Suzuki Splash | Długi dystans

Wiemy już, że dobrze spisuje się w mieście. W końcu to jego środowisko naturalne. Skoro jednak jest u nas na dłużej wpadliśmy na pomysł, by sprawdzić go również na bardziej wymagających trasach. Czy nasze długodystansowe Suzuki równie dobrze sprawdza się... na długich dystansach?

Suzuki Splash 1.2 VVT | Długi dystans

Zanim na dobre skupię się na Splashu, pozwolę sobie na kilka słów wstępu. W idealnym świecie, każdy z nas mógłby mieć po kilka samochodów. Małe, zwinne cabrio do jazdy latem, przestronne, rodzinne kombi na weekendowe wypady za miasto, a kiedy znienacka zaatakuje zima, a okrojone miejskie budżety znów nie pozwolą piaskarkom wyjeżdżać na drogi tak często jak byśmy tego chcieli, z przepastnego garażu moglibyśmy wyciągnąć coś z porządnym napędem na cztery koła. Do tego jakiś fajny klasyk, albo youngtimer. W końcu kochamy samochody.

Fajnie by było, ale na takie luksusy mogą sobie pozwolić tylko nieliczni. Przeciętny Kowalski musi zdecydować się na jeden samochód, który z największym stopniu zaspokoi szerokie spektrum potrzeb. Na tym nie koniec. Biorąc pod uwagę obecną wysokość średniej krajowej, nie specjalnie można też zaszaleć przy wyborze konkretnego modelu. Ma być możliwe tani i możliwie wszechstronny. Mały Splash, którego można kupić już za nieco ponad 40 tys. zł, pierwszy warunek spełnia. Czy oprócz niezaprzeczalnych walorów miejskich, dobrze sprawdza się także jako auto na dłuższe wypady? Postanowiliśmy to sprawdzić.

W pogoni za Celsjuszami

Jest późny wrzesień, temperatury już nie rozpieszczają, a drzewa powoli zrzucają pożółkłe liście. Są tacy, którzy na tę porę roku czekają z utęsknieniem. Ja od słynnej złotej polskiej jesieni zdecydowanie wolę letnie upały. Stąd decyzja - jedziemy na południe Francji. Tam wciąż jest ciepło. I choć to blisko dwa tysiące kilometrów (w jedną stronę) czuję, że dla porządnego podładowania baterii warto się trochę pomęczyć. Zresztą, może się okazać, że ta wyprawa będzie czystą przyjemnością.

Choć przebieg naszego auta to wciąż liczba czterocyfrowa, Suzuki zaprasza nas na mały przegląd. Tak na wszelki wypadek, żeby uniknąć przykrych niespodzianek po drodze. Płyny sprawdzone, zawieszenie w porządku, hamulce wciąż jak nowe. Można jechać. Początkowo planowaliśmy ubrać Splasha w boks dachowy, ale ostatecznie okazało się, że nie będzie to konieczne. Dwie osoby i rozsądna ilość "tobołów" to dla małego Suzuki żadne wyzwanie. Chociaż przy postawionych oparciach tylnej kanapy przestrzeni do wykorzystania jest niewiele (tylko 178 l), po ich złożeniu można cieszyć się całkiem sporym bagażnikiem o pojemności 573 litrów. Co więcej, po opuszczeniu oparć uzyskuje się idealnie płaską podłogę, co dodatkowo ułatwia zarządzanie przestrzenią. Nie oszukujmy się, "trumna" to również większe zużycie paliwa, które przy tak długiej trasie mogłoby być odczuwalne. Boks zostaje.

Pakowanie zakończone, w nawigacji - niestety nie fabrycznej - wpisujemy cel: Mentona. Po chwili obliczeń na wyświetlaczu pojawia się liczba 1870 kilometrów i grubo ponad doba jazdy do celu. Dopiero teraz dociera do nas, na co się "zapisaliśmy". Obieramy kierunek na Berlin, by jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Nie chcemy tracić czasu na wiecznie rozkopanych polskich drogach. Zresztą, trasa przez Czechy to na papierze oszczędność dosłownie kilku kilometrów. Nie warto.

Próba pierwsza: niemieckie autostrady

Splash to auto o naturze mieszczucha, co do tego nie ma wątpliwości. Oprócz niewielkich rozmiarów i bardzo dobrej widoczności dookoła, jazdę po miejskich arteriach ułatwiać ma również wysoka pozycja za kierownicą. I rzeczywiście ułatwia. Jednak to, co na co dzień jest wielką zaletą, podczas długiej, monotonnej trasy okazuje się męczące. Nawet przy najniżej ustawionym fotelu, siedzi się wysoko i z dość mocno zgiętymi kolanami. Najbardziej doskwiera jednak ułożenie pedałów. Operowanie gazem wymaga od kierowcy ciągłego podkurczania prawej stopy. Podczas codziennych, krótkich dojazdów do pracy można tego nie zauważyć, ale kilka "bitych" godzin za kółkiem sprawia, że z zazdrością patrzę na pasażera wygodnie wyciągniętego na prawym fotelu. Wiercąc się w poszukiwaniu mniej uciążliwej pozycji zastanawiam się, co mogłoby uratować sytuację? Wiem! Tempomat, oczywiście. Niestety w Splashu, ani w żadnym bodaj aucie z tego segmentu, nie można zamontować takiego gadżetu, nawet za dopłatą. Szkoda.

Jest za to obrotomierz. Dlaczego o nim mówię? Nie, nie sprawi on, że wielogodzinna podróż za kierownicą nagle stanie się bardziej komfortowa. Pomoże natomiast rzadziej odwiedzać stacje benzynowe. Opcjonalny zegar montowany na górze deski rozdzielczej pozwala, bez odrywania wzroku od drogi, na bieżąco kontrolować obroty silnika, a co za tym idzie zużycie paliwa. Przy stosunkowo niewielkim baku (45 litrów) okazuje się całkiem przydatnym gadżetem. W mieście rzadko z niego korzystaliśmy, podczas naszej długiej wycieczki na południe był jednym z najważniejszych elementów wyposażenia.

No dobrze, jakie zatem jest to zużycie paliwa? Podczas codziennego użytkowania w redakcji, w naszych rękach małe Suzuki średnio potrzebuje około 5,5 l/100 kilometrów. Na niemieckich autobahnach, przy prędkościach dochodzących do 130-140 km/h, auto - dodajmy, mocno obciążone - zadowalało się 4,8 litra benzyny. Biorąc pod uwagę pudełkowate, niezbyt opływowe nadwozie, uznajemy to za naprawdę niezły wynik. Tym, co również pozytywnie zaskoczyło mnie podczas jazdy autostradą był niski poziom hałasu. Splash należy do tańszych modeli, a przy projektowaniu takowych rzadko kiedy inżynierowie przejmują się takimi "szczegółami". A tu niespodzianka. Przy wspomnianych prędkościach rozmawiamy bez potrzeby podnoszenia głosu. Monotonnego odgłosu silnika nie trzeba też zagłuszać podkręcając, skądinąd bardzo przyzwoicie brzmiący, system audio.

Próba druga: alpejskie serpentyny

Po kilkunastu godzinach na horyzoncie zaczynają majaczyć pierwsze alpejskie wzniesienia. Myślę sobie: to dopiero będzie sprawdzian. Choć pod maską pracuje mocniejszy z dostępnych w gamie Splasha silników, to wciąż tylko 1,2 litra. Wiem już, że mały benzyniak potrafi być oszczędny, ale jak poradzi sobie z serpentynami? Szybko okazuje się, że niepotrzebnie się niepokoję. 94 konie mechaniczne w zupełności wystarczają do sprawnego pokonywania kolejnych przełęczy, najeżonych ciasnymi agrafkami i ostrymi podjazdami. I to bez pomocy turbiny. Co jakiś czas zerkam tylko na wyświetlacz komputera pokładowego, bo górska jazda wymaga wkręcania silnika w wyższe rejestry obrotów. Jednak dopiero po dobrej godzinie jazdy wskazanie średniego zużycia paliwa wzrasta do 4,9, a później 5 litrów na 100 kilometrów. Duży plus.

Podczas lawirowania po krętych alpejskich drogach, przypomina mi się inne auto ze stajni Suzuki. Chodzi o Swifta. Dobrze wspominam czas, gdy gościł w naszej redakcji. Między innymi za sprawą komunikatywnego układu kierowniczego, w jaki ów model jest wyposażony. Okazuje się, że pod tym względem Splash niewiele ustępuje większemu bratu. Progresywne wspomaganie nie sprawia kłopotów podczas pokonywania ciasnych winkli, przyjemnie utwardzając się na odcinkach pokonywanych z większymi prędkościami. Przede wszystkim jednak, dobrze informuje o tym, co dzieje się z przednimi kołami. Szkoda tylko, że kierownicę regulować można wyłącznie w jednej płaszczyźnie.

Złego słowa nie mogę też powiedzieć o hamulcach. Nie dość, że skuteczne to nawet po pokonaniu wymagającej drogi przez Alpy ani przez moment nie wykazują oznak przemęczenia. Do tego precyzyjnie pracująca skrzynia, którą łatwo docenić przy ciągłym wachlowaniu biegami. Przez chwilę mam ochotę zboczyć nieco z trasy i odwiedzić legendarne Passo dello Stelvio (zobacz też: Skoda Fabia RS | Długi dystans ), ale ostatecznie wygrywa chęć szybkiego dojechania do celu, od którego dzieli nas już tak niewiele.

Próba trzecia: zatłoczone kurorty

We Włoszech znów wjeżdżamy na autostradę. Niestety już płatną. Rozpieszczeni niemieckimi autobahnami, niechętnie rozstajemy się z kolejnymi euro. Możemy za to docenić przestronny schowek, umieszczony na górze deski rozdzielczej, w którym kolekcjonujemy wszystkie autostradowe kwity. W Splashu w ogóle jest sporo fajnych skrytek. Natomiast to, czego brakuje, to porządne cupholdery. Nieoceniona rzecz w długiej trasie. Sprawy nie załatwia pojedyncza kieszeń w tylnej części tunelu środkowego. Wkładanie i wyciąganie z niej napoju wymaga sporej gimnastyki.

Po kilku godzinach pojawia się długo wyczekiwana tablica z napisem Menton. Meta! Jesteśmy we Francji. Tu Splash może pokazać swoje mocne strony. Bo choć kalendarzowo jest już poza sezonem, w niewielkim kurorcie trudno o miejsce do parkowania. Mieszkańcy skrzętnie wykorzystują każdą istniejącą lukę. Na szczęście Splash to auto stworzone do takich warunków. Niewielkie zwisy w nadwoziu oraz wspomniana na początku wysoka pozycja za kierownicą w miejskim środowisku procentują i z łatwością wpasowujemy się w najmniejsze nawet miejsce. Z dużym autem byłby kłopot. No chyba, że nie mamy nic przeciwko kilometrowemu spacerowi do najbliższej plaży.

Dobra rada - gdy już się jest na Lazurowym Wybrzeżu, warto przy pierwszej nadarzającej się okazji zjechać autostrady. I nie rzecz w tym, że we Francji z reguły są one płatne, czy o widoki (choć te rzeczywiście potrafią zapierać dech w piersi). Chodzi o samą frajdę z jazdy doskonałej jakości drogami, przyjemnie wijącymi się często tuż na skraju wody. To raj dla kierowcy, ale warto pilnować prędkości, bo mandaty są tu wysokie.

Zadanie wykonane. Miejski z natury Splash przeszedł ostry, długodystansowy chrzest bojowy. I trzeba przyznać że spisał się całkiem nieźle. Zanim rozpoczniemy drogę powrotną, damy mu nieco odsapnąć. Sami też chętnie łykniemy trochę słońca. W Polsce zaczynają już ponoć wyciągać z szaf ciepłe kurtki.

Werdykt

Nie ukrywam, że byłem bardzo ciekaw, jak mały Splash spisze się w długiej trasie. Pozytywnie nastrajały przyjemne wrażenia z jazdy po mieście. A poza tym, co innego raz na jakiś czas przejechać autem parę kilometrów z pracy do domu, a co innego spędzić w nim kilka czy kilkanaście bitych godzin. Dopiero wtedy, na własnej skórze, bardzo wyraźnie można odczuć wszystkie jego wady i zalety. Czasem rzeczy istotne, czasem drobiazgi, które irytują albo wręcz przeciwnie - umilają podróż.

Na plus Splashowi można zaliczyć całkiem dziarski jak na swoją pojemność silnik, precyzyjnie pracującą skrzynię biegów i - po złożeniu oparć tylnej kanapy - spory, ustawny bagażnik. Wśród zalet znalazłby się też praktyczny schowek na desce rozdzielczej oraz obrotomierz, pozwalający kontrolować - i tak całkiem niskie - zużycie paliwa. Na liście uwag umieściłbym natomiast niezbyt szczęśliwe umieszczenie pedałów, które w połączeniu z wysoką pozycją za kierownicą, po kilku godzinach za kółkiem potrafią męczyć. Szkoda też, że kierownicę można regulować wyłącznie w jednej płaszczyźnie. Możliwość ustawienia idealnej pozycji za kółkiem jest - szczególnie w przypadku długich tras - dość istotną kwestią. Podobnie jak, zdawałoby się - drobiazg, porządny cupholder.

ZOBACZ TAKŻE:

Suzuki Grand Vitara - japoński lifting

Suzuki Swift Sport - ceny

Więcej o: