Reklama piwa ze stacji paliw w apce do nawigacji samochodowej. O jeden most za daleko?

Apka dla kierowców Yanosik wyświetla na mapie nawigacyjnej reklamy piwa, które można kupić na stacji. Bezalkoholowego oczywiście, więc formalnie wszystko jest w porządku. W takim razie dlaczego czuć niesmak? - pisze Łukasz Kifer, redaktor Moto.pl.

Jeden z użytkowników platformy X (dawnego Twittera) opublikował zdjęcie z komentarzem, które budzi spore kontrowersje. Wpis dotyczy reklamy bezalkoholowego piwa w aplikacji Yanosik przeznaczonej dla kierowców. Dawniej ten program zajmował się głównie ostrzeganiem ich przed radarowymi kontrolami prędkości, ale ponieważ stało się to dyskusyjne moralnie, Yanosik zmienia się w nawigacyjny kombajn i platformę społecznościową dla kierowców. Ostatnio firma znów wkracza na grząski grunt i prowokuje pytanie: czy powinno się reklamować piwo w trakcie jazdy?

Zobacz wideo Pijany 20-latek roztrzaskał się na myjni samochodowej

Przecież w tym piwie nie ma alkoholu, więc o co ci chodzi?

Łatwo się domyślić, że reklama tego napoju w apce jest skierowana do osób, które akurat prowadzą auto. Inaczej nie korzystałyby z Yanosika. Program zachęca ich, żeby zrobili przystanek na stacji paliw i zakupili dwupak złocistego napoju w puszce, bezalkoholowego oczywiście. Zawartość alkoholu wynosi 0,0 proc., więc zgodnie z prawem nic nie grozi za wypicie go nawet podczas jazdy. Co za szczęśliwy zbieg okoliczności, że tego typu napoje można legalnie reklamować z takim samym logo, jakie mają normalne piwa! Koncerny alkoholowe doskonale wiedzą, jak krzewić kulturę picia w każdy dozwolony przepisami sposób. Stawka jest wysoka, bo chodzi o rzędy dusz Polaków. Właśnie fakt, że dzieje się to w Polsce, budzi niesmak wśród osób komentujących wpis, chociaż można znaleźć i wprost przeciwne opinie.

Polacy mają problem z piciem alkoholu. Winię za to przede wszystkim 45 lat PRL-u. To czasy, kiedy alkohol był jedną z niewielu łatwo dostępnych rozrywek, w dodatku niewymagającą zbyt wielkiego zaangażowania ani wysiłku. Ówczesne władze dobrze wiedziały, co robią, bo pijany Polak częściej był szczęśliwy. Gdy ustrój padł, natychmiast rzuciły się na nas koncerny alkoholowe, bo wiedziały, że trafią na podatny grunt. Po pierwsze ze względu na wieloletnie przyzwyczajenia mieszkańców, po drugie dlatego, że panował dziki kapitalizm, w którym przepisy nie regulowały wielu kwestii, a całe rzesze ludzi chciały się dorobić, żeby w ten sposób odbić sobie życie w szarym PRL-u. Byliśmy wolni, biedni i wygłodniali. Pamiętam to doskonale, bo dorastałem w szalonych latach 90. i wiem, jaka to była jazda bez trzymanki. Wciąż nie zapomniałem, jak wyglądała typowa socjalizacja lat 80. i 90. Byliśmy pijanym społeczeństwem i wciąż nim jesteśmy.

Czy powinniśmy być dumni z wątpliwej polskiej tradycji picia alkoholu?

Obrońcy zaraz wyciągną z szafy argumenty, że nie jesteśmy jedynym krajem w podobnie dramatycznej sytuacji. To prawda, ale większość z nich wywodzi się z byłych "demoludów", gdzie władze wprowadzały podobne mechanizmy kontroli społecznej. Jeśli wspomnicie kraje Półwyspu Skandynawskiego, przyznam rację, ale dodam, że w przeciwieństwie do nas tamte państwa od lat próbują sobie radzić z problemem społecznego uzależnienia od alkoholu. Wiedzą, że są koniecznie radykalne metody. Jeżeli podacie przykład kultury śródziemnomorskiej, powiem, że krajach takich jak Francja, Włochy, Hiszpania i Portugalia alkohol rzeczywiście jest jej elementem. Dzięki temu ich mieszkańcy radzą sobie z jego odpowiedzialną konsumpcją znacznie lepiej od nas. Poza tym mają więcej atrakcyjnych rozrywek. Polaków przez dziesiątki lat nikt nie zachęcał do kontaktu z przyrodą, uprawiania sportów albo podróżowania. Jedyne co przetrwało oprócz alkoholu, to (częściowo) również tradycja czytania książek, z czego dla odmiany można tylko się cieszyć. To ją powinniśmy kultywować.

Po co ten przydługi i mało wesoły wywód? Bo w kulturze wszystko zależy od kontekstu. Dlatego być może gdzie indziej uznałbym reklamę piwa z zerową ilością alkoholu wyświetlaną przez aplikację nawigacyjną dla kierowców za mieszczącą się w granicach przyzwoitości. Niestety u nas również je przekracza. Bo tak naprawdę chodzi o podtrzymywanie zwyczaju picia alkoholu przy każdej możliwej okazji i o to, żeby charakterystyczne logo wryło się w pamięć najmocniej, jak to możliwe. Nieprzypadkowo logotypy napojów bez alkoholu i z alkoholem są identyczne. Firmy imają się każdego sposobu, aby nas przekonać, że picie jest odpowiedzialne, modne i może być mało szkodliwe. Po to są akcje organizowane w ramach społecznej odpowiedzialności biznesu, sponsoring imprez kulturalnych i starannie wyselekcjonowani ambasadorzy takich marek. Z tego samego powodu wszelkie propozycje ograniczenia sprzedaży alkoholu (np. w pewnych godzinach albo na stacjach paliw) natychmiast są poddawane krytyce. Nawet wypadki powodowane przez kierowców pod wpływem alkoholu często są bagatelizowane. Od razu słychać głosy, że z innych przyczyn wydarza się ich więcej. Wiele z tych osób to faktycznie lobbyści.

Tak naprawdę chodzi o olbrzymie pieniądze, które można w Polsce zarabiać tak długo, jak długo będziemy przekonani, że picie alkoholu jest częścią naszej tożsamości narodowej. Tymczasem wbrew społecznemu przekazowi nie jesteśmy ani bezpiecznymi kierowcami, ani odpowiedzialnie pijącymi alkohol obywatelami. Akurat w Polsce każda reklama znaków towarowych i produktów firm alkoholowych powinna być całkowicie zabroniona, a już na pewno nie powinna się pojawiać w aplikacjach dla kierowców. Tymczasem jest inaczej, a zarabiają na tym wszyscy uczestnicy. Czy dojechaliśmy o jeden most za daleko?

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.