W Niemczech badań nie przechodzi ok. 20 proc. pojazdów, w Polsce... 2 proc. Idą zmiany, ale i też bunt diagnostów

Polacy bardziej dbają o swoje auta niż Niemcy, mimo, że nasz park samochodowy jest znacznie starszy? Tak można by wnioskować, patrząc bezrefleksyjnie na statystyki ze stacji kontroli pojazdów. Niestety, to fikcja pokazująca jedynie, że polski system kontroli pojazdów jest dziurawy. Czy zmieni się to w 2023 roku?

 Niemieckie kontrole, mimo że są co dwa a nie co roku, jak w Polsce, faktycznie polegają na ocenie stanu technicznego i eliminowania z dróg aut niesprawnych i trujących środowisko. W Niemczech też kontrole od dłuższego czasu są zdecydowanie bardziej rozbudowane i sprawdzają więcej elementów pojazdu, w tym analizują skład spalin. W Polsce, mimo że pojazdy starsze niż 5 lat muszą stawiać się na kontrolę częściej, w znakomitej większości zaliczają badania. Dlaczego? Powodów jest wiele, ale najważniejszym z pewnością nie jest ten, że jeździmy świetnie utrzymanymi samochodami.  

Problemem nie jest nawet przymykanie oka na niektóre niedociągnięcia, zwłaszcza że same przepisy dzielą usterki na istotne i drobne, które nie zagrażają bezpieczeństwu. Niestety, nadal po znajomości niektóre stacje wykonują przeglądy nawet bez wizyty auta na stacji lub po prostu boją się odrzucać aut w obawie o stratę klienta. Opłaty są niskie, a stacji stosunkowo dużo. 

Od kilku lat przepisy są modyfikowane, tak aby zlikwidować takie zachowania, ale tak naprawdę prawdziwa rewolucja przyjdzie 1 stycznia 2023 roku, kiedy to wytyczne zaostrzą się i co ważne dostosują się do europejskich standardów.  

Badanie techniczne po nowemu - zdjęcia, badanie spalin i kara dla spóźnialskich 

Od stycznia 2023 roku diagności mają przede wszystkim fotografować samochód na ścieżce diagnostycznej co ma wyeliminować "podbijanie pieczątek" nawet bez oglądania samochodów. Na zdjęciach będzie uwieczniony także licznik z aktualnym przebiegiem.  

Więcej wiadomości dotyczących nowych przepisów znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

To jednak nie koniec nowości. Badania mają być też dokładniejsze. Obligatoryjne wszystkie auta poddane będą m.in. badaniu spalin oraz głośności układu wydechowego. W rządowym projekcie czytamy, że obowiązkiem diagnosty jest "(…) przeprowadzanie badania technicznego zgodnie z określonym przedmiotem, zakresem i sposobem jego przeprowadzania oraz przy użyciu wymaganego wyposażenia kontrolno-pomiarowego".

Kiedy wejdą w życie, tego jeszcze nie wiadomo, ale wiemy już, że więcej zapłacą spóźnialscy, którzy zgłoszą się na badanie po 30 dniach od wygaśnięcia ważności poprzedniego badania. Wtedy przegląd będzie kosztował nie 98 zł a 196 zł. W przypadku samochodów z instalacją LPG będzie to już dwa razy 161 zł, czyli 322 zł. Oficjalnie nie jest to jednak kara, ale opłata dodatkowa w wysokości 100 proc. stawki badania. 

Jest też dobra wiadomość, bo na badanie będzie można zgłosić się na 30 dni przed terminem, a mimo tego ważność nowego przeglądu będzie liczona od dnia wygaśnięcia poprzedniego. To oznacza, że badanie przeprowadzone na 30 dni przed upływem terminu będzie ważne 13 miesięcy. 

Koniec ze zwlekaniem z przeglądami - mobilizować będą wysokie kary 

Także problemem będzie jazda bez ważnego badania technicznego. Przez wiele lat oznaczało to zaledwie pogrożenie palcem i zatrzymaniem dowodu rejestracyjnego. Teraz kierowcy jadącemu autem bez ważnych badań grozi mandat od 20 do nawet 1500 zł.  Wysokość kary ustala policjant, biorąc pod uwagę czas jaki minął od wygaśnięcia ważności badań. 

Zobacz wideo

Pytanie tylko, czy faktycznie to coś zmieni, skoro diagności, którzy od lat domagają się podwyżek stawek, które ustalono 18 lat temu, coraz częściej się buntują. Trudno się im dziwić, skoro zamiast podwyżek stawek, w prezencie od rządu dostali nowe wydatki na sprzęt i jego obsługę.

Bunt diagnostów na horyzoncie

Co więcej na SKP, mają pojawić się częstsze kontrole. Po krytycznych wynikach kontroli NIK, które ujawniły, że na niektórych stacjach kontroli nie widziano kontroli od kilkunastu lat, rząd zdecydował się nadzór nad nimi starostom. Będą oni musieli co roku kontrolować stacje pod względem zakresu zgodności z wymogami formalnymi dotyczącymi działalności takich firm.

Dodatkowo nadzór nad SKP będzie dzierżyć także Transportowy Dozór Techniczny, który ma prowadzić kontrole merytoryczne. Jednym z pomysłów jest kontrola diagnostów w czasie rzeczywistym podczas przeprowadzania badania pojazdów. Zobaczymy tylko, czy to dokręcanie śruby, bez podnoszenia stawek, nie skończy się powszechnym buntem na pokładzie?

To bardzo prawdopodobne, bo Polska Izba Stacji Kontroli Pojazdów zapowiedziała już na 29 września protest. Diagności przemaszerują z centrum Warszawy pod Ministerstwo Infrastruktury. Dlaczego akurat 29 września? To 18 rocznica zamrożenia stawek za badania techniczne.

Marcin Barankiewicz, szef PISK, w rozmowie z serwisem dziennik.pl przyznał jednak, że strajk i ewentualne chwilowe utrudnienia to nie najważniejszy problem jaki może niebawem czekać kierowców. Twierdzi on bowiem, że jeśli stawki nie zostaną urealnione, jeszcze w tym roku dojdzie do masowego zamykania stacji kontroli pojazdów.

Jak donosi dziennik.pl w pierwszej połowie roku zamknięto już 152 punkty. Co prawda w skali kraju, gdzie w 2021 roku zarejestrowanych było 5291 stacji, to jeszcze stosunkowo nie wiele, ale Barankiewicz sugeruje, że to dopiero początek. Jeśli rząd będzie upierał się nad pozostawieniem starych stawek, to do końca roku może zniknąć nawet 25 proc. wszystkich SKP.  To oznacza zamknięcie blisko 1400 najmniej rentownych punktów!

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.