Chcą ograniczenia prędkości do 30 km/h w mieście. Tym razem muszą pogodzić się z porażką

Aktywiści i lewicowi politycy w Niemczech muszą pogodzić się z wyrzuceniem do kosza ich pomysłu dot. nadania lokalnym władzom możliwości swobodnego wprowadzania ograniczeń prędkości do 30 km/h. Mimo iż już w listopadzie Bundesrat odrzucił ten pomysł, temat powrócił za sprawą decyzji ministra transportu Volkera Wissinga.

Aktywiści reprezentowani zwłaszcza przez partię zielonych od dawna byli zwolennikami wprowadzenia ograniczeń prędkości w miastach, a nawet szeroko pojętym obszarze zabudowanym. Muszą jednak pogodzić się z faktem, że ich propozycja już ostatecznie trafiła do kosza. Do niedawna mogli mieć jeszcze nadzieję na zmianę, jednak pogrzebał ją minister transportu Volker Wissing.

Zobacz wideo

Nie dla ograniczeń prędkości do 30 km/h w Niemczech

Zgodnie z pierwotnym planem lewicy nowe przepisy miały ułatwić samorządom wprowadzanie zmian w organizacji ruchu. Oprócz możliwości wyznaczania niższych ograniczeń prędkości, które tłumaczono dbaniem o środowisko naturalne i zdrowie mieszkańców, lokalne władze mogłyby też swobodniej wpływać na infrastrukturę np. poprzez wprowadzanie nowych buspasów i ścieżek rowerowych. Prostsze stałoby się także ingerowanie w kwestie parkingów itd. Automatycznie nasuwa się wniosek, że tereny zabudowane stałyby się zdecydowanie mniej przyjazne zmotoryzowanym.

W listopadowym głosowaniu Bundesrat, czyli rada federalna złożona z przedstawicieli wszystkich krajów związkowych, licząca 69 członków, odrzuciła proponowane przez lewicę przepisy. W trakcie debaty nad projektem stwierdzono, że ograniczenia powinny być wytyczane w miejscach, w których miałoby to rzeczywisty wpływ na poprawę bezpieczeństwa pieszych, m.in. okolicach szkół. Nie powinny też wpływać na pogorszenie płynności ruchu. Aktywiści wierzyli jednak, że mimo sprzeciwu izby, uda się jeszcze nakłonić ją do zmiany zdania. Ostatnie słowo należało w tej kwestii do ministra transportu. Ten jednak popsuł humor zwolennikom kontrowersyjnych przepisów.

Minister nie zdecydował się na powołanie komisji

Jedyną szansą na zmianę byłoby powołanie specjalnej komisji mediacyjnej. Szef resortu postanowił jednak jej nie tworzyć. W praktyce oznacza to, że nowe przepisy z pewnością nie wejdą do dziennika ustaw. Oczywiście spotkało się to z dezaprobatą ze strony zielonych. Minister środowiska Steffi Lemke, która należy do wymienionej partii, nie kryje rozczarowania. Twierdzi, że zmarnowano wielką szansę na poprawę losu rowerzystów i pieszych, którzy mogliby swobodniej i bezpieczniej poruszać się po miastach.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.