Zakopał się w piasku na plaży przy Wiśle. Młody taksówkarz zignorował zakaz

Pewien kierowca taksówki z Warszawy postanowił podjechać jak najbliżej swojego klienta. Niestety, taka uczynność doprowadziła do tego, że wjechał na plażę przy Wiśle, gdzie wkrótce się zakopał. Sytuację opisał Jan Mencwel, pisarz i miejski aktywista.

Jak głosi pewne popularne i nieco przestarzałe powiedzenie — klient nasz pan. Niestety, niektórzy kierowcy "taryf" biorą je zbyt dosłownie i starają się jak najbardziej udobruchać osoby korzystające z ich usług. Świetnym tego przykładem jest kierowca z Warszawy, który wjeżdżając na plażę przy Wiśle, zakopał się w piasku. Jak wspomina cytowany przez TVN Warszawa Jan Mencwel, który był świadkiem całego zajścia, kierowca "tłumaczył, że wjechał, bo widział taką możliwość, więc chciał podjechać jak najbliżej osoby zamawiającej przejazd".

Plaża, zakopany samochód i budowa kładki

Kierowcą zakopanego samochodu okazał się młody mężczyzna. Po kilku chwilach do uwięzionego w piasku auta podbiegło parę osób, które pomagały go wydostać. "Przyszły nawet osoby z sąsiedniego ogniska. Pomagaliśmy wyjechać kierowcy. Nie udało się, bo mocno zakopał się w piasku. Nie wiem, jak to się skończyło. [...] ten samochód stał dwa metry od wody, on prawie do rzeki wjechał" - przekazał Mencwel.

Zdaniem pisarza, kierowca postanowił skorzystać z drogi, po której poruszają się pojazdy budowlańców pracujący przy powstającej kładce pieszo-rowerowej przez Wisłę. Jak dodaje: "One niby tam wjeżdżają z identyfikatorami, ale fizycznie ten wjazd jest otwarty, nie ma tam znaków zakazu". Co więcej, sytuacja z wtorkowego wieczoru nie jest odosobnionym przypadkiem - "[...] kierowcy przewozu osób na aplikację często tam wjeżdżają po klientów i coraz bliżej rzeki to miejsce odbioru się przesuwa. Podjeżdżają do punktu, w którym jest zamawiający, zamiast stanąć trochę wcześniej i poinformować, w którym miejscu czekają" - dodaje Mencwel.

Aktywista nie jest jednak bierny w sprawie łamania zakazu. Od roku składa w tej kwestii pisma do pełnomocnika miasta ds. Wisły, Jana Piotrowskiego. Jak wspomina Mencwel, urzędnik tłumaczył się, że "w jednym miejscu zablokowali wjazd kłodą". Pisarz nadal zastanawia się, dlaczego władze nie postanowiły ustawić tam odpowiednich znaków i wysłać na miejsce patroli straży miejskiej, które sprawdzałyby identyfikatory wjeżdżających. Pełnomocnik odniósł się jednak do zarzutów: "Zabezpieczenia były i będą. W zeszłym roku podjęliśmy działania, dołożyliśmy znaki. Położyliśmy też kłody, które są ciekawym i naturalnym zabezpieczeniem, pasującym do otoczenia". Okazuje się jednak, że znaki oraz kłody są ściągane przez kierowców.

Piotrowski dodał, że znaki pojawią się tam w jeszcze większej liczbie: "Będą jeszcze jaśniej informować o zakazie wjazdu. Również służby zadeklarowały wzmożenie działań. One mają kompetencje do odholowania pojazdów i nakładania mandatów za złamanie zakazów. Najpierw będzie to straż miejska, potem ewentualnie policja". Taka deklaracja padła podczas spotkania z pracownikami Stołecznego Centrum Bezpieczeństwa. Co więcej, postawienie znaków zostało już zlecone - "Będzie to w najbliższym czasie, na pewno nie po sezonie". Pełnomocnik dodał również, że współpraca z Centrum Bezpieczeństwa obejmie także inne tereny:  "Ta współpraca będzie zarówno na lewym brzegu Wisły jak i na bulwarach, jeśli chodzi o przemieszczanie się pojazdów. To jest problem, który nie dotyczy tylko praskiej plaży".

Zobacz wideo
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.