Wandale znowu zniszczyli wagony warszawskiego metra. Są bezkarni od ponad roku

W ostatnich tygodniach nasiliły się akty wandalizmu w Metrze Warszawskim. Za każdym razem wyglądają podobnie. Sytuacja powtórzyła się w ostatnią sobotę na stacji Pole Mokotowskie, a sprawcy uciekli tunelem, paraliżując ruch linii M1.

Grafficiarze regularnie niszczą wagony Metra Warszawskiego. Przychodzą na stacje zamaskowani i w zorganizowanych grupach. W plecakach mają farby w sprayu. Kiedy pociąg przyjeżdża na peron, unieruchamiają go awaryjnie, otwierając drzwi. Potem błyskawicznie pokrywają całe wagony farbą. Takie wydarzenia miały miejsce pięciokrotnie w 2023 roku (ostatnie 30 grudnia) i już dwukrotnie w bieżącym 2024 roku, mimo że dopiero się zaczął.

Zobacz wideo

W sobotę wandale pomalowali wagony Warszawskiego Metra i uciekli tunelem

Ostatnia akcja wandali została zorganizowana 13 stycznia br. w sobotni wieczór około godz. 20 na stacji Pole Mokotowskie. Tym razem sprawcy uciekli z miejsca zdarzenia tunelem, przez co nie tylko zdewastowali wagony, ale dodatkowo sparaliżowali ruch pociągów metra. Ze zrozumiałych powodów motorniczy nie mogli ruszyć ze stacji, bo obawiali się potrącenia wandali na torach. Poza tym w tunelu mógł leżeć ktoś porażony prądem  o wysokim napięciu płynącym tzw. trzecią szyną. Już wcześniej sprawcy takich zdarzeń ewakuowali się tunelem metra warszawskiego. Podobnie było w lutym 2023 roku, kiedy wandale uciekli trasą pociągu ze stacji Racławicka, a na powierzchnię wydostali się przez wentylatornię. Efektem była dwugodzinna przerwa w funkcjonowaniu tej linii metra.

Władze Warszawy podobno są zdeterminowane, żeby ukrócić te akty wandalizmu, bo Warszawskie Metro to wizytówka stołecznej komunikacji publicznej. Przez takie wydarzenia pasażerowie czują się coraz bardziej zaniepokojeni. Na razie urzędnicy nie potrafią opanować tej sytuacji. Wprawdzie po wydarzeniu z 30 grudnia 2023 r. zatrzymano aż 15 sprawców, ale wszystkich wypuszczono do domów ze względny na niską szkodliwość społeczną popełnionych czynów. Najwyraźniej uczucie bezkarności ich zachęciło do coraz częstszego organizowania podobnych akcji, bo przeprowadzili je już dwukrotnie w pierwszych dniach 2024 roku.

Akty wandalizmu w warszawskim metrze, to czyny o niskiej szkodliwości społecznej

Taki brak skutecznej reakcji warszawskich władz jest zastanawiający, a argument o niskiej szkodliwości społecznej czynów dyskusyjny, zwłaszcza że każdy akt wandalizmu poza nieplanowanymi przestojami metra, oznacza również wysokie koszty. To zrozumiałe, że motorniczy nie mogą ruszyć, bo nie chcą potrącić żadnego ze sprawców, dopóki są otwarte drzwi, ale takie działania przynoszą wymierne straty. Po pierwsze, zakłócają regularne funkcjonowanie kolei podziemnej. Po drugie, pomalowane sprayem wagony muszą być potem wyczyszczone w elektrowozowni, co jest czasochłonnym i kosztownym zajęciem wymagającym specjalnych środków. Chodzi m.in. o system Graffiti Removal System, który wymaga wstępnego zabezpieczania powierzchni wagonów warstwą antygraffiti. Potem wandale nabijają się z niego, malując na pociągach olbrzymie litery "GRS"

O aktach wandalizmu w stołecznym metrze wielokrotnie pisała warszawska Wyborcza. Jeden z nich komentował w publikacji Maciej Czerski z Metra Warszawskiego. Pracownik biura prasowego powiedział dziennikarzowi m.in., że "wagony metra są czyszczone przez naszych pracowników na Kabatach. Samo usunięcie farby to kilkaset złotych, ale straty z pewnością będą większe. Pociąg musiał być usunięty z ruchu i nie zabrał pasażerów, których mógłby zabrać, a to wpływa na stratę zysków."

Wandale w stołecznym metrze pochodzą z różnych krajów. Umawiają się przez internet

Wszystko wskazuje na to, że warszawskie metro dewastuje międzynarodowy kolektyw, który koordynuje spotkania przez internet. Ostatnia akcja 2023 roku na wolskiej stacji Młynów została nagrana przez jednego ze świadków, a być może organizatorów. Potem udostępnił je na swoim profilu na Facebooku fanpage "Miejski Reporter". Słychać na nim jak sprawcy po zwołują się do ewakuacji, krzycząc po hiszpańsku: "Vamos!", co w wolnym tłumaczeniu znaczy: "Uciekamy!".

Wiceprezydent Warszawy Michał Olszewski zdaje sobie sprawę z problemu nękającego warszawski transport publiczny. Po grudniowej akcji szybko zwołał naradę z urzędnikami, a w kolejnym tygodniu odbyło się spotkanie z udziałem policji, służb porządkowych i miejskiego pełnomocnika ds. bezpieczeństwa w transporcie publicznym. Na razie nic z tego nie wynika. Warszawscy urzędnicy tak naprawdę nie wiedzą, skąd pochodzą grafficiarze, dlaczego sobie upodobali Warszawę i jaki mają motyw.

Zachętą do dewastacji może być brak konsekwencji oraz nowe czyste stacje Warszawskiego Metra

Wandali nie należy mylić z artystami graffiti. Za ich nielegalnymi działaniami nie kryje się żadna filozofia, tylko robią to z nudów, bo chcą poczuć adrenalinę, a dodatkowo w wyniku braku zdecydowanych działań służb - Straży Metra Warszawskiej i stołecznej policji - czują się bezkarni. Zwłaszcza ostatnia przyczyna może zachęcać ich do dewastowania polskiego metra, które wyjątkowo skromne, chociaż czyste i ładne, bo nowe. Podejrzewa się, że grupa jest złożona z obywateli różnych europejskich państw, m.in. Hiszpanów, Włochów i Francuzów.

"Tagi", czyli podpisy pozostawiane na wagonach przez wandali odpowiadają nazwie rosyjskiej grupy, ale ten trop równie dobrze może być mylący. Dodam swoje trzy grosze. 13 stycznia kiedy wydarzyła się ostatnia akcja, akurat stałem przy wyjściu ze stacji metra i czekałem na spóźniającą się osobę. Tego wieczoru obok mnie przebiegło dwóch młodych mężczyzn w kurtkach, dresach i bluzach z kapturami. Wyglądali podobnie do osób z ostatniego wideo. Żywo dyskutowali o wydarzeniu, którego przed chwilą byli świadkami albo uczestnikami. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, o co dokładnie chodziło, ale obaj mówili po polsku.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.