wyprzedził Węgra Hartmanna. Zaraz po tym złapał gumę, musiał zmienić koło (co zajęło mu zaledwie 2 minuty!) i popędził dalej. Polak jechał tak dobrze, że zajął 4. miejsce w klasyfikacji generalnej i drugie w klasie.

Ostatnie Grand Prix Lwowa odbyło się w 1933 roku, w cieniu recesji. Organizatorzy mieli trudności z nakłonieniem znanych mistrzów do startu, ale i tak udało im się zgromadzić 21 uczestników.

Ceny biletów wzrosły i wzdłuż trasy znalazło się zaledwie 30 tysięcy widzów. Choć klimat ekonomiczny był ponury, ludzie nadal chcieli usłyszeć i zobaczyć potwory mknące po lwowskim bruku.

Warto wspomnieć, że różnica wzniesień na trasie GP Lwowa wynosiła 55 metrów - zaś na trasie GP Monako było to jedynie 43 m. Na polach startowych stanęły trzy alfa romeo monza, dwa maserati, sześć bugatti 35B, 4 bugatti 51A, jeden mercedes SSK i 5 bugatti 37A.

Wśród kierowców - trzy kobiety. Polka Maria Koźmianowa ukończyła "tylko" 93 z wymaganych 100 okrążeń, co dało jej szóste miejsce. Anne-Cecile Rose-Itier, znana jako Madame Itier, ścigająca się od 1926 roku, pokonała o 6 okrążeń więcej od Polki i sklasyfikowano ją na piątej pozycji.

Była tam też włoska hrabina Vittoria Orsini, startująca maserati 4CM1500, która wycofała się z zawodów po siedmiu okrążeniach, tłumacząc swą decyzję zmęczeniem po długiej podróży do Polski.

Tymczasem wśród mężczyzn rywalizacja była zacięta - Norweg Eugen Bjørnstad prowadził w swojej alfie przez prawie cały wyścig. Jego pozycji zagrażał Włoch z Genui, Renato Balestrero, ale został zdyskwalifikowany za oszustwo.

Na drugim miejscu wyścig zakończył Szwed Widengren, a na trzecim zwycięzca niższej klasy voiturette, niejaki Pierre Veyron. Tak, ten sam Pierre Veyron, fabryczny kierowca bugatti, którego nazwiskiem nie tak dawno nazwano współczesne hiperauto. Notabene podczas drugiej wojny światowej Veyron, tak samo jak jego kolega z teamu Bugatti, Jean-Pierre Wimille, został bohaterem ruchu oporu.

Może i nasz lwowski wyścig nie był tak ważny w skali europejskiej jak bardzo znane wyścigi w Europie Zachodniej, ale bez wątpienia oznaczał narodziny profesjonalnego sportu samochodowego na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej.

W 1934 wyścigu nie zorganizowano z powodu braku środków, spróbowano jeszcze raz w 1937, ale bez powodzenia. Szkoda trochę, że na trudnej lwowskiej trasie nigdy nie pojawili się Nuvolari czy Rosemeyer.

Tak czy owak, jeśli wybierzecie się kiedyś na zwiedzanie Lwowa, przejdźcie pieszo trasę tego wyścigu. Ulice noszą inne nazwy, ale poradzicie sobie. I wtedy pomyślcie o tym, jak grupka entuzjastów sprawiła, że polscy kierowcy wyścigowi mogli walczyć, bez kompleksów, z najlepszymi zawodnikami Europy.

Więcej o:
Komentarze (15)
Grand Prix Monako jest najsłynniejsze, ale najtrudniejszy wyścig uliczny odbył się w 1930 roku w Polsce
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • kacperkajak

    Oceniono 15 razy 15

    Bardzo fajny artykuł. Miło poznać historyczne fakty z polskiego motosportu.

  • Gość: grossman.pl

    Oceniono 14 razy 14

    Mieszkam przy trasie, lubię oprowadzać turystów po tej okolicy. To podobno jedyna trasa na świecie, która się nie zmieniła - te same, łuki, te same stare powyginane wąskotorowe tory tramwajowe (działające, właśnie się dom trzęsie od tramwaju, gdy piszę), stara zajezdnia (dziś muzeum techniki), no i parki - trasa wije się wśród drzew, kamienic i willi. Przyjeżdża dużo aut z Polski, szczególnie dużo w starych Fiatach 500. W zeszłym roku furorę zrobił stary Fiat z lat 70-tych w anturażu Carabinieri, który jeździł po trasie na sygnale za miejscową policją w Priusie, wyglądało jakby się ścigali. Tu tak jeszcze można, w Polsce pewnie dostałby mandat. Zapraszamy.

  • drzec.m

    Oceniono 3 razy 3

    "Sowietami" Na jakie cierpicie kompleksy, że pozujecie na nieuków II RP? Po polsku (gdybyście tylko byli Polakami) mówi się: Rosjanie. Normalny człowiek nie ma żadnego problemu ze zrozumieniem, że gdy mowa o Rosjanach z lat 20. ub. wieku, to chodzi o Rosjan. Nie o Chińczyków, nie o mieszkańców Wybrzeża Kości Słoniowej (Ivoryjczyków), tylko o Rosjan. Tak jest po polsku. CHYBA, że waszym idolem i guru jest Macierewicz... ;>>>

  • skromne-zero

    Oceniono 18 razy 2

    Najlepiej pojechać do Lwowa. W tym roku Leopolis Grand Prix odbędzie się w dniach 29-31 maja. Będą brały udział pojazdy zabytkowe. Trasa ta sama co przed wojną, ale kostka miejscami wypiętrzyła się niczym Himalaje i trzeba jechać powoli, by nie urwać zawieszenia. Warto pojechać i popatrzeć, ALE... trzeba uważać na faszystów w mundurach SS, potomków bandytów ukraińskich z czarnymi flagami, czy inną hołotę ukraińską.
    Miasto jest piękne, ale zaniedbane.

  • postprawda

    0

    A Szczecin był 3 największym miastem Niemiec. Produkował m.in. auta, motocykle i największe wycieczkowce. Za dobrej zmiany skleili taśma jakiś kadłub łódki i zrobili uroczyste wodowanie na brzegu dla TVP.

  • erte2

    0

    O tych wyścigach opowiadał mi Ojciec który widział je wszystkie i doskonale pamiętał.

  • krzysztof_ptk

    Oceniono 2 razy 0

    Widząc te samochody to można powiedzieć, że były wyścigi milionerów, bogatych ziemian, których synowie zakupili sobie gdzieś w świecie ładne autka. Czyli całkiem nieźle się żyło na tych kresach. Przynajmniej niektórym.

  • andrzejbak

    0

    Lwów należał do Polski w latach 968 -992 (od zajęcia państwa Krakowskiego przez Mieszka I do zdobycia Przemyśla przez Waregów Rusów) następnie został odzyskany przez Chrobrego w1002 roku a utracony po kolejnym ataku Rusów -Waregów już po śmierci Chrobrego około 1035 roku ( 1020 roku utraciliśmy Kamieniec Podolski i Czerwonogród "Podolsk"i) Tak więc Lwów nie jest w Polsce dopiero od czasów Kazimierza Wielkiego był już wcześniej a jeszcze wcześniej tamte ziemie należały do Państwa Krakowskiego "Kraj" 842-862 - Car/ Król Koszyszko natomiast w latach 874-968 namiestnik z ramienia Wielkich Moraw w Krakowie.

  • hubba-hubba

    0

    Stanisław Lem wspomniał o tych wyścigach w "Wysokim Zamku".
    Dla niezorientowanych: Rudolf Caracciola był Niemcem, tylko nazwisko miał włoskie.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX