Rosja twierdzi, że T-14 Armata to najpotężniejszy czołg na świecie. Dlaczego nie używa ich w Ukrainie?

Druga armia świata i najpotężniejszy czołg na świecie. Pierwsze to żart, a drugie nie istnieje. Zdaniem samych Rosjan hiper nowoczesny czołg T-14 Armata nie jest najpotężniejszy. To raczej "kupa nieprzydatnego złomu".

Więcej ciekawostek ze świata mechaniki znajdziesz również w tekstach publikowanych w serwisie Gazeta.pl.

Rosjanie nie mają żadnego problemu z wypuszczaniem w przestrzeń międzynarodową pompatycznych słów. Od lat nazywali się np. drugą armią świata. Twierdzą też, że w ich arsenale znajduje się najpotężniejszy czołg na świecie. Mowa oczywiście o T-14 Armacie. Pierwszą z tez boleśnie zweryfikowała inwazja w Ukrainie. Rosjanie, delikatnie mówiąc, nie radzą sobie podczas wojny najlepiej. Co z drugą? No tu nie bardzo mamy okazji przekonać się, jaka jest prawda. Bo Rosja ewidentnie nie chce wysłać T-14 Armaty do walk.

Zobacz wideo Zlekceważył opadające zapory. Mandat 3000 zł i 15 punktów karnych

T-14 Armata to "kupa nieprzydatnego złomu". Tak twierdzą Rosjanie

Skoro Rosjanie posiadają najpotężniejszy czołg świata, czemu nie chcą wykorzystać go w charakterze przewagi? Odpowiedź chyba nasuwa się sama. A właściwie to kilka odpowiedzi. Bo albo T-14 nie jest taki doskonały, albo T-14 wcale jeszcze nie ma. Przecież nie da się wysłać na wojnę czegoś, co nawet nie stoi jeszcze w wojskowych magazynach. Teraz nieco rąbka tajemnicy uchylają sami Rosjanie. Ich zdanie na temat nowej zdobyczy rodzimej techniki militarnej jest jeszcze mniej przychylne od zdania, które na temat T-14 ma społeczność międzynarodowa.

Jak donosi redakcja GeekWeek, w rosyjskich mediach społecznościowych nietrudno natknąć się na wpisy mówiące o tym, że T-14 Armata to jedynie... "kupa nieprzydatnego złomu". Jeden z żołnierzy na Telegramie napisał nawet, że "Armata ma kilka istotnych błędów w konstrukcji, a w tym silnik o niewystarczającej mocy". Podsumowanie ludzi, którzy w ramach testów mieli styczność z T-14, okazuje się wyjątkowo smutne. Mówią bowiem o tym, że obecną konstrukcję albo trzeba dopracowywać przez dekadę, albo można zacząć projektować czołg od nowa. Armaty zatem nie ma i szybko nie będzie.

A miało być tak pięknie. Idea dobra. Z rosyjskim wykonaniem gorzej

Założenia stojące za czołgiem Putina stworzone przeszło dekadę temu wyglądają imponująco. To miał być ciężki pojazd o masie 48 ton. Do jego napędu miał służyć 1500-konny silnik diesla. Prędkość maksymalna była określona na 90 km/h, a zasięg na 500 km. Główna innowacja tego pojazdu dotyczy wieży z armatą 2A82-1M kalibru 125 mm. Ta jest odizolowana od kabiny "pasażerskiej" i zdalnie sterowana. Posiada zapas 45 pocisków. Realizacja pomysłu natomiast przywodzi na myśl czasy radzieckie. A właściwie to najgorszą ich wersję.

Prototyp Armaty ujrzał światło dzienne w roku 2014. I pojazd najwyraźniej zatrzymał się na tym etapie. Dziś warto byłoby go zatem nazwać nie T-14 Armata, a raczej T-14 Problem i to duży. Z tym czołgiem jest jak z Ładą 2101. Pomysł był piękny, bo włoski. Wszystko popsuło jednak rosyjskie wykonanie...

Rosyjska armia zamówiła T-14 i czeka. Jeszcze trochę poczeka...

Bardzo szybko po prezentacji czołgu dużą serię zamówiła armia rosyjska. Teoretycznie do roku 2020 miało powstać 2300 T-14. Teoretycznie, bo szybko termin oddania czołgów został wydłużony do roku 2025. Tyle że to nadal połowa informacji. Dziś wiadomo np. że producent, a więc firma Rostec, pod koniec roku 2021 rozpoczęła produkcję 40. sztuk T-14. Te mają trafić do użytkowania dopiero w tym roku. Moce przerobowe zakładu nawet nie pozwalają zatem na szersze wykorzystywanie tych czołgów. A czemu są tak niskie? Odpowiedzią mogą być procesory i półprzewodniki. Bez podzespołów dostarczanych z zachodu, rosyjskie zakłady nie ruszą z kopyta nigdy.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.