Brama myjni Orlenu spadła na auto pana Stanisława. Zapłacił za naprawę samochodu i myjni

Stanisław Pawlak z Krosna Odrzańskiego miał pecha. Chciał, żeby jego samochód wyglądał ładnie, więc pojechał nim na myjnię. Chwilę później usłyszał trzask pękającego szkła i wgniatanej blachy. To był początek jego kłopotów.

24 marca 2022 roku pan Stanisław pojechał na automatyczną myjnię na stacji paliw koncernu Orlen przy ul. 17. Pionierów w Krośnie Odrzańskim. Nie zrobił tego pierwszy raz, bo lubi kiedy jego renault scenic z 2002 błyszczy w słońcu, a myjnia Orlenu jest jedyną automatyczną w całym mieście. Jednak gorzko tego pożałował. O sprawie pisze zielonogórska "Wyborcza".

Więcej wiadomości przydatnych dla kierowców znajdziesz na stronie Gazeta.pl

Zobacz wideo Dlaczego Orlen nie zrezygnował z importu ropy z Rosji?

Właściciel przygotował swojego minivana do mycia, poczekał, aż zakończy się cały proces i wrócił do samochodu. Rozłożył lusterka, przykręcił antenkę, wsiadł i zaczął wyjeżdżać. Potem usłyszał huk. Okazało się, że w tym czasie na dach samochodu opuściła się brama myjni. Automat zdecydował, że spędził na niej zbyt wiele czasu.

Chwilę później na myjnię przyszedł kierownik stacji. Powiedział kierowcy scenika, że kolizja wydarzyła się z jego winy, bo na opuszczenie myjni ma tylko 30 sekund. To bardzo zbulwersowało pana Stanisława.

Co to jest za uzasadnienie, że mam określony czas na wyjazd i potem koniec. Co, zatrzaśnie mnie w tej myjni, jak nie wyjdę po 30 sekundach? A jakbym tam zasłabł? Upadł? To co, wtedy mnie zabije

- powiedział Stanisław Pawlak dziennikarce "Wyborczej" Izabeli Budakowskiej.

Pechowy miłośnik czystości z Krosna Odrzańskiego dodaje, że limit czasowy 30 sekund nie ma sensu, bo dopóki z myjni nie wyjedzie samochód, który ją zajmuje, następne auto i tak nie może zająć w niej miejsca. Brama powinna zamykać się, dopiero kiedy samochód opuści myjnię, a następny kierowca wrzuci żeton.

Na wyjazd z myjni Orlenu masz 30 sekund, ale nikt o tym nie informuje

Pan Stanisław zdecydował się nie wzywać policji do zdarzenia, kiedy kierownic stacji pokazał mu nagranie kamery monitoringu, na którym widać, że brama opuszcza się na dach wyjeżdżającego samochodu. Oczywiste jest, że to nie on w nią wjechał. Zamiast tego zgłosił szkodę do Warty, która jest ubezpieczycielem stacji Orlenu. Teraz sądzi, że to był błąd.

Pismo od ubezpieczyciela przyszło do niego bardzo szybko. 25 marca 2022 r. otrzymał odpowiedź, z której dowiedział się, że to on spowodował zdarzenie i uszkodził mienie stacji. W związku z tym musi ponieść koszty naprawy myjni. Wtedy zrozumiał, że nie jest poszkodowanym, tylko sprawcą. Przynajmniej według firmy ubezpieczeniowej. Złożył odwołanie od tej decyzji, ale Warta je odrzuciła.

To zbulwersowało pana Pawlaka, który uważa, że sprawa jest oczywista, bo na udostępnionym nagraniu widać jak brama uderza w dach auta, a potem go rysuje na trzech czwartych długości. Twierdzi, że nie przygotował swój samochód do wyjazdu z myjni w normalnym czasie. Przykręcenie anteny i rozłożenie lusterek zajęło mu około 20 sekund, mimo że ma 70 lat. W dodatku nie mógł widzieć opuszczającej się bramy, bo wtedy już pod nią wjeżdżał. Inaczej by się zatrzymał.

Stanisław Pawlak trzykrotnie odwoływał się od decyzji ubezpieczyciela, ale jego wniosek za każdym razem był odrzucany. W końcu dostał inne pismo. Jego nadawcą była komenda policji w Krośnie. Został wezwany do złożenia zeznań w charakterze świadka sprawcy wykroczenia. Chodziło o niego. Od policjantów usłyszał, że "wyjeżdżając z myjni, nie zachował ostrożności", a uderzając w bramę, "spowodował zagrożenie dla innej osoby", mimo że w pobliżu myjni w tym czasie nikogo nie było.

Pan Stanisław zapłacił za naprawę myjni paliwowego giganta i swojego renault

Wobec tego właściciel renault scenika wysłał do Orlenu wniosek o udostępnienie nagrania, które jest dowodem w sprawie. Dowiedział się, że go nie dostanie, ale w międzyczasie (w październiku 2022 r.) sprawę umorzono z braku dowodów. Pan Stanisław podejrzewa, że kierownik stacji zgłosił sprawę na policję po trzecim odwołaniu, aby go zniechęcić do dochodzenia swoich praw.

Od sprawy minęło półtora roku. Stanisław Pawlak zapłacił ze swojego ubezpieczenia OC (również zawartego z Wartą) 5 tys. zł za naprawę myjni. Sam nie dostał odszkodowania za uszkodzenie auta, dodatkowo jego składka wzrosła o kilkaset złotych. Wymiany wymagały: szyba, podsufitka, dach samochodu i antenka. Za wszystko pan Stanisław zapłacił z własnej kieszeni.

Poza tym kluczowa kwestia do tej pory nie została wyjaśniona. Chodzi o czujniki, w które była wyposażona brama myjni. Dlaczego nie zapobiegły opuszczeniu się jej na samochód? Zapytany o to przez dziennikarkę "Wyborczej" rzecznik prasowy Warty Dawid Korszeń poinformował, że obejmuje go tajemnica ubezpieczeniowa i sprawy nie może komentować. Podobno jego zdaniem czujniki potrzebują chwili na reakcję i zadziałały zgodnie z oczekiwaniami.

Zamiłowanie do czystości jest godne pochwały. Jednak kiedy następnym razem pojedziecie na myjnię spółki, która przynosi ostatnio rekordowe zyski i może zapewnić 12 proc. wpływów do budżetu państwa, pamiętajcie, żeby się spieszyć. Inaczej możecie zapłacić za naprawę myjni i samochodu. Stanisław Pawlak do tej pory nie zdecydował się skierować sprawy do sądu.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.