Panie Jerzy, domyślam się, o co Panu chodziło, ale 0,7 promila to jednak nie błahostka

Czytając wywiad z panem Jerzym Stuhrem, ze zdziwienia tak wysoko uniosłem brwi, że mało co oczy nie wyleciały mi z orbit. Jak bardzo szanuję naszego wybitnego aktora, tak w równym stopniu muszę się z nim nie zgodzić w kwestii krakowskiego incydentu z jego udziałem. Jednak rozumiem, co mógł mieć na myśli.

Przeczytałem właśnie wywiad z Jerzym Stuhrem, który ukazał się "na łamach" Gazety.pl (znajdziecie go pod tym linkiem). Angelika Swoboda, pytając o jedno z przykazań dekalogu człowieka kultury, jaki Stuhr zamieścił w swojej książce "Bieg po linie", bardzo kulturalnie i zarazem zgrabnie zagadnęła gwiazdę polskiego kina o jego niechlubną kolizję w Krakowie. Muszę się wam szczerze przyznać, że nie spodziewałem się po panu Jerzym takiej odpowiedzi. Więcej podobnych felietonów znajdziesz na stronie Gazeta.pl

Kolizja po alkoholu? E tam, błahostka

Dziewiątym przykazaniem człowieka kultury zdaniem Jerzego Stuhra jest bycie "zawsze w zgodzie z obowiązującym prawem: od drogowego, poprzez państwowe i boskie". Dziennikarka zapytała go więc, jak ma się to do kolizji, której był sprawcą. Aktor wprost stwierdził, że w sumie nic się nie stało, a wszystko to "mogło zostać spreparowane, być może jako element nagonki na mnie". Na pytanie o kwestię zasądzonych kar, Stuhr powiedział, że nie chce o tym rozmawiać - "Tak jak mówiłem, okazało się, że wszystko to była jakaś kompletna błahostka. Nikomu nic poważnego się nie stało".

Zobacz wideo

Właśnie w tym momencie pan Stuhr najbardziej mnie zaskoczył. Sprawa rzeczywiście mogłaby zostać oceniona jako "błahostka" gdyby nie jeden, maluteńki szczególik. Pan Jerzy po kilku miesiącach od zdarzenia najwidoczniej zapomniał, że prowadził, będąc pijanym. W chwili zdarzenia miał 0,73 promila alkoholu. Sam zresztą stwierdził, że wypił wtedy "kilka kieliszków wina za dużo". Teraz wydaje się, że to nie było wino, tylko sok, a policjanci, odczytując wynik z alkomatu, przeoczyli zero po przecinku.

Nikt nie jest święty. Nawet ja. Przeglądając się dzisiaj w lustrze, nie dostrzegłem skrzydeł, ani też aureoli. Może jutro coś się w tej kwestii zmieni i będę mógł w końcu napisać do Papieża Franciszka, żeby mnie za życia beatyfikował. Wielu kierowców ma na swoim koncie wiele grzeszków — przekraczają prędkość, wymuszają pierwszeństwo itd. Oczywiście, wielu uchodzi to na sucho. Nawet panu Jerzemu ta kompletnie niegroźna kolizja (kierowca skutera nawet nie upadł; dosłownie nic się tam strasznego i wołającego o pomstę do nieba nie stało) uszłaby płazem. Problem w tym, że aktor nie popełnił jakiegoś drobnego przewinienia, ale dopuścił się przestępstwa. Usiadł za kierownicą, będąc PIJANYM.

Nie chcę się zagłębiać w to, czy rzeczywiście doszło do prowakacji, a kierowca jednośladu był typem pokroju Andrzeja Hadacza (znany internetowej społeczności prowokator, twórca słynnego już okrzyku "Gdzie jest krzyż?"). Tak czy inaczej, Stuhr swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem bardzo nadszarpnął swój wizerunek. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie miał w sobie głosu rozsądku, który powstrzymałby go przed prowadzeniem. Aktor miał jechać na wywiad, o którym zapomniał. Może wystarczyłoby zadzwonić do dziennikarza, grzecznie przeprosić, wytłumaczyć sytuację i przesunąć termin? No i tutaj właśnie pojawia się problem wpływu alkoholu na człowieka. 

Stuhr po "kilku kieliszkach wina za dużo" czuł się dobrze (sam zresztą to stwierdził), a procenty sprawiły, że ryzykowny pomysł prowadzenia samochodu nie wydał mu się dziwny, czy też nierozsądny. Nie chcąc więc rozczarować redaktora, pojechał na spotkanie. Wielu z nas po paru głębszych też czuje się dobrze, a nawet lepiej niż dobrze. Nagle stajemy się przebojowi, pełni uroku, a reakcje towarzystwa na nasze poczucie humoru sprawiają, że zaczynamy snuć plany kariery w stand-upie. W przypadku gwiazdora procenty doprowadziły do opłakanych dla jego wizerunku skutków. 

Wydaje mi się, że panu Jerzemu mówiącemu o "błahostce" chodziło o to, że w wyniku kolizji nikt nie ucierpiał i w rzeczywistości nic groźnego się nie stało. Niestety, nie można podchodzić do tej kwestii w taki sposób. Stało się i to dużo - doświadczony życiowo człowiek o wielkim autorytecie usiadł za kierownicą pijany. Fakt ten już sam w sobie rzuca długi cień i rozpoczyna debatę na temat kultury picia w Polsce i poczucia odpowiedzialności w narodzie.

Drodzy kierowcy. Uczcie się na cudzych błędach, bo lekcje na naszych własnych są zdecydowanie bardziej bolesne. Należy wyrobić w sobie radykalne podejście - nigdy nie wsiadajmy za kierownicę samochodu czy innego pojazdu, gdy piliśmy alkohol. Nawet po łyku piwa, kieliszeczku wina. Alkohol i motoryzacja to pojęcia, które się nie łączą. Chyba że mowa o napędzaniu silników czy czyszczeniu opornych zabrudzeń.

Więcej o:
Copyright © Agora SA