Wyprzedzić muszę, bo się uduszę. Kierowcy, opanujcie się, to nic nie daje

Filip Trusz
Irracjonalny przymus wyprzedzania to jeden z najniebezpieczniejszych, a przy tym najgłupszych nawyków. Kierowcy, zastanówcie się, co wam to w ogóle daje?

"No ludzie kochani!" - krzyczy zawsze poirytowany Wojciech Kowalczyk w studiu w programach piłkarskich. Na polskich drogach krajowych mam dokładnie tak samo. Zawsze, kiedy jadę dość zatłoczoną krajówką, to z niedowierzaniem obserwuję wyczyny niektórych kierowców, a pod nosem mruczę "no kierowcy kochani!". Tyle kampanii o bezpiecznej jeździe, a wciąż są osoby, które robią wszystko, żeby na drogę wprowadzić chaos, a zwykłą trasę zamienić w walkę o życie. Bezsensowne wyprzedzanie na żyletki to chyba styl życia.

Na szczęście większość polskich kierowców jeździ dobrze, a nasza kultura jazdy cały czas się poprawia. Niestety. Na drodze wystarczy jeden pirat drogowy na stu dobrze jadących, żeby uprzykrzyć wszystkim życie. Dlatego czasem zadać sobie jedno ważne pytanie - "co mi w ogóle da to wyprzedzanie?". O bezpieczeństwie na drogach piszemy regularnie na stronie głównej Gazeta.pl.

Zobacz wideo Takie wyprzedzanie kosztuje 1500 zł mandatu i 15 punktów karnych

Przymus wyprzedzania. Czy naprawdę musisz to robić?

Wyprzedzanie to jeden z najniebezpieczniejszych manewrów na drodze, a przy tym bardzo przydatny, ponieważ upłynnia ruch i pozwala dojechać do celu w rozsądnym czasie. Nie ma nic złego w bezpiecznym wyprzedzaniu. Nikt nie każe przecież kierowcy jechać za wlokącymi się traktorami, ciężarówkami, busikami czy wolniej jadącymi autami. Rozsądnie przeprowadzony manewr nikomu nie szkodzi.

Do najniebezpieczniejszych sytuacji wcale nie dochodzi, kiedy ktoś wyprzedza ciężarówkę, traktor czy jadącą wolno osobówkę, a kiedy kierowca czuje jakiś irracjonalny przymus wyprzedzania na widok kolumny aut. Przy wyprzedzaniu warto zadać sobie, czy w ogóle potrzebujemy wyprzedzać. Bardzo często na polskich drogach widzimy sytuację, kiedy samochody jadą jeden za drugi z jakąś stałą prędkością, a sznur aut ciągnie się po horyzont. Są osoby, których doprowadza to do pasji i zaczynają maraton wyprzedzania... wciskają się w każdą lukę, łamią przepisy, często te dotyczące prędkości i zakazów, stresują kierowców jadących z naprzeciwka i tak naprawdę niczego nie zyskują. Nawet po kilku-kilkunastu takich wyprzedzeniach wciąż znajdują się przed nimi kolejne samochody. Naprawdę warto tak ryzykować? Jadąc tak jak wszyscy, wcale nie dojedziecie do celu dużo później. A na pewno macie znacznie większą szansę, by dotrzeć do celu bez zbędnych, czasem tragicznych w skutkach przygód.

Znowu ktoś chciał mnie wczoraj zepchnąć z drogi, bo musiał wyprzedzić. Ale po co?

Wracałem wczoraj do domu, a jako że S7 jest potężnie rozkopane, to nawigacja poprowadziła mnie do Warszawy przez Zegrze. Przyjemna droga, prowadząca przez większość czasu krajówkami. Po jednym pasie w każdym kierunku. W niedzielę wieczorem wraca wielu warszawiaków, w pobliżu miasta ruch był już dość spory, ale bardzo sprawny. Długi sznur samochodów jechał około 80 km/h. Relaksującą podróż zakłócił jednak pewien bardzo niecierpliwy kierowca.

Zobaczyłem go nagle w swoim wstecznym lusterku, gdzie pojawił się po brawurowym wyprzedzeniu samochodu za mną. I wtedy zaczął się spektakl. Auto dojechało praktycznie do mojego zderzaka, a kierujący raz za razem wychylał się na lewy pas, żeby znaleźć dla siebie lukę. Miał niestety pecha, ponieważ w przeciwną stronę też jechało wiele samochodów. Po dłuższym myszkowaniu w końcu zjechał na lewy pas i rzucił się do wyprzedzania z zacięciem Fernando Alonso, który ma okazję wyprzedzić Lewisa Hamiltona. Oczywiście miejsca było za mało i piękny manewr zakończył się agresywnym zjechaniem na mój pas. Wiedziałem, co się święci, więc zawczasu wyhamowałem dając panu więcej przestrzeni.

Miał przecież misję. Już dojechał do zderzaka następnego auta i zaczął się wychylać. Przed nim jechało kolejne kilkadziesiąt samochodów. Widziałem, że złapał jeszcze kilka aut, a potem... zaczęły się światła i do miasta wjechaliśmy wszyscy praktycznie w tym samym czasie. Chciałbym mu zadać pytanie ze słynnego gifa:

but why

"No, kierowcy kochani!" Mamy przecież wszyscy jeden cel na drodze

Bezpiecznie dotrzeć do celu podróży. Na drodze najważniejszy jest zdrowy rozsądek i zwykła ludzka empatia. Polscy kierowcy wciąż często decydują się na karkołomne i skrajnie niebezpieczne manewry wyprzedzania. Popularne konta w serwisie YouTube pełne są rażących przykładów, jak groźne może być nieodpowiedzialne zachowanie. Wejdźcie sobie choćby na "STOP CHAM" - w kilka kliknięć natraficie na filmik z wyprzedzaniem.

Zanim zaczniemy wyprzedzać, to zadajmy sobie pytanie, czy na pewno cokolwiek nam to da. Nie ma co ryzykować i narażać na niebezpieczeństwo innych.

Znak zakaz wyprzedzania B-25Znak zakaz wyprzedzania B-25 Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.