"Kres mocnych samochodów". Podatki mogą zabić prawdziwą motoryzację. To już się dzieje

Europa coraz bardziej dokręca śrubę producentom pojazdów. Trend elektromobilności stał się na tyle silny, że nawet rządy poszczególnych państw starają się wywrzeć presję na klientach i wpłynąć na ich wybory. Jak to robią? Najbardziej skuteczną metodą - podatkami.

Zgodnie z informacjami podanymi przez IBRM Samar, w 2020 roku ceny nowych samochodów zwiększyły się o 10 proc. Instytut zakłada, że ten rok również będzie stał pod znakiem wzrostów cen. Już w samym styczniu br. średnia ważona cena sprzedaży nowego samochodu osobowego wyniosła 129 058 zł. Oznacza to wzrost o 11,7 proc. w porównaniu do tego samego okres sprzed roku

– To drugi najwyższy wynik w historii. W kwietniu ubiegłego roku tak liczona cena osiągnęła poziom 130 475 zł. Wszystko wskazuje na to, że przed nami kolejny rekord. Nie napawa optymizmem przypomnienie, że w 2018 roku średnia ważona cena nieznacznie przekroczyła pułap 100 tys. złotych, a to oznacza wzrost w ciągu trzech lat o niemal 30 proc. – podaje IBRM Samar.

Na przeprowadzane analizy ma coraz większy wpływ udział segmentu premium. W samym styczniu stanowił on prawie 20 proc. rejestracji. W dużej mierze podniósł on ogólną, średnią ważoną cenę zakupu pojazdów, która dla kategorii premium wyniosła w styczniu 234 372 zł i była o 5,1 proc. większa niż rok wcześniej.

Zobacz wideo

Francja nakłada podatki

Pod koniec 2020 roku, Europę obiegła informacja o nowych podatkach we Francji. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w znaczącym stopniu uderzą one w kieszeń klientów, którzy chcą zakupić szybkie i mocne auta. Zgodnie z nową polityką, kwotę 50 euro zapłacą klienci samochodów, których średnia emisja CO2 nie przekracza 133 g/km. Pozostali będą musieli wydać proporcjonalnie więcej od nadwyżki emisyjnej. Górny limit ustalono na 29 070 euro (132 903,71 zł*).

Co to oznacza dla klientów. Autokult.pl wykonał wyliczenia dla hot hatcha prosto z Francji – Renault Megane R.S. Jego cena zakupu wynosi 40 700 euro, a emisja CO2 określona została na 189 g/km. Tym samym podatek, który trzeba uregulować to 10 488 euro (47 949,57 zł*). Wynika z tego, że za 1 gram CO2 przekroczenia, trzeba zapłacić ok. 187,3 euro (856,31 zł*). Jakby nie patrzeć sporo, gdyż dla usportowionego przedstawiciela segmentu C jest to niemal ¼ ceny. Jeżeli natomiast klienci są zainteresowani zakupem aut z wyższej półki (np. premium) i o większej mocy, to szybko okaże się, że przyjdzie im zapłacić maksymalną kwotę podatku – 29 070 euro (132 903,71 zł*).

Podatki, podatki i jeszcze raz podatki?

Francuski przykład pokazuje jak skutecznie można zniechęcić klientów do samochodów wysokoemisyjnych. Proces ten okazał się na tyle skuteczny, że przez podatki wielu producentów pojazdów nie zdecydowało się wprowadzić do oferty usportowionych aut. Przykładem może być Toyota, która nie oferuje we Francji modelu GT86, Hyundai zrezygnował z i30N czy KIA nie wprowadziła flagowego Stingera.

Podobne regulacje mają szanse zagościć również w innych europejskich krajach. Wszystko tak na prawdę będzie zależeć od rozwoju elektromobilności w danym państwie. Jeżeli tempo transformacji napędowej będzie zbyt wolne możliwe jest wyższe opodatkowanie aut o wysokiej emisji. Wszystko w trosce o środowisko.

W Polsce jak na razie nie dyskutuje się o dodatkowym podatku od samochodów wysokoemisyjnych – choć nie jest wykluczone, że niedługo takowy się pojawi. Na razie „obowiązują dwie podstawowe stawki podatku akcyzowego przy zakupie używanych aut z silnikiem spalinowym. Jest to 18,6 proc. dla pojazdów o pojemności silnika powyżej 2000 cm³ oraz 3,1 proc. dla pojazdów o pojemności poniżej 2000 cm³. W przypadku napędu hybrydowego stawki są obniżone o połowę, natomiast kupujący pojazdy elektryczne podatku nie płacą” - powiedział w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl, Wojciech Matysiak, ekonomista PKO Banku Polskiego.

Głównym problemem w kraju nad Wisłą jest przede wszystkim import używanych samochodów. To tak grupa aut w dużej mierze odpowiada za zanieczyszczanie miast, gdyż ich stan i wiek pozostawiają wiele do życzenia. Ukrócenie tego zjawiska mogłoby nastąpić poprzez zmianę podatku akcyzowego. Dzięki temu wzrosłyby ceny samaochodów importowanych, a uwaga konsumentów skierowałaby się na rynek wewnętrzny. „Poniekąd jest to naturalny proces, nawet bez dodatkowych impulsów fiskalnych. Do niedawna pewnym walorem zakupu auta importowanego była większa oferta takich samochodów, dodatkowo posiadały one bogatsze wyposażenie. Jednak sytuacja się zmienia, podaż aut na rynku wewnątrzkrajowym jest na tyle duża i są to auta na tyle bogato wyposażone, że z pewnością przyciągną konsumentów” – dodał Wojciech Matysiak.

Bez wątpienia uaktualnienie systemu podatkowego byłoby w stanie unowocześnić park samochodów. Podnoszenie cen tych starszych albo bardziej emisyjnych stanowi jeden ze sposobów zniechęcania konsumentów do wyboru tych produktów i skupieniu się na autach nisko- lub zeroemisyjnych. Jednak do tej grupy aut trzeba też zachęcić. Jak wskazują europejskie przykłady, odpowiednio zaprojektowane dotacje są w stanie przyspieszyć transformację napędową. Trzeba tylko chcieć pomóc obywatelom do podejmowania rozsądnych decyzji, a nie zniechęcać ich.

Francja pokazała, jak zamierza walczyć z klasyczną (i szybką zarazem) motoryzacją. Inne kraje jak na razie skupiają się głównie na dotacjach i przekonaniu klientów do alternatywnych napędów przez tak zwaną „marchewkę”. W Polsce z kolei trzeba by zacząć od uregulowania spraw z autami importowanymi i używanymi. Dopiero później skupić się na przechodzeniu na auta zeroemisyjne.

*przeliczenie EUR na PLN po kursie z dnia 10 marca 2021 roku, kiedy 1 EUR = 4,57 PLN

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.