Ford F-150 King Ranch SuperCrew

Co czwarty dolar zarobiony przez Forda na globalnej sprzedaży aut jest zasługą tego właśnie modelu. Półtora roku temu w USA ukazała się jego 11. generacja. By odniosła sukces, koncern przeznaczył 100 mln dol. na reklamę. Daliśmy się skusić i... kupiliśmy jedną sztukę

Beatty to dość nędzne miasteczko na skraju Doliny Śmierci. Utkwiło mi w pamięci z dwóch powodów:

- w hotelu pogryzło mnie zwierzę przypominające trylobita,

- przed hotelem o mało nie zostałem przejechany. Pojazdem, który byłby przygwoździł mnie do ściany, okazał się nieco młodszy od trylobita Chevrolet El Camino - jeden z mniejszych, na szczęście, pikapów. Jego właściciel pomylił literkę D z R i nim odkrył, że jedzie do tyłu, zdążył mi nabić potężnego siniaka.

Krwiak zniknął, ale obrażenia psychiczne zostały. Najbardziej amerykańskie z aut wydawały mi się toporne, przestarzałe i paskudne. Takie trylobity na kołach. Do głowy mi nie przyszło, by coś takiego testować. A tym bardziej kupić.

Pikap? Nie, dziękuję...

Zaczęło się od... nie pamiętam czego. Mroczek coś przyciągnął, ale ja nie miałem czasu. Potem była Toyota Hilux. Uległem i pojechałem nią za miasto. Nie miała prawa mi się podobać: plastikowe wnętrze, głośny silnik, mierne osiągi. A jednak... coś w sobie miała. Trzecie podejście: Nissan Navara. Przestałem się krzywić. Chyba wtedy, jak znienacka przeprawiłem się przez rzekę. Włączyłem 4x4, reduktor i po chwili byłem po drugiej stronie. Trochę wody, trochę mułu, sporo frajdy. Naraz odkryłem urok powożenia czymś, co jest i terenówką, i ciężarówką. A na asfalcie? Nie ma tragedii. Jadąc setką, jestem spełniony. Nie męczę się, jak np. w sportowych coupé, gdzie albo umierasz z nudów (jadąc wolno), albo ze strachu, że coś cię sfotografuje (jadąc szybko). Nie, tu jadę swoim tempem. Niech się inni ścigają.

I tak niczym kolejne krople skałę nowe generacje pikapów drążyły skorupę mojej nieufności. Aż w końcu się przebiły. Nowa Navara, nowy Hilux, nowe Mitsubishi L200. Szybsze, cichsze, lepiej wykonane. Nieco lżejsze od terenówek, bardziej od nich oryginalne i dużo tańsze... Stop! Czując, że ulegamy magii pikapów, zmusiłem się, by spojrzeć na nie trzeźwym okiem: wciąż są głośne, wciąż tylko czterocylindrowe i wciąż gorzej wykończone od najwygodniejszych terenówek - powtarzałem. Na próżno. Zapomniałem, że żyjemy w globalnej wiosce...

Przestroga Blackwooda

Urodził się w Kansas City, przybył z Kanady. Namierzyliśmy go w internecie, odebraliśmy na Śląsku. Dzięki pośrednictwu wyspecjalizowanej firmy od pomysłu do przemysłu minęło ledwie sześć tygodni. I już stoi na parkingu podziemnym, do którego jakimś cudem się zmieścił. Zdobywca tytułu Pikapa Roku magazynów "Car and Driver", "Motor Week", "AutoWeek" i "Money". Dlaczego akurat Ford F-150? Nie dlatego, że to najlepiej sprzedające się auto świata. Nie dlatego, że ma największy uciąg (do 4770 kg) i ładowność (do 1385 kg) w klasie. A nawet nie dlatego, że jako jedyny pikap zaliczył testy zderzeniowe NHTSA na pięć gwiazdek. Racji, dla których Amera hołubi jakieś auto, nie musi podzielać Europa, w której taki Pontiac Aztec nie miałby racji bytu (to ponoć "najbardziej uniwersalne auto świata" wygląda, jakby ostateczny kształt nadała mu prasa hydrauliczna). W swej 50-letniej historii pikapy Forda, owszem, nie zawsze cieszyły oczy (zwłaszcza pierwszy F-150 wyglądający jak zbity pies), ale też nigdy nie szokowały brzydotą. Najgorzej było z wnętrzem. Byle jak spasowane plastiki przypominały o farmerskim rodowodzie i roboczym przeznaczeniu auta. Dlatego z niedowierzaniem przyglądaliśmy się zdjęciom najnowszego F-150 w wersji King Ranch SuperCrew. Do podstawowej XL ma się jak Monako do Mołdawii. Prócz mocniejszego silnika i 17 145 dol. dopłaty królewską wersję wyróżniają rozbudowana konsola, luksusowe wyposażenie i lepsze materiały. Wszystko, co tylko się dało, obszyto w niej grubą skórą podobną do tej, z której szyje się siodła. Gdyby nie masywna dźwignia zmiany biegów, można by pomyśleć, że to wnętrze prezydenckiego Lincolna. A propos. Swego czasu najbardziej prestiżowa amerykańska marka połamała sobie zęby właśnie na pikapie. Lincoln Blackwood o mało nie przyćmił złą sławą Edsela - najgłośniejszej motoryzacyjnej katastrofy. Z powodu fatalnej sprzedaży produkcję najbardziej luksusowego pikapa świata przerwano po 15 miesiącach. Czy niemal równie komfortowy i montowany w tych samych zakładach King Ranch SuperCrew nie skończy podobnie? Nie, bo jego konstruktorzy nie popełnili tak kardynalnych błędów (patrz ramka). Ma napęd 4x4, mocną ramę i reduktor. Nie boi się głębokiego błota i ciężkiego ładunku. To bardzo posłuszny i wygodnie osiodłany, ale jednak wół roboczy. A jak sprawdzi się w wielkim mieście?

Końskie klimaty

Schodzę na parking. Wśród innych aut F-150 wygląda jak koszykarz w tłumie. Ma ponad dwa metry szerokości i prawie tyle wysokości. 570 cm długości nie jest wprawdzie rekordem świata (bo ten należy do liczącego 665 cm Forda F-350 Super Duty Crew Cab Long Bed), ale to i tak o 85 cm więcej od Toyoty Land Cruiser. Do środka mogę dostać się na dwa sposoby: wystukując pięciocyfrowy kod na klawiaturze pod klamką lub wciskając guzik na pilocie. Wybieram to drugie. Wejście nie sprawia problemu, o ile skorzysta się ze stopnia pod drzwiami i uchwytu w przednim słupku. Daję susa i już siedzę w fotelu z wytłoczonym napisem "King Ranch". Zdjęcia nie kłamały. To wnętrze jest klimatyczne i... aromatyczne. Od zapachu skóry Castano Brown niemal kręci mi się w głowie. Widząc chromowany drąg służący do zmiany biegów i 30-cm szerokości podłokietnik, mam wrażenie, że skurczyłem się o numer. Dotykam tego i owego. Gdyby ktoś mi powiedział, że amerykański pikap może być lepiej wykończony od dopieszczonego Land Cruisera, jeszcze wczoraj zabiłbym go śmiechem. A dziś bym się wstydził. Ustawiam fotel, odsuwam pedały i przekręcam kluczyk. Silnik odzywa się stłumionym basem. Ostrożnie manewrując między filarami, jadę w stronę wyjścia. Ciasno. Całe szczęście, że King Ranch nie ma największej ośmiostopowej skrzyni, bo oznaczałoby to... 16-metrową średnicę zawracania. Próbuję przezwyciężyć odruch i nie schylać głowy, ale metalowy dach i betonowy strop miejscami dzielą centymetry. Gdyby antena była grubsza, krzesiłaby snopy iskier. Z ulgą wyjeżdżam na zewnątrz. Kwadrans później jestem w Wilanowie, jeszcze jeden i mijam Konstancin. Miałem jeździć nim po mieście, a tymczasem... Skórzano-siodlany klimat pięcioosobowej kabiny wygania mnie na wieś.

Skoki na boki

Tu, gdzie aż roi się od szkół nauki jazdy konnej, każdy słyszał o Montym Robertsie. Pierwowzór filmowego "Zaklinacza koni" wywrócił do góry nogami tradycyjne metody ujeżdżania, zastępując przemoc perswazją i mową ciała. Roberts potrafi w pół godziny opanować mustanga, który na widok człowieka zwykł uciekać na drugi koniec Nevady. Uległ mu najdzikszy i najniebezpieczniejszy koń wyścigowy Ameryki - Blushing ET - a nawet królowa Elżbieta II.

