Sprawdziłem cztery sposoby dotarcia do pracy na Mokotowie. Który najlepszy?

Wyobraźcie sobie przez chwilę, że mieszkacie w warszawskiej dzielnicy Mokotów i chcecie udać się do pracy. Do wyboru macie cztery różne sposoby: autem, komunikacją, rowerem lub na piechotę co wybieracie? Sprawdziłem, który ma największy sens.

Na szczęście nie muszę sobie wymyślać takiej sytuacji, bo mieszkam w tej dzielnicy. Za każdym razem kiedy mam pomysł pracować w biurze, muszę się do niego udać z górnego Starego Mokotowa na dolny, a konkretnie na Sielce. Do wyboru mam różne środki transportu. Przeanalizuję kolejno ich wady oraz zalety w kolejności od najgorszego do najlepszego. W każdym przypadku odczuwam negatywne skutki remontów związanych z budową "Tramwaju do Wilanowa".

Zobacz wideo Ducati Scrambler Next-Gen Icon - coś więcej, niż motocykl [autopromocja]

Sposób pierwszy: pojechać do pracy samochodem

Dla dziennikarza zajmującego się motoryzacją naturalną sprawą jest dotarcie do pracy autem. Niektórzy nawet twierdzą, że jesteśmy do nich przyspawani. W moim przypadku jest raczej przeciwnie. Ponieważ mieszkam w centrum, zazwyczaj to ostatni środek transportu, który wybieram. Autem jeżdżę, bo muszę się czegoś o nim dowiedzieć albo dla przyjemności, ale nie sprawia mi jej stanie samochodami w korkach. Tym razem jednak postanowiłem poświęcić się dla dobra nauki i sprawdziłem, jakie to uczucie pojechać do pracy na czterech kołach.

Rano nie było zatorów w stronę pracy z wyjątkiem samego wyjazdu z bramy na ul. Puławskiej, bo kawałek za nią zaczyna się plac budowy "Tramwaju do Wilanowa". Na szczęście jego wykonawca udostępnił kierowcom zjazd na dolny Mokotów ulicą Goworka i Spacerową, ale co to jest za droga! Jeszcze zanim dotarłem do skrzyżowania, zobaczyłem osobę, która skręciła w prawo pierwszą z dwóch dostępnych jezdni, czyli zgodnie z logiką. Niestety ku jej zmartwieniu nie było tam asfaltu, a po kilku metrach droga gruntowa kończy się dziurą w ziemi. Człowiek w luksusowym audi zrażony tą sytuacją w ogóle zrezygnował z zamiaru skręcenia w prawo i pojechał prosto stronę pl. Unii Lubelskiej. A szkoda, bo mógł to zrobić, tylko nie wiedział jak. Nie byłoby tej pomyłki, gdyby drogi były czytelnie oznakowane.

Ponieważ jazda tą trasą to dla mnie nie pierwszyzna, byłem sprytniejszy i skręciłem w drugą jezdnię ul. Goworka, którą normalnie pojazdy jechałyby w górę. Wiem, że teraz jeździ się nią odwrotnie, chociaż przyznam, że za pierwszym razem też robiłem to z duszą na ramieniu. Jednak po kilkudziesięciu metrach nawet ja zwątpiłem, czy coś się ostatnio nie zmieniło, bo asfalt znikał pod grubą warstwą błota. Nie chciałem wierzyć, że tak może wyglądać ulica w centrum Warszawy. Uspokoiłem się dopiero, gdy po chwili zobaczyłem przed sobą autobus.

Kierowcy się gubią na jezdni, bo nie widać na niej tymczasowych znaków poziomych

Kolejny problem pojawił się na skrzyżowaniu ul. Spacerowej z ul. Belwederską i Sobieskiego, gdzie samochody osobowe mogą jechać Spacerową tylko prosto w ul. Gagarina. Kiedy ruszyłem na zielonym świetle z poprawnego lewego pasa, zobaczyłem przed sobą skodę, której kierowca jechał prosto na czołowe zderzenie ze mną. Biedaczek nie wiedział, że pasy ruchu są tam przesunięte ze względu na konieczność utworzenia wnęki przystankowej dla autobusów, ale żółta farba, która zawsze jest mało widoczna, tym razem kompletnie zniknęła pod warstwą ziemi naniesionej przez pojazdy z budowy. Kierowca pojechał zgodnie z logiką, ale nieprawidