"Ten rajd jest jak dzieło sztuki " - wywiad z Jerzym Mazurem

O Rajdzie Dakar zawsze opowiada z pasją i pokorą, a swoimi doświadczeniami dzieli się z wieloma rajdowcami, którzy wyruszają na pustynię. Dziś Jerzy Mazur śmieje się z tego, jak prawie 25 lat temu przygotowano go do udziału w najtrudniejszych zawodach świata. Był jednak pierwszym Polakiem, któremu udało się dojechać do mety w stolicy Senegalu. W tym roku nie wątpił w sukces Krzysztofa Hołowczyca, ale przestrzegał go przed nadmiernymi, zgubnymi emocjami

Spodziewał się Pan, że podczas tegorocznego Dakaru Krzysztof Hołowczyc wysunie się na pozycję lidera?

Mogę powiedzieć, że spodziewałem się. Znam Krzysztofa od lat i kilkakrotnie uczestniczyłem w kulisach jego przygotowań do Dakaru. Wiem, że w tym roku był  przygotowany wprost rewelacyjnie. Dysponował najwyższej klasy samochodem i osprzętem. Do tego był w bardzo dobrej kondycji. Sądzę też, że dorósł mentalnie do zwycięstwa. Ale jak widać, potrzebował jednak więcej szczęścia...

Sądzi Pan, że to właśnie szczęścia zabrakło? Może po prostu zawiódł sprzęt albo człowiek?

W tym przypadku trzeba trochę filozoficznie poanalizować, a w konsekwencji dojdziemy do wniosku, że szczęście jest niezbędne, zarówno w życiu jak i w sporcie. Jestem pewien, że Hołek zrobił wszystko co mógł, aby wygrać. Mini All4 Racing był budowany konkretnie pod niego, nad pracami w Niemczech czuwał człowiek Hołka. Od 2005 roku zbierał doświadczenia na tym rajdzie i wiedział, jak trzeba rozkładać siły swoje i sprzętu. A jednak coś zawiodło... Jeśli chodzi o sprzęt, to współpracując z profesjonalistami, trzeba im zaufać i nie można 10 razy wszystkiego po nich sprawdzać, bo to po prostu niewykonalne, w obliczu ogromu spraw związanych z przygotowaniami. Teraz możemy zadawać sobie pytanie, dlaczego tak się stało. Jedno jest pewne, Krzysztof musi walczyć do końca. Dakar to walka ze sprzętem, z pustynią i z samym sobą, ze swoimi emocjami. Tam się walczy do ostatniego kilometra.

Pan startował w najtrudniejszym rajdzie świata prawie 25 lat temu. Jak  Pan porównuje swoje przygotowanie, do tego czym dysponuje np. Hołek?

Na przestrzeni lat ten rajd zmienił się trochę, zmienił m.in. swoją lokalizację. Przeniósł się z Afryki do Ameryki Południowej, ale mimo tego, wciąż pozostaje niesamowitym wyzwaniem. W porównaniu z tym, czym teraz dysponują zawodnicy, my mieliśmy niewiele. Brakowało nam nie tylko dobrego sprzętu, ale nawet wiz i pieniędzy. To cud, że stanęliśmy na starcie w gronie 603 pojazdów, na ponad osiemset zgłoszonych. Była to najdłuższa w historii Dakaru lista zgłoszeń, a po badaniu technicznym odpadło prawie dwieście załóg. Dotarliśmy do mety, pokonując ponad 13 tysięcy kilometrów. Sukcesem było to, że początkowo zajmowaliśmy 15 miejsce w klasyfikacji ponad stu samochodów ciężarowych.

I pogrążyła Was wydma...

To fakt. Odcinek specjalny, tzw. wyścigowy, który przekreślił szansę na dobre miejsce w zawodach, bo spowodował przekroczenie limitu czasu, liczył 850kilometrów. Razem z moim pilotem, Julianem Obrockim pokonywaliśmy go 29 godzin. Przez tę wydmę straciliśmy mnóstwo czasu i dojechaliśmy po limicie, zabrakło kilkunastu minut. We dwóch walczyliśmy z nią, wielką jak góra Chełmiec. Metr po metrze przez 6 godzin odkopywaliśmy rajdówkę, a wiatr nieustannie zasypywał naszą pracę. Takie było wtedy przygotowanie do ekstremalnych zawodów.

Co Pan wtedy czuł, przesypując piasek?

Uświadomiłem sobie wtedy, że człowiek w zderzeniu z naturą jest taki, jak maleńkie, jedno z tryliona, ziarenko piasku na Saharze. Startując w Rajdzie Dakar, nie można mówić, że zajmie się jakieś miejsce, powinno się po prostu marzyć o mecie. Te zawody zweryfikowały wiele najpewniejszych siebie i najlepiej przygotowanych załóg, wiele osób pozbawiły życia. W katastrofie śmigłowca, w czasie rajdu, zginął jego twórca Thierry Sabine. Tragicznie rozpoczął się też tegoroczny Dakar, na trasie pierwszego odcinka specjalnego  życie stracił argentyński motocyklista Jorge Boero. Przykładów jest wiele. Gratulować trzeba każdemu, kto szczęśliwie dojeżdża do mety.

To po co tam się jedzie? Czy niebezpieczeństwo to jeszcze większa adrenalina?

Człowiek jedzie tam po to, aby zderzyć, zmierzyć się z naturą. To taka wręcz odwieczna, mityczna walka. Ale Dakar ma niezwykle szeroki wymiar. Każdy, kto próbował się z nim zmierzyć, wie jak wielką ma wartość. Ten rajd jest jak dzieło sztuki, na które można patrzeć latami i które nigdy się nie znudzi. I do tego myślę, że ta magia Dakaru po prostu w pewien sposób uzależnia, trudno się wyleczyć ze startów.

Pan chyba też nie do końca się wyleczył, mimo upływu lat?

Oczywiście, że nadal "choruję" na Dakar. I mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się stanąć do walki. Jednak rzeczywistość jest brutalna, bo budżet jaki potrzebny jest na start w tych zawodach jest astronomiczny, wręcz nieosiągalny. Dlatego też w ostatnim czasie zrealizowałem kilka mniejszych marzeń, związanych z powrotem do Formuły i z udziałem w Rajdzie Monte Carlo.

Czyli doskonale rozumie Pan Adama Małysza, który spełnia swoje marzenia?

Oczywiście. Z tego co wiem, zawsze lubił i lubi samochody. Sam z zawodów na zawody pokonał wiele tysięcy kilometrów. Do tego ma bardzo dobrą pozycję i dzięki temu łatwość w pozyskiwaniu sponsorów. Pozwala mu to bez specjalnych wyrzeczeń spełniać marzenia. Bardzo podziwiam Adama Małysza jako zawodnika. Dostarczył Polakom wielu wspaniałych wrażeń. Do Dakaru przygotowywał się od prawie roku i jestem pewien, że jego determinacja sprawia, iż dojedzie do mety.

Jakie są Pana prognozy na wynik Polaków w tegorocznym Dakarze?

Od razu trzeba sobie powiedzieć, że Dakar nierozerwalnie związany jest z ryzykiem, a do jego ukończenia niekiedy potrzeba też odrobiny szczęścia. Jeżeli Polacy, ograniczą ryzyko do nieprzekroczenia go ponad ponad miarę, to Adam Małysz z Rafałem Martonem, najbardziej doświadczonym polskim, dakarowym pilotem, powinni być w dwudziestce. Jacek Czachor za pewne znajdzie się w pierwszej dziesiątce motocyklistów, a Marek Dąbrowski może jeszcze awansować do dwudziestki. Hołek już na  pewno nie zwycięży w generalce. Ale może jeszcze wygrać lub zając dobre miejsce na pozostałych etapach. Udowodnił, że jest jedynym polskim kierowcą, który z tym sponsorem i tym pilotem, może stanąć na najwyższym miejscu na podium Dakaru. Trzeba sobie powiedzieć jasno, że Jean-Marc Fortin jest nie tylko doskonały w nawigacji i strategii, ale ma jeszcze bardzo dobre koneksje, które są niezwykle potrzebne na tych zawodach.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

Rajd Paryż-Dakar Jerzego Mazura. Fakty:

- Dakar, w którym 20 lat temu startował Jerzy Mazur, był najdłuższy w historii. Liczył ponad 13 tys. km

- Star 266 przygotowany do Dakaru ważył 11 tysięcy kilogramów, z czego 3 tysiące- same części zamienne i narzędzia

- Ciężarówka, która napędzana była silnikiem turbodoładowanym o mocy 132 kW przy 2800 obr/min, osiągała prędkość ok. 110 km/h

- Doświadczenia Jerzego Mazura z Dakaru przyczyniły się do skonstruowania następcy rajdowej wersji Stara 266 - UNI Stara

- W 1987 roku za samo wpisowe do Rajdu Dakar, które wynosiło 44 tysiące franków, można było kupić 8 Fiatów 125p albo kilka domów

 

Iwona Petryla

ZOBACZ TAKŻE:

Rajd Dakar 2012 | Czachor: musimy jechać bardzo skoncentrowani

Rajd Dakar 2012 | Koniec marzeń Hołka o zwycięstwie

Rajd Dakar 2012 | Hołowczyc trzeci mimo dachowania!

Więcej o: