Mazdą CX-60 po pięknych i smutnych drogach Maroka. Po 1100 km byłem zaskoczony

Jeden SUV, dwa dni i 1100 km po czasem trudnych, a czasem zaskakująco wspaniałych drogach Maroka. Mazda CX-60 PHEV nie miała przed sobą łatwego zadania. Myślałem, że mnie zmęczy. A jednak. Chętnie kontynuowałbym naszą wyprawę.

Kiedy wysiadasz z samochodu po 13 godzinach w fotelu i tak naprawdę nie czujesz zmęczenia jazdą, to już wiesz, że jest naprawdę dobrze. Zwłaszcza, jeśli mówimy o dużym i rodzinnym SUV-ie, w którym komfort jazdy powinien stać na najwyższym poziomie. Nie osiągi, nie prowadzenie, a właśnie wygoda. Przedstawiciele Mazdy rzucili przed jednym ze swoich najnowszych modeli (już nie najnowszym, bo niedawno zadebiutowała CX-80) nie lada wyzwanie.

Mazda CX-60 została zbudowana na nowej skalowalnej platformie Skyactiv o tylnonapędowej architekturze. To znaczy, że silnik jest usytuowany w komorze wzdłużnie, a bazowe wersje mają napęd na tylną oś przekazywany klasycznym wałem. CX-60 mierzy 4745 mm długości, 2134 mm szerokości z lusterkami, wysokość to ok. 1680 mm, a rozstaw osi to porządne 2870 mm. W hybrydzie silnik benzynowy Skyactive-G o poj. 2,5 l i mocy 190 KM ma wprawdzie tylko cztery cylindry, ale wspólnie z drugim elektrycznym 136-konnnym silnikiem rozwija systemową moc 327 KM. Rozpędza się do setki w 5,8 s i osiąga maksymalną prędkość 200 km/h. Jest też w stanie przejechać bez włączania spalinowego motoru do 63 km. To dlatego, że w podwoziu jest ukryty akumulator o poj. 17,8 kWh
Zobacz wideo Ten samochód został przeznaczony do tego, by dawać radość z jazdy - Mazda MX-5 Roadster

Ponad 1100 km po zmiennych i zaskakujących drogach pustynnego i górzystego północnoafrykańskiego kraju. Na aż taki dystans sprytnie byłoby podstawić dziennikarzom najmocniejsze diesle, ale Japończycy w ogóle nie bali się także sprawdzianu swojego napędu z wtyczką. Biały SUV, do którego dostałem kluczyki i którego widzicie na zdjęciach, to właśnie hybryda ładowana z gniazdka. To w jej fotelach, raz kierowcy, raz pasażera, spędziłem dwa dni, a każdego z nich grubo powyżej 10 godzin. Kiedy usłyszałem o tej wyprawie, Mazda nazywa takie wydarzenia „Epic Drive", bardzo chciałem wziąć w niej udział. Z dwóch powodów. Mogę zdradzić, że wszystko miało odbyć się rok temu, ale Marrakesz i okolice nawiedziło potężne trzęsienie.

Maroko to królestwo położone na północnym-zachodzie Afryki. Jedno z państw Maghrebu, które w przeszłości było francuską kolonią. Po francusku dogadacie się tu bez problemu, z angielskim mogą być problemy. To tygiel, w którym kultura arabska miesza się z rodzimą berberyjską, a wszystko doprawione jest europejskimi wpływami Francji i Hiszpanii. Dominującą religią jest tu oczywiście islam, ale państwo jest dość liberalne. Marokańczycy za część swojego kraju uważają Saharę Zachodnią. Społeczność międzynarodowa ma co do tego wątpliwości, a konflikt wciąż nie jest rozstrzygnięty. Nie ma jednak wpływu na turystykę. Bez problemu znajdziecie lot do Rabatu, Marrakeszu, Agadiru lub Casablanki, choć nie są już tak tanie jak jeszcze przed kilkoma laty.

Ciekawy SUV i fascynujący kraj. Wyprawa CX-60 po Maroko

Mazda CX-60 to powód pierwszy. Byłem kiedyś na pierwszych jazdach tym modelem i zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Potem jednak dużo o nim się nasłuchałem od kolegów z branży. Dużo dobrego, ale też złego. Nie miałem jakoś potem okazji zweryfikować ani swojego pierwszego wrażenia, ani zasłyszanych opinii, a model jest niesamowicie ciekawy. Mazda wkracza nim na terytorium klasy premium i w ogóle się z tym nie kryje. Otwarcie porównuje się do tak lubianego przeze mnie X3, GLC, Q5 czy robiącego furorę nad Wisłą XC60. Do tego wprowadza pod maskę duże i niechciane przez urzędników, a kochane przez kierowców duże silniki. Tak, mam na myśli tutaj trzylitrowego i sześciocylindrowego diesla, którym marokańskie drogi zdobywali koledzy z „Auto Świata" i „Autokultu". Do tego sprzedaż. Mazda CX-60 to w Polsce duży sukces. SUV spełnił zakładane cele i ma ochotę na więcej.

Drugi powód to samo Maroko. Byłem w Marrakeszu już kiedyś prywatnie i kraj zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Niekoniecznie dobre, chyba wręcz przeciwnie… choć z drugiej strony zafascynował mnie i zawsze chciałem tu wrócić. Skoro nadarzyła się taka okazja w pracy, to nie mogłem nie skorzystać.

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Jazda po Maroko sprawia, że krzyczą na ciebie systemy bezpieczeństwa

Co zapamiętałem z Maroka poprzednio? Wspaniałe krajobrazy (uwielbiam pustynne klimaty), przemiłych, ale jednocześnie natarczywych ludzi, brud połączony z bałaganem i wszechobecną biedę. Po kilku latach mam te same odczucia, choć tym razem przekonałem się, że to jeszcze piękniejszy kraj, niż myślałem. Jest wprost przepiękny. Nasza trasa wiodła z dzikiego i szalonego Marrakeszu na południe i wschód kraju. Zahaczyliśmy o Saharę i zmierzyliśmy się z górami Atlas. Przejechaliśmy też przez niezliczoną liczbę małych miasteczek i wiosek.

Za kierownicą samochodu czujesz się jakbyś pokonywał kolejne kilometry nie po kraju tak bliskim Europie, a raczej jakiejś pustynnej planecie z filmu sci-fi. Widoki zapierają dech w piersiach… Nie powinienem się do tego przyznawać, ale na podziwianiu krajobrazów zamiast wpatrywaniu się w drogę przede mną nie raz przyłapał mnie pokładowy system bezpieczeństwa. Mazda musiała mnie zbesztać, bo zachwycony gapiłem się na skały, góry, oazy i pustynie, a także wypatrywałem wzdłuż trasy osiołków, stad kóz i wielbłądów. Raz przez drogę chciał przejść… żółw. Trzymam kciuki i wierzę, że dzielnemu gadowi się udało.

Ma na to spore szanse, ponieważ drogi Maroka są opustoszałe i rzadko spotyka się na nich inne samochody. Ruch wzrasta i zagęszcza się do irracjonalnych (to szaleństwo) rozmiarów tylko w pobliżu miejscowości. Kilka kilometrów dalej nagle stajemy się samotni i możemy chłonąć marsjańskie widoki. A także cieszyć się drogami.

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Marokańskie drogi to raj dla fana motocykli i samochodów

Przepiękne drogi, przełęcze i krajobrazy? Zakodowaliśmy sobie, że takie rzeczy to tylko w Alpach, a dzięki „Top Gearowi" do świadomości kierowców przebiła się może jeszcze trasa w Rumunii. Warto jednak porzucić europejski egocentryzm. Pisałem kiedyś na Moto.pl o Drodze Wojennej w Gruzji. Maroko was zaskoczy i wbije w fotel samochodu, którym akurat jedziecie.

