Karambol 168 aut w Luizjanie. Winna jest ta, co zawsze

Efekt skali. To zjawisko, które najlepiej opisuje Stany Zjednoczone. Niestety w USA nie tylko samochody i drogi są większe, ale także... karambole. W ostatnim rozbitych zostało aż 168 pojazdów. A winne zdarzeniu było typowo jesienne zjawisko.

Drogowe ciekawostki znajdziesz również w tekstach publikowanych w serwisie Gazeta.pl.

Drogi szybkiego ruchu są marzeniem każdego kierowcy. I decyduje o tym długa lista powodów. Są długie, szerokie i mają więcej niż jeden pas ruchu w danym kierunku. Poza tym zostały oddzielone od ruchu pieszych czy rowerzystów. To sprawia, że można nimi bezpiecznie podróżować z większymi prędkościami. A do tego podróż jest... bezrefleksyjna. Bo przecież nawet jeżeli coś się zdarzy, będzie to widać z dużej odległości.

Zobacz wideo Zatrzymał się, by udzielić pomocy pieszej. Ciężarówka jadąca za nim nie zdążyła wyhamować

Karambol w USA: 168 aut, 8 ofiar śmiertelnych i 68 rannych

I choć drogi szybkiego ruchu rzeczywiście są bezpieczniejsze, czasami mocno usypiają uwagę kierowców i ich zdolność do przewidywania. To już poważny błąd. Błąd, który ostatnio w Luizjanie w USA zakończył się karambolem. W sumie rozbitych zostało 168 samochodów. A bilans materialny stanowi dopiero pierwszą z informacji. Druga i zdecydowanie gorsza dotyczy ofiar. Osiem osób zginęło, a 68 zostało rannych, w tym 25 trafiło do szpitali.

Bilans zdarzenia jest zatem prawdziwie tragiczny. Jakie są zatem przyczyny? Powód karamboli na trasach szybkiego ruchu często jest ten sam. I dotyczy... teoretycznie niewinnej mgły. Mgły, która ograniczyła widoczność na tyle, że kierowcy nie byli w stanie w porę dostrzec zagrożenia. A autostrada jedynie uśpiła ich czujność. Nie spodziewali się żadnej przeszkody. Dlatego gdy część samochodów zwolniła, część kierowców nie zdążyła wyhamować. I tak jedno auto wpadało na drugie. Potem nastąpiła reakcja łańcuchowa.

Sytuacji nie poprawia fakt, że w okolicy tego odcinka autostrady panował pożar. Gęsty dym zmieszał się z mgłą i sprawił, że widoczność nagle stała się praktycznie zerowa.

Sprzątanie trwało dwa dni. Teraz służby muszą sprawdzić wiadukt

Tak potężne zdarzenie drogowe sprawiło, że konieczna była akcja ratunkowa zakrojona na szeroką skalę. Część funkcjonariuszy musiało zabezpieczyć miejsce karambolu tak, aby "nie dołączyły się" do niego kolejne auta. Część z kolei musiała sprawdzić każdy z uszkodzonych pojazdów. Usuwanie wraków potrwało dwa dni. A później przed ważnym pytaniem stanęli drogowcy. Ci musieli sprawdzić, czy wiadukt, na którym doszło do zdarzenia, nadaje się do dalszej eksploatacji.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.