Po wypadku na Sokratesa podniesiono mandaty, po A1 mówi się o limitach mocy. Populizm odebrał nam rozum? [OPINIA]

Lud się domaga, lud dostanie. Tak wydaje się działać ostatnimi laty polityka polskiego rządu w kwestii bezpieczeństwa ruchu drogowego. Przepisy powstają jako odpowiedź na kolejne tragedie drogowe, które głośnym echem odbijają się w kraju. Taką praktykę rozpoczęto od wypadku na Sokratesa. Teraz, po ogromnej tragedii na A1 eksperci nawołują do kolejnej rewolucji i wprowadzenia ograniczeń mocy w samochodach lub wycofania części z nich ze sprzedaży.

Żeby była jasność. Absolutnie nie krytykuję podniesienia kar za przewinienia drogowe, podniesienia limitów przydzielanych punktów karnych za poważne wykroczenia oraz wprowadzenia mechanizmu recydywy. Było to potrzebne, aby faktycznie kary były dotkliwe nawet dla osób zarabiających powyżej średniej krajowej. Jestem także zwolennikiem rodzącej się w bólach konfiskaty samochodów pijanym kierowcom i karaniem więzieniem nieuczciwych handlarzy kręcących liczniki.

Z drugiej jednak strony widzę, że niektórzy eksperci w swoim radykalizmie zapędzili się już zdecydowanie za daleko. Kogo mam na myśli? Chociażby tych przywoływanych przez naszych kolegów z Auto Świata. Wysuwają oni tezę, że samochody z mocnymi silnikami, same w sobie prowokują do wciskania gazu, kuszą do łamania przepisów, a zatem powinniśmy zakazać rejestrowania takich aut, a najlepiej produkowania.

- Wypadek ten pokazuje (mowa o staranowaniu kii przez rozpędzone do ponad 250 km/h bmw na autostradzie A1 – przy. red.), że warto zastanowić się nad wprowadzeniem ograniczeń w zakresie rejestrowania aut o określonej z góry przepisami mocy lub relacji mocy do masy. Dźwięk ośmiu czy dwunastu cylindrów działa jak narkotyk. Przyciskasz pedał przyśpieszenia i zaraz masz dwieście km na liczniku - powiedział "Auto Światowi" dr hab. Jacek Potulski, karnista z Uniwersytetu Gdańskiego.

Mowa oczywiście o zdarzeniu z połowy września, w którym spowodował swoją bezmyślnością i brawurą Sebastian M. Przypomnijmy okoliczności tej tragedii. 16 września 2023 r. na kilka minut przed godz. 20:00 doszło do wypadku na autostradzie A1 w kierunku prowadzącym z Gdańska. Najprawdopodobniej rozpędzone do co najmniej 250 km/h bmw serii 8 uderzyło w kię proceed. Kia najpierw zjechała na pas prawy, a następnie uderzyła w bariery energochłonne. Uderzenie spowodowało pożar w aucie. W jego wyniku życie straciła cała trzyosobowa rodzina, w tym pięcioletnie dziecko.

Pojawiają się też bardziej radykalne pomysły

Podobną opinię wyraża także były rzecznik Komendy Głównej Policji, Marek Konkolewski, który idzie jeszcze dalej niż dr Potulski. Według niego nie powinno się w ogóle produkować aut, które są w stanie jechać szybciej, niż pozwalają na to ograniczenia prędkości na drogach.

Dla mnie to już co najmniej o dwa kroki za daleko. Tu nie samochody są problemem, a ludzie zasiadający za ich kierownicami. Co prawda na eksperyment z limitami zdecydowało się Volvo, które zamierza ograniczyć elektronicznie prędkość wszystkich swoich modeli, ale nie do 140 km/h, ale do 180 km/h. Czy to słuszna droga? Zapewne rynek szybko to zweryfikuje, a jeśli eksperyment uda się, kto wie, czy inni producenci nie zrobią podobnie. I niech takie kwestie zostaną w rękach producentów i ich klientów, a nie będą odgórnie narzucone przez przeregulowane prawodawstwo.

Mamy narzędzia, więc po co nam nowe?

Idąc tym tokiem rozumowania, przy kolejnej tragedii dojdziemy do wniosku, że tak naprawdę został nam już tylko w rękawie całkowity zakaz poruszania się samochodami, bo to stwarza niebezpieczeństwo na drodze. A czy problem nie leży gdzie indziej? Tak naprawdę aktualnie polskie ustawodawstwo pozwala na skuteczne eliminowanie z dróg nie tylko piratów, ale także nielegalnie zmodyfikowanych samochodów, tak samo zresztą, jak szrotów drogowych, które stanowią nie mniejsze zagrożenie nie tylko dla ludzi, ale także dla środowiska.

Po pierwsze zawsze w tak ekstremalnych sytuacjach, jak w przypadku Sebastiana M., który pędząc ponad 250 km/h, staranował prawidłowo jadącą kie, w wyniku czego młode małżeństwo i ich pięcioletni syn spłonęli żywcem, można zaostrzyć karę. Wystarczy zmienić kwalifikację czynu na zabójstwo. Będzie to większym straszakiem dla drogowych bandytów niż elektroniczne kagańce na silnikach.

Po drugie dziś zgodnie z przepisami, o których wspomina sam Konkolewski auto, którego moc jest wyższa o ponad 5 proc. względem określonej przez producenta, traci automatycznie homologację. Co prawda większe modyfikacje są dozwolone, ale powinny być zgłoszone w urzędzie i wbite w dowodzie rejestracyjnym oraz uwzględnione w dokumentacji. Jeśli ktoś zlekceważy tę procedurę, to policjanci zgodnie z prawem powinni po pierwsze zatrzymać jego dowód rejestracyjny, zakazać dalszej jazdy "na kołach" i wlepić solidną karę - choćby 3 tys. zł za stwarzanie zagrożenia na drodze. Oczywiście nie są oni w stanie zawsze wyłapać takich rzeczy, ale wystarczy ich podejrzenie, żeby skierować samochód na przymusowe badania.

Zobacz wideo

Z drugiej strony mocno zmodyfikowany samochód nie powinien przejść badania technicznego, a bez tego właściciel nie może liczyć na to, że jego polisa zadziała w razie kolizji czy wypadku, a także naraża się na grzywnę. Może zatem zacznijmy od używania dostępnych narzędzi i uszczelnienia procesu przeglądów technicznych, a potem myślimy nad radykalniejszymi posunięciami, tym bardziej że modyfikacje mapy silnika - oczywiście w rozsądnym kilku lub kilkunastoprocentowym zakresie - pozwala najczęściej obniżyć spalanie i daje większe bezpieczeństwo kierowcy w awaryjnych sytuacjach lub chociażby przy wyprzedzaniu. Nie ma sensu stygmatyzować teraz wszystkich serwisów zajmujących się chiptuningiem.

Z drugiej strony trudno mi uwierzyć w to, że zakładane elektronicznie blokady będą stanowić problem dla kogoś, kto do tej pory nielegalnie przerabiał swoje auto i poruszał się nim po drodze. Do tego dochodzi fakt, że i tak na drogach mamy mnóstwo mocnych samochodów. One nie znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po wprowadzeniu zakazu sprzedaży nowych modeli z mocnymi silnikami.

Może zatem przyjrzyjmy się na nowo systemowi szkolenia. Czy w ramach kursów, młodzi kierowcy nie powinni spędzić kilku godzin na placach Ośrodków Doskonalenia Techniki Jazdy (tzw. ODTJ-otów)? Tam na płycie poślizgowej lub w autach z założonymi trolejami, łatwo pokazać młodemu kierowcy, jak mocno może przeceniać swoje umiejętności. Dlaczego nie wprowadzimy wreszcie planowanego od lat i lądującego regularnie w sejmowej zamrażarce projektu obowiązkowych kursów doszkalających dla świeżo upieczonych kierowców? Być może dlatego, że to pomysły mało nośne medialnie, zdecydowanie mniej niż "limit mocy".

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.