Ważą się losy ceł na chińskie elektryki. Politycy zwlekają przez wybory

Unia od wielu miesięcy zwleka z podjęciem decyzji w kwestii wprowadzenia ceł na chińskie auta elektryczne. Mimo iż pierwotnie politycy mieli przedstawić swoje plany do 5 czerwca, w obliczu wyborów do europarlamentu data ma zostać przesunięta. Czy jednak nowe przepisy w ogóle wejdą w życie? To zależy.

Europa ma problem... i to duży. Chiny, które od dobrych 20 lat opracowują technologię stosowaną w autach elektrycznych, zalewają rynek swoimi tanimi elektrykami. W końcu zoptymalizowany proces produkcji i rządowe dotacje sprzyjają oferowaniu pojazdów w konkurencyjnych cenach. W przypadku drugiego z wymienionych czynników Komisja Europejska rozpoczęła w październiku zeszłego roku specjalne śledztwo. Według polityków dofinansowanie, którego rząd w Pekinie udzielał (i nadal udziela) rodzimym producentom, narusza zasady konkurencyjności i stawia w niekorzystnym położeniu koncerny ze Starego Kontynentu.

Nie trzeba było długo czekać, by podejrzenia Komisji okazały się prawdziwe. Mimo iż śledztwo ma zakończyć się dopiero w listopadzie tego roku, już w marcu śledczy potwierdzili fakt, iż komunistyczne/socjalistyczne władze udzielały finansowego wsparcia rodzimym markom, pomagając im w ten sposób oferować w Europie pojazdy w niższych cenach. Miał to być niepodważalny argument za wprowadzeniem karnych ceł. Mimo iż decyzja co do wprowadzenia karnych opłat miała zostać ogłoszona już 5 czerwca, wszystko wskazuje na to, że zostanie odłożona w czasie.

Zobacz wideo

Unia zwleka z cłami

Jak informuje agencja Reuters, powołując się na doniesienia od anonimowego informatora, Komisja Europejska zamierza opóźnić ogłoszenie decyzji do momentu zakończenia wyborów do europarlamentu, które w całej Unii zostaną przeprowadzone od 6 do 9 czerwca. Jak wynika ze słów informatora agencji, unijne plany dotyczące wprowadzenia ceł zostaną przedstawione tuż po zakończeniu głosowań, a więc już 10 czerwca. Jak podaje niemiecki "Der Spiegel", politycy nie chcą włączać tematu ceł do wyborczego wyścigu, stąd też odroczenie oficjalnej zapowiedzi.

Oczywiście kilkudniowa przerwa nie zmieni za dużo w kwestii ceł. Sama oficjalna informacja dotycząca wprowadzenia ceł nie oznacza ich automatycznego przyjęcia. Co więcej, od 7 marca każdy elektryczny pojazd pochodzący z Chin jest odnotowywany, co pozwoli na wsteczne nałożenie opłat. Tak czy inaczej, nowe stawki wejdą w życie najwcześniej w lipcu tego roku. Wszystko wskazuje jednak na to, że po ich ogłoszeniu Komisja będzie w najbliższych kilku miesiącach prowadziła rozmowy ze stroną chińską, negocjując docelową wysokość celnych opłat.

Szacuje się, że każde dodatkowe 10 proc. wartości cła będzie oznaczało dla Chin koszty w wysokości ok. 1 mld dolarów (aktualnie stawka celna wynosi właśnie 10 proc.). Komisja Europejska planuje wprowadzić nowe stawki w wysokości 25-30 proc. co jest zgodne z zaleceniami Światowej Organizacji Handlu. Co ciekawe, zdaniem ekspertów z Rhodium Group taka wysokość ceł i tak będzie za niska, by powstrzymać chińską ofensywę. Ich zdaniem cła musiałby sięgnąć poziomu przynajmniej 40-50 proc.

Niewykluczone jednak, że Komisja zrezygnuje z wprowadzenia nowych stawek, uginając się pod naciskiem chińskich władz. Zwłaszcza że coraz więcej państw z Europy nie chce się narażać rządowi w Pekinie, usilnie zabiegając o względy inwestorów z Chin. Widać było to podczas majowej wizyty Xi Jinpinga w Europie. Wówczas pierwszy sekretarz Chin spotkał się z m.in. prezydentem Francji Emmanuelem Macronem i szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen. Co ciekawe, jednym z tematów rozmów były właśnie cła na elektryki wyprodukowane w Państwie Środka. Nie wiadomo jednak, czy z tych pertraktacji wynikło cokolwiek konstruktywnego.

Cła na elektryki z ChRL. Chińczycy rozdają karty i dyktują warunki

Oczywiście wieść o karnych cłach bardzo nie spodobała się Chinom. Zapowiedziały już, że w obliczu ich wprowadzenia zamierzają odpowiedzieć tym samym, ale w kwestii aut spalinowych wyprodukowanych w Europie, a dokładnie pojazdów wyposażonych w silniki o pojemności powyżej dwóch litrów. Taki ruch ze strony ChRL byłby strategicznym majstersztykiem. Dlaczego? Państwo Środka jest dla wielu europejskich marek - zwłaszcza niemieckich - największym rynkiem zbytu (ok. 30 proc. wyprodukowanych pojazdów trafia do klientów z ChRL). Wyższe opłaty celne podwyższyłyby ceny, co w obliczu spadającego popytu na europejskie pojazdy w Chinach (Chińczycy coraz częściej decydują się na auta rodzimych producentów, zwłaszcza elektryki) oznaczałoby totalną katastrofę.

Dodatkowo, wprowadzenie wyższych ceł na spalinówki rząd w Pekinie będzie mógł wytłumaczyć troską o środowisko naturalne i ograniczaniem emisji dwutlenku węgla, co jest spójne z polityką Unii, a także zaleceniami m.in. WHO. Wprowadzanie karnych opłat celnych byłoby ze strony proekologicznej Unii wizerunkowych strzałem w kolano i hipokryzją. Co więcej, Chiny argumentują swoją ekspansję w Europie dużym popytem na ich pojazdy i dbaniem o europejską klientelę. W opinii Chińczyków unijne plany w kwestii podniesienia ceł są wręcz karygodne i łamią zasady światowego handlu. Szkoda jednak, że władze Państwa Środka nie dostrzegają tego, że to one w pierwszej kolejności je naruszyły, wprowadzając dopłaty i ulgi podatkowe dla własnych producentów. Niestety, taka właśnie jest polityka prowadzona przez chiński Komitet Centralny - "co złego, to nie my".

Europejscy producenci przeciwko wprowadzeniu ceł

Biorąc pod uwagę zagrożenie, jakie rodzi się w obliczu odwetowych ceł, które mogą wprowadzić Chiny, europejskie marki zeszły z tonu i nie chcą już, by Unia wprowadziła karne opłaty celne. Przeciwny jest temu m.in. dyrektor generalny koncernu Stellantis Carlos Tavares. Portugalczyk w wypowiedzi udzielonej agencji Reuters stwierdził, że producenci z Europy i tak będą musieli stawić czoło chińskiej konkurencji. Wprowadzenie ceł na pojazdy z Chin i tak nie uchroni ich przed koniecznością wprowadzania zmian i restrukturyzacją.

Co więcej, dyrektor generalny BMW Oliver Zipse stwierdził, że wprowadzanie ceł jest podyktowane przesadnym strachem przed chińską konkurencją, która aktualnie ma mniej niż 1 proc. udziału w europejskim rynku. "Dochodzenie antysubsydyjne przeciwko Chinom to odwrotność tego, czego oczekujemy. Ponad połowa chińskiej sprzedaży samochodów w Europie pochodzi od firm spoza Chin. Cła to środki ochronne, które zasadniczo nam szkodzą. Udział chińskich producentów w rynku w Niemczech i Europie wynosi mniej niż 1 proc. Europa nie jest zalewana chińskimi produktami, gdy ze strachu próbujemy zamknąć granice" - stwierdził Zipse w wypowiedzi udzielonej niemieckiej stacji DW.  Rzeczywiście, udział chińskich elektryków w europejskim rynku jest niewielki (ok. 0,8 proc.), jednak z roku na rok drastycznie wzrasta. Organizacja Transport & Environment przewiduje, że w 2024 r. będą one odpowiadały już za ok. 11 proc. sprzedaży pojazdów elektrycznych w Europie, a do 2027 r. już 20 proc.

Jak widać, Unia zjada własny ogon. Najpierw na wariackich papierach wprowadzano proekologiczne przepisy, które zmuszają producentów do przestawienia produkcji na auta elektryczne, a teraz w obliczu konkurencji z Chin oferującej przystępniejsze cenowo auta, robi się wszystko, by uchronić przemysł od zagłady. Prowadzona bez ładu i składu polityka, która była oderwana od rynkowej rzeczywistości i bez porozumienia z europejskimi koncernami, jest przeciwieństwem tej, którą uprawiają Chiny. Od wielu lat wspierano i rozwijano tam motoryzacyjny przemysł i jego gałąź elektromobilności, jednocześnie uchwalając prawo służące producentom. Europejskie koncerny mogą jedynie z niesmakiem pochylić głowy i pogodzić się z rzeczywistością, jaką zgotowali im europejscy politycy. Z cłami czy bez ceł, chiński smok ze smakiem odgryzie spory kawałek rynkowego tortu. Zwłaszcza że wielu chińskich producentów w niedalekiej przyszłości postawi w Europie własne fabryki...

Zobacz wideo
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.