Podczas podróży natknęliśmy się na niejedną zorganizowaną grupę motocyklistów, widzieliśmy grupę buggy zrobionych na Citroenie 2CV wjeżdżającą na bezdroża, a także minęliśmy kawalkadę podniesionych Porsche 911. To o czymś świadczy. Maroko to raj dla kierowcy nie tylko takiego, który chce poszaleć na bezdrożach, piaskach i skałach. My jechaliśmy przecież Mazdami CX-60. Dużymi i rodzinnymi SUV-ami. Można by kręcić nosem, ale nie. Duet CX-60 i marokańskie górskie drogi co chwilę malował nam wielkie uśmiechy na twarzach. Mazda CX-60 bardzo zaskoczyła mnie tym, jak dobrze się czuje na trudnych górskich zakrętach, wymagających serpentynach i ciasnych zawrotach. Oczywiście w gamie Japończyków jest model, który zabrałbym na nie chętniej, ale CX-60 dzielnie stawiało czoła nawet najtrudniejszym wyzwaniom. Zwłaszcza, że rzucaliśmy je SUV-owi na pustych drogach, gdzie ograniczenie prędkości, jak na trudność trasy, jest dziwnie wysokie. Zdejmuję też czapkę, bo nie noszę kapelusza, przed układem hamulcowym. Nie zamierzał się poddać.

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Drogi Maroka są piękne i urzekające, ale też wymagające. Równiutki i gładki asfalt czasem się kończy, a ty musisz mknąć po szutrze, uważając na opony. Podobno w poprzednich grupach mieli po kilka gum dziennie, ale nam udało się dostosować prędkość do ostrych kamieni i nagłych wielkich dziur. Co ciekawe, nasza trasa za kilka lat będzie dużo łatwiejsza. Po trzęsieniu ziemi król zdecydował o wielkich inwestycjach w ten region. Nieutwardzone górskie drogi, którymi jechaliśmy, właśnie były poszerzane, a miejscami drogowcy pracowali w najlepsze, przygotowując drogę do wyrównania, a potem wylania asfaltu.

Po wdrapaniu się po zdradliwych szutrach i kamieniach, gdzie czasem musieliśmy mijać się na żyletki z ciężarówkami, na prawie 3000 m n.p.m. nagle… wjechaliśmy na szeroką i równiutką asfaltową drogę. Tak porządnej trasy nie znajdziecie w Alpach.

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Jest absolutnie przepięknie, ale też niesamowicie przygnębiająco

I tak podczas wyprawy prawie cały czas się uśmiechałem, a jednak nie mogłem pozbyć się poczucia przygnębienia i smutku. Na tych przepięknych drogach napotykamy stare (w Europie zaparkowane już w cieplutkich muzeach) peugeoty, renaulty, mercedesy, przeładowane do granic możliwości dostawczaki i pikapy. Bardzo często natrafimy też taki wiekowy samochód, który z dwuśladu przemienił się w czteroślad. Dla fana samochodów to gratka, ale o czymś to świadczy.

Świadczy o tym, co zauważamy, kiedy droga prowadzi przez wioski i miasteczka. Nie odniosłem mylnego wrażenia kilka lat temu. Maroko to biedny kraj, a tej biedy nic nie pudruje. Może poza „europejskim" centrum Marrakeszu, gdzie natkniemy się na Urusy, Bentaygi i Range Rovery oraz luksusowe hotele i butiki, ale to tylko kilka sztucznych ulic, które nijak się mają do prawdziwego Maroka. Jeśli kiedyś tutaj będziecie, to polecam opuścić tę swoistą oazę obrzydliwego bogactwa i wybrać się kawałek dalej. W głąb Marrakeszu albo do jakiejś miejscowości na trasie. Poznacie wtedy prawdziwy kraj i jego mieszkańców. Turystyczne miejscówki to plastikowa, posypana złotem i kryształkami, wydmuszka. Nie będziecie potem jednymi z tych turystów, którzy opowiadają, jak piękne i kolorowe to miejsce, odwracając wzrok od problemów.

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Teraz jest tam jeszcze gorzej. Trzęsienie ziemi odcisnęło swoje piętno na mieszkańcach. Jechaliśmy przez miejscowości nim dotknięte i nie były to przyjemne odcinki trasy. Zwłaszcza, że wiele osób odmówiło królewskiej pomocy i tymczasowego mieszkania w Marrakeszu. Zdecydowali zostać w swojej małej ojczyźnie, gdzie się wychowali. Mieszkają teraz przy zburzonych i zawalonych domach w prowizorycznych namiotach. Bardzo smutny widok. Tak samo jak siedzący przy drogach starsi ludzie albo dzieciaki zaczepiające przejeżdżające samochody.

Choć tu optymistyczna ciekawostka. Co jest najładniejsze, najbardziej zadbane i dopieszczone poza wspomnianym turystycznym centrum Marrakeszu? Oczywiście meczety, ale nie tylko. Szkoły, szkolne autobusy, a także ubrania i tornistry uczniów. Widać tu potężne inwestycje królewskiej administracji. Na przyszłe pokolenia poszły pewnie grube miliony dirhamów, a to bardzo pocieszająca informacja. Nie wnioskuję tego na podstawie jednej miniętej szkoły. Przez 1300 km natknęliśmy się na spokojnie ponad 10, a także nie raz minęliśmy nowego szkolnego busa. Wyróżniają się, bo są nowe.

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Na stacjach byliśmy rzadziej niż myślałem. Dwa razy nas wygoniono, na każdej zaprzyjaźniłem się z psami

Mazda CX-60 z wtyczką na długiej, do tego momentami górskiej trasie… to nie powinno się udać, prawda? Zwłaszcza, że akumulator mieliśmy naładowany tylko na start i pokonałem na nim lekko ponad 50 km, wyjeżdżając z Marrakeszu. PHEV jednak mnie zaskoczył, ponieważ nawet tak męczony nie domagał się zbyt dużo benzyny. Na koniec trasy komputer pokładowy pokazał 7,9 l/100 km. Nieźle! Tankowaliśmy trzy razy. Większym problemem niż zasięg okazały się same stacje…

Z jednej nas po prostu przepędzono. Pan z obsługi powiedział, że stacja teraz nie działa, choć było koło 13, i po francusku odesłał nas kilka kilometrów dalej. Na innej w ogóle nie było benzyny, co bardzo ucieszyło naszych kolegów z polskiej ekipy z wysokoprężnej CX-60. Nawiasem, oni na koniec mieli zużycie na poziomie 6,4 l/100 km. W ich przypadku starczyły dwa tankowania.

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Jeśli już zajedziecie na stację i uda się wam zatankować, to możecie być pewni jednego. Podejdzie do was jakiś pies, często nie jeden, który będzie bardzo przyjazny, a do tego pewnie całkiem zadbany, mimo że całe życie spędza, wygrzewając się na słońcu na stacji. Tu ciekawostka, również pozytywna. Ani razu nie natknęliśmy się na trasie na potrącone zwierzę, a wzdłuż dróg kręci się ich, psów, kotów, kóz, owiec i osłów (wielbłądy trzymają dystans) cała masa. Wracając, do stacji to jeszcze jedno spostrzeżenie. Wyglądają bardzo nowocześnie, ale to nie stacje w polskim stylu. Duże pomieszczenia nie są w ogóle zagospodarowane. Wieją pustką. U nas byłby tam mały market. W Maroko – nie. Widocznie miejscowi wolą kupić kawę u przydrożnych sprzedawców. Wzdłuż głównej drogi co chwilę można się natknąć na samochód z ekspresem do kawy w bagażniku.

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Jedziesz cały dzień, wysiadasz całkiem świeży. Gdzie tkwi sekret?

Na pewno w bardzo wygodnych fotelach. Trudno o lepszy test niż tak długi czas jednego dnia w aucie, a nikt z naszej sześcioosobowej grupy nie narzekał. Do tego mają wentylację i ogrzewanie, ale ono nie było nam akurat potrzebne. Podoba mi się też zawieszenie, które jest przyjemnie sprężyste i zwarte. Słyszałem kiedyś opinie, że Mazda jest zbyt twarda, ale dla mnie była właśnie idealna. Układ kierowniczy już chwaliłem.

Przy marokańskich prędkościach nie mogę też narzekać na wyciszenie. Było wzorowe, ale tu gwiazdka. Po Północnej Afryce nie jeździ się tak szybko ze stałą prędkością jak po polskich autostradach. W naszej CX-60 przyjemnie grało też audio Bose. Jechaliśmy na tyle długo, że po raz pierwszy w życiu przesłuchałem siedmiogodzinną playlistę na Spotify „Classic Road Trips". Mam ją zawsze pobraną, żeby w razie co nie męczyć nikogo rapem ani ścieżką dźwiękową z Cyberpunka 2077 czy Arcane.

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Nigdy nie mogę się też nachwalić wnętrz Mazd. Są przestarzałe, ale w tym ich największa zaleta. To stary i dobry styl, doprawiony nowoczesnymi ekranami i systemami bezpieczeństwa. Do najważniejszych funkcji samochodu mamy fizyczne pokrętła oraz przyciski, a za to zawsze stawiamy ogromny plus. Nie ma wygodniejszej obsługi samochodu. Szkoda tylko, że Mazda blokuje ekran dotykowy podczas jazdy. Nie mogę się dać przekonać, że to podobno bezpieczniejsze. Uważam, że rozwiązanie BMW, w którym działa i ekran, i pokrętło, to lepszy pomysł. No ale Japończycy wiedzą swoje.

Kilka dobrych słów muszę też powiedzieć jeszcze o napędzie. Liczbom na Moto.pl przyglądaliśmy się już nie raz, ale dopiero teraz miałem okazję sprawdzić, jak CX-60 sprawuje się, kiedy wyczerpiemy akumulator, a potem zabierzemy ją na przeróżne drogi. Wrażenia, jakie ma w tym momencie kierowca, który nie zawraca sobie głowy cyferkami i technicznymi szczegółami, a chce po prostu jechać? Nie brakowało mi mocy, a napęd dawał sobie bardzo dobrze radę. Przy dynamiczniejszych manewrach silnik benzynowy dostawał wsparcie od elektryka zawsze, kiedy było to potrzebne. Jak to możliwe? Pluginy nigdy nie rozładowują się do zera, nawet jak pokazują zasięg 0 km. Zawsze mają rezerwę. Właśnie na wypadek dynamicznego przyspieszenia albo kiedy kierowca będzie potrzebował AWD, a za napęd z jednej z osi odpowiada elektryk.

Myśl, że wolałbym na tę trasę diesla miałem tylko na początku. Bardzo szybko się z CX-60 PHEV polubiłem i w ogóle mi nie przeszkadzało, że mierzymy się z Marokiem bez naładowanej baterii. Oczywiście nie jest to wymarzony scenariusz dla plugina, ale SUV z wtyczką udowodnił, że daje radę i poza swoją strefą komfortu bez szalonego zapotrzebowania na benzynę.

Wyprawa Mazdą CX-60 po MarokoWyprawa Mazdą CX-60 po Maroko fot. Filip Trusz

Wyprawa Mazdą CX-60 do Maroka. Szkoda, że tylko dwa dni

I znowu wracam z Maroka z myślą, że to biedny i przygnębiający kraj… a jednocześnie jestem nim zafascynowany i oczarowany. Miałem skreślić to państwo ze swojej listy „chcę tu pojechać na wakacje", ale nie. Do trzech razy sztuka. Może dwa dni i ponad 1100 km to za mało? Chętnie za kierownicą Mazdy CX-60 ruszyłbym na kolejne marokańskie szlaki. Jestem pewien, że byłyby równie piękne, a CX-60 nie zmęczyłoby mnie i po kolejnych 1100 km pokonanych tylko z krótkimi przerwami na tankowanie i robienie zdjęć. Materiał powstał podczas wyjazdu sfinansowanego przez Mazda Polska. Nie miało to jednak wpływu na treść artykułu ani nikt nie miał wglądu w treść publikacji.

 
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.