Podatek od aut elektrycznych. Władze dostrzegają problem

Po latach dopłat i ulg właścicieli elektryków czekają pewne zmiany. Wszystko za sprawą podatków od aut zeroemisyjnych. Kwestia poruszana jest coraz częściej w różnych zakątkach świata. Niedawno temat podniosły władze kanadyjskiej Alberty. Jaki jest tego powód?

Wielu niezbyt zaznajomionym z tematem motoryzacji osobom wydaje się, że samochody elektryczne są pozbawione wad. W końcu są ciche, szybkie, a przede wszystkim nie emitują spalin, co chroni planetę przed ekologiczną katastrofą. Sprawa jest jednak zdecydowanie bardziej skomplikowana. Elektryki są m.in. zdecydowane cięższe od spalinowych aut, co doprowadza do szybszego zużywania się nawierzchni dróg, które w związku z tym wymagają kosztownych remontów.

Zobacz wideo

Co więcej, bateryjne auta nie generują przychodów, które pochodzą z podatków doliczanych do cen paliw. W przypadku Polski środki te zasilają m.in. fundusz drogowy, z którego to finansowana jest budowa, ale także wspomniane wcześniej remonty dróg. Te oraz pozostałe kwestie (m.in. niepokojące wpływy Chin) coraz częściej są dostrzegane i poruszane nie tylko przez europejskich polityków, lecz także tych zza oceanu.

Kanadyjczycy wprowadzą podatek od elektryków

Kanadyjscy politycy z prowincji Alberta przygotowują się do wprowadzenia nowego podatku od samochodów elektrycznych. Władze proponują, by każdy właściciel elektryka co roku wpłacał "datek" w wysokości 200 dolarów, co ma odpowiadać uśrednionej kwocie podatku paliwowego, które płaci przeciętny kierowca auta spalinowego w ciągu całego roku. Władze tłumaczą wprowadzenie opłaty przytoczonymi wcześniej argumentami  - zwiększonemu wpływowi elektryków na nawierzchnię dróg i brakiem wpływów do budżetu z podatków doliczonych do paliw.

Rzecz jasna taka decyzja nie spodobała się fanom elektrycznych pojazdów. Kanadyjskie stowarzyszenie producentów pojazdów elektrycznych dobitnie wyraziło swoją dezaprobatę. Stwierdziło, że podatek m.in. zrazi klientów do zakupu elektryków, a tym samym doprowadzi do tego, że ekologiczne plany rządu zakładające ograniczenie emisji dwutlenku węgla mogą nie zostać zrealizowane. Samorządowcy odbijają piłeczkę i tłumaczą decyzję kwestiami sprawiedliwości - nie jest fair, że kosztami naprawy dróg obarczani są wyłącznie użytkownicy aut spalinowych.

Podatek od elektryków

Coraz więcej państw kończy z polityką promowania elektryków. Chodzi nie tylko o zniesienie dopłat do ich zakupu, lecz także wprowadzanie odpowiednich podatków. W końcu koszty przystosowania infrastruktury do potrzeb elektrycznego transportu (montaż nowych ładowarek, przyłączy, a finalnie również i elektrowni) ponosi skarb państwa. Przy braku wpływów z "podatków paliwowych" staje się to nieakceptowalne. Podatek od elektryków wprowadziły już niektóre stany w USA, takie jak Teksas czy Michigan. Niewykluczone, że wkrótce podobne rozwiązania zostaną wprowadzone także w Europie. Co prawda w Polsce do tego jeszcze długa droga - rząd nadal promuje program dopłat "Mój elektryk", by jakkolwiek zachęcić obywateli do kupna nowych aut na prąd. Na ten moment po kraju jeździ niewiele ponad 50 tys. tego typu pojazdów.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.