Nie byłem pewien, jak szybko dogadam się z ponaddwuipółtonowym pikapem. Seria śpiących policjantów i parę ostrych zakrętów ostatecznie rozwiewa najgorsze obawy. Jest dobrze! Auto nie wali się na zakrętach, nie podskakuje nerwowo na nierównościach ani nie kołysze się jak łóżko wodne. Nie trzeba z nim walczyć, wystarczy prowadzić. A to jest łatwe i miłe. Koleiny, dziury, studzienki, a nawet krawężniki - wszystko, co uprzykrza jazdę zwykłymi osobówkami, tu ją... urozmaica.

Koło Kątów kończy się asfalt. Po chwili wahania zostaję przy napędzie 4x2. Dlaczego? Bo tak jest przyjemniej. Wyszukuję zakręty, wciskam gaz i... Zaskakuje, a nawet niepokoi mnie łatwość, z jaką F-150 zarzuca tyłem. Ledwie omijam przydrożną sosenkę. Drifterzy byliby zachwyceni. A ja zastanawiam się, jak będzie się tym jeździło po śliskim? Na wszelki wypadek przestawiam pokrętło w pozycję 4H. A to oznacza, że jadę równie szybko, ale z dołączonym przodem. Auto jest teraz mniej narowiste, choć... na ostrzejszych zakrętach potrafi zaskoczyć podsterownością. Mniejszą niż wspominany już Land Cruiser, ale wymagającą uwagi choćby na zapiaszczonym asfalcie. Na szczęście łatwo ją wygasić delikatnym ujęciem gazu. Przejeżdżam przez żwirowisko i znów przechodzę na 2H. Kilkadziesiąt kilometrów dalej mam wrażenie, że nowy F-150 nieomal je mi z ręki. Dokładnie wiem, jak się zachowa. Dość sprężyste zawieszenie, precyzyjny układ kierowniczy i duży rozstaw osi czynią całość harmonijną i przewidywalną. Ale ani trochę nudną. Zwłaszcza w mieście.

Cudowne lata

O tym, że gabaryty auta wymagają jednak gimnastyki przy parkowaniu, przekonuję się na obrzeżach Starówki. Nie chodzi nawet o to, że większość aut, do których chcę się przytulić, ma dach tam, gdzie F-150 maskę. By nie doszło do bliskiego spotkania, trzeba uruchomić wyobraźnię lub choćby asystenta parkowania. Jedno miejsce muszę zmienić na inne, bo 5,5-stopowa platforma zanadto wystaje na jezdnię. Ale nie ma tego złego. Wszyscy mnie widzą i ja widzę wszystkich. Na dwupasmówce nawet z trzeciego rzędu aut sposobiących się do skrętu w lewo z daleka dostrzegam nadjeżdżające samochody.

Nazajutrz ulewa, która przetacza się przez Warszawę, pozwala dopisać kolejną zaletę - pióropusze wody wzbijane przez auta i autobusy jadące z przeciwka nie rozbijają się na mojej szybie, ale dobre pół metra pod nią. Do tego spory prześwit i napęd 4x4 w odwodzie sprawiają, że czuję się niemal jak pomoc drogowa. Zbyt pewnie. Skręcając z Wisłostrady, zarzucam tyłem, choć nie miałem tego w planach. Wystarczył nadmiar gazu przy wyjściu. Napisałem, że F-150 je mi z ręki? Tym razem ugryzł mnie w palec. Coś mi się widzi, że całą zimę trzeba będzie korzystać z usług 4x4. Zaskakujące, tym bardziej że długa, pięcioosobowa kabina SuperCrew wystarczająco mocno dociąża tylną oś, a ośmiocylindrowy silnik Triton nie jest znowu takim wulkanem energii. 300 koni z 5,4 litra to nawet w Stanach przeciętny wynik, o czym świadczy istnienie wzmocnionej intercoolerem i sprężarką Eaton 380-konnej wersji tego silnika, dostępnej, niestety, tylko w zestawie z krótką kabiną. Bardziej od doładowania przydałaby się tu choćby pięciostopniowa skrzynia. Niedobór biegów rekompensuje nieco overdrive, który jednakowoż lepiej wyłączyć, gdy zależy nam na szybkim ruszeniu spod świateł. Wtedy trzeba liczyć się ze spalaniem na poziomie 20 litrów na 100 km. Poza miastem i z overdrivem F-150 zadowoli się nawet 15 litrami paliwa (średnia testowa to akceptowalne 17,5 l/100 km).

Tym, co można by poprawić, są też hamulce. Choć żaden amerykański dziennikarz nie uskarżał się na nie, to zmierzone przez nas 44 metry oznaczają, że F-150 jest pojazdem dla przewidujących. Po załadowaniu jego masa urasta do prawie 3,5 tony. Problem rozwiązuje sięgnięcie po liczącą kilkaset pozycji listę akcesoriów i wybranie bardziej wydajnych hamulców. Ja zacząłem od czego innego. Z domowej kolekcji CD wybrałem mocno już zakurzone płyty z muzyką country. W skórzanym wnętrzu King Rancha Hoyt Axton, Don Williams, Charlie McCoy odzyskali drugą młodość, a i ja przypomniałem sobie, jak to kiedyś chciałem być kowbojem. I pomyśleć, że nie cierpiałem pikapów!

Ford F-150 King Ranch SuperCrew

kompendium

Gaz

Wygląd, styl, funkcjonalność, ponadprzeciętne wykończenie, materiały i wyposażenie, obszerna, wygodna i klimatyczna kabina, wysoki komfort resorowania, precyzyjny układ kierowniczy, doskonała widoczność zza kierownicy, niski poziom hałasu, niezłe własności terenowe, mnóstwo akcesoriów

Hamulec

Brak diesla w ofercie, tylko cztery biegi, dość wysokie spalanie, przeciętne hamulce, skłonność do zarzucania tyłem w trybie 4x2

[OCENA KOŃCOWA]

Superprzebój Forda doczekał się mistrzowskiej aranżacji. Z powodu gabarytów nie zanosi się jednak, by kiedykolwiek trafił na europejska top-listę. Choć do ideału brakuje mu pięciobiegowej skrzyni i silnika Diesla (Ford szykuje mu już 4,4-litrowe wysokoprężne V8), komfortem, wykonaniem i radością z jazdy już teraz nokautuje wszystkich europejskich konkurentów.

[NASZE POMIARY]

NASZE NOTY

skala 0-8

OCENA KOŃCOWA - 7,0

[KONKURENCI]

Rodzimi - Chevrolet Silverado 1500 i Dodge Ram 1500. Nieco mniej zgrabne i gorzej wykończone, ale oferowane także z silnikami Diesla. Ekskluzywny Cadillac Escalade EXT jest sporo droższy (54 430 dol.)

Przyjezdni - Honda Ridgeline, Toyota Tundra, a zwłaszcza Nissan Titan - wybrany w Stanach na Pikapa Roku 2004. Żaden z wymienionych nie jest oferowany ani na naszym rynku, ani na sąsiednich.

[Pożądany...]

Fordy z serii F, czyli modele 150 oraz 250/350, od lat ustanawiają rynkowe rekordy, a od 23 lat są najlepiej sprzedawanymi autami w USA. W samym tylko 2004 r. klientów znalazło aż 939 511 egzemplarzy F-150. Niebywałą popularność zawdzięczają solidnej i prostej konstrukcji, względnie niskiej cenie oraz funkcjonalności wynikającej z mnóstwa odmian różniących się nadwoziem, napędem i wyposażeniem.

[...i niechciany]

Najgorzej sprzedającym się autem w historii też jest pikap: Lincoln Blackwood, który z wielką pompą pojawił się na rynku w październiku 2001, a zniknął z niego już w grudniu 2002. Ostatnie egzemplarze z 3356 ogółem wyprodukowanych (plany zakładały montaż 10 000 sztuk rocznie) sprzedano dużo poniżej ceny ustalonej na 52 500 dol. Przyczyn klęski było kilka: auto oferowano tylko w jednym kolorze (czarnym), tylko w jednej wersji napędowej (4x2) i odmianie wyposażenia (na liście dodatków była wyłącznie nawigacja satelitarna). Mimo sporej wagi, ceny i gabarytów mieściło ledwie cztery osoby i 540 kg ładunku. Nie pomogły miechy powietrzne w zawieszeniu, skóra Connolly ani podświetlana jarzeniówkami paka z automatyczną pokrywą.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.