Polskie drogi oznaczają las znaków. Bezsensownych i mylących czasami...

O znakozie czy też serii niepotrzebnych znaków w Polsce mówi się od lat. Dziś mamy kolejny przypadek. Mowa o stolicy i przypominaniu... oczywistej oczywistości. Bo oznaczenie być może miało sens, ale jakieś 16 miesięcy temu.

Polscy drogowcy są zdecydowanie mistrzami stawiania kolejnych znaków. O tym problemie pisaliśmy też w serwisie Gazeta.pl. I widać to na każdej nowej czy remontowanej drodze. A do tego wykazują się pomysłowością. Czasami stawiają oznaczenia, które mają delikatnie zmieniać obowiązujące przepisy, ale robią to w sposób nie do końca przepisowy.

Zobacz wideo Pirat drogowy w kilka sekund nazbierał 55 punktów karnych

Niepotrzebne znaki? Tylko w Gdańsku za 1,6 mln zł

Las znaków przy drogach to po pierwsze problem finansowy. Ustawienie każdej tablicy kosztuje nawet 180 zł. Bezsensowne dublowanie oznaczeń to zatem wyrzucanie pieniędzy w błoto. A kwoty są nie tyle duże, co wręcz potężne. Dla przykładu tylko w Gdańsku w jednym roku usunięto 8760 niepotrzebnych znaków. To daje kwotę wynoszącą prawie 1,6 miliona złotych. Po drugie przeładowanie znakami idzie w parze z... krótką pamięcią drogowców. Ci stawiają tablicę i zostaje ona w danym miejscu wiecznie. Bez względu na fakt czy ma coś wspólnego z obowiązującym aktualnie prawem, czy nie.

50 km/h przez całą dobę w mieście? Oczywista oczywistość, ale nie w Warszawie

Idealnym przykładem oznaczenia, które nie nadąża za zmianami w prawie jest tablica z ograniczeniem prędkości wynoszącym 50 km/h i napisem "Strefa ograniczenia prędkości w Centrum Warszawy". Co miał na myśli autor? Jakub Dybalski – rzecznik ZDM w Warszawie wyjaśnił w rozmowie z dziennikarzami Auto Świata, że chodziło o "wprowadzenie całodobowego ograniczenia prędkości do 50 km/h. Do niedawna bowiem przepisy ogólne pozwalały jeździć 60 km/h w terenie zabudowanym w nocy, co w Warszawie dzięki tym znakom na większości obszaru miasta było zabronione".

Rzecznik użył słów "do niedawna przepisy ogólne pozwalały". Tyle że w tym konkretnym przypadku słowa te brzmią trochę jak zdrobnienie problemu. Bo na tym polu do niedawna oznacza datę 1 czerwca 2021 roku. Dokładnie tego dnia ograniczenie prędkości w terenie zabudowanym w Polsce zostało ujednolicone przez całą dobę i wynosi 50 km/h. Opisywany znak zatem jedynie dubluje przepisy i staje się bezsensowny. Tyle że drogowcy przez rok i 4 miesiące nie znaleźli czasu żeby go usunąć. I być może za szybko nie zniknie.

Przypominanie oczywistości to jedno. Dezorientacja kierowców drugie

Ten przypadek – powiedzmy to otwarcie – nie pokazuje jeszcze pełni możliwości zarządów dróg. Czasami nie tyle znaki, co raczej zestawienia znaków są dużo bardziej dezorientujące. I przykładów tego typu zestawień można znaleźć wiele w wyszukiwarce w kategorii grafika. Bardzo interesujące jest połączenie znaków C-2 "Nakaz jazdy w prawo za znakiem" i C-4 "Nakaz jazdy w lewo za znakiem" znane z Darłowa czy znaków B-2 "Zakaz wjazdu", D-4a "Droga bez przejazdu", B-36 "Zakaz zatrzymywania się" i A-20 "Odcinek jezdni o ruchu dwukierunkowym" znane z Chełmna. I bądź tu mądry...

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.