Prius broni katalizatora jak niepodległości. Właściciel zbudował klatkę z prętów zbrojeniowych

Katalizator to jedna z najcenniejszych części w aucie. W dodatku łatwo ją usunąć, a potem sprzedać. Nic dziwnego, że upodobali je sobie złodzieje, ale pomysłowy Amerykanin znalazł na nich sposób.

Zadaniem samochodowego katalizatora, a właściwie reaktora katalitycznego jest zmniejszenie ilości szkodliwych spalin, które wydostają się z układu wydechowego silnika. Ich stosowanie wymusiły rygorystyczne normy emisji. Jego działanie polega na wywołaniu reakcji chemicznych groźnych substancji, w wyniku których ulegają utlenieniu lub redukcji. Rolę niezbędnych katalizatorów tych reakcji pełnią metale szlachetnie, które są bardzo drogie i łatwe do odzyskania z urządzenia.

Zobacz wideo Ponad 70 lat historii i ponad 11 mln sprzedanych samochodów - nowa Toyota Land Cruiser

Więcej motoryzacyjnych ciekawostek znajdziesz na stronie Gazeta.pl

Dlaczego kradną katalizatory? Szlachetne metale to tylko jeden z powodów

W tym tkwi cały problem. W każdym katalizatorze jest kilka gramów palladu, platyny i rodu. Proporcje oraz ilości różnią się w zależności od producenta. Może się wydawać, że to niedużo, ale rynkowa cena grama rodu to około 2 tys. zł. Pallad i platyna są tańsze, ale również cenne. Kosztują odpowiednio około 200 zł i 140 zł za gram. Z tego powodu cena nowego katalizatora może wynieść 1000 zł bez montażu. W skupie można otrzymać za nie najwyżej kilkaset złotych, ale wciąż stanowią ceny łup.

Głównie dlatego, że kradzież katalizatorów nie jest skomplikowana. Ze względu na wysoką temperaturę pracy katalizator nie może być ukryty we wnętrzu samochodu. Wprawnemu złodziejowi wycięcie takich urządzeń z układu wydechowego zajmuje kilka minut, a późniejsze odzyskanie surowców również jest stosunkowo łatwe. To dlatego złodzieje je lubią. Zjawisko kradzieży katalizatorów nasiliło się w czasie kryzysu zapoczątkowanego przez pandemię koronawirusa.

Katalizatory kradnie się na całym świecie, ale szczególnie dużo znika ich w USA. Najwyraźniej wie o tym właściciel Toyoty Prius z Los Angeles, który zabezpieczył cenny element w swoim aucie w wyjątkowy sposób. Dowiedzieliśmy się o tym, bo Amerykanin właśnie wystawił swoje cudo na sprzedaż.

Klatka na katalizator w Toyocie Prius jest sprytna, ale ma kilka wad

Hybrydowa Toyota z 2012 r. na pierwszy rzut oka wygląda niewinnie i na całkowicie fabryczny egzemplarz trzeciej generacji tego modelu w dobrym stanie. Wszystko się zmienia po zajrzeniu pod spód Priusa. Całe podwozie zostało zabezpieczone kratami albo raczej klatką zespawaną ze stalowych prętów zbrojeniowych.

Zabezpieczenie wygląda porządnie i bardzo solidnie. Można być pewnym, że każdemu amatorowi cudzej własności zrzednie mina na widok klatki bezpieczeństwa i zrezygnuje z wycinania cennego elementu układu wydechowego. Pokonanie stalowych krat zajęłoby zbyt dużo czasu, aby ponosić takie ryzyko. Z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że przebieg auta to 105 tys. mil, a obecny właściciel jeździ Priusem od nowości. Teraz sprzedaje go, bo emigruje za granicę. Na zdjęciach w ogłoszeniu z dumą zaprezentował swoje zabezpieczenie, bo pewnie słusznie uważa je za duży atut tego egzemplarza.

Widzę tylko trzy potencjalne wady takiego rozwiązania. Po pierwsze dodatkowe wyposażenie musi sporo ważyć. Można założyć, że podnosi masę własną całego auta o kilkadziesiąt kilogramów, ale na taką stratę można sobie pozwolić. Poza tym jakakolwiek naprawa podwozia będzie kłopotliwa. Najgorzej, jeśli złodziej będzie tak zdesperowany, że po ujrzeniu nietypowego zabezpieczenia, zamiast wycinać katalizator, zdecyduje się ukraść... cały samochód.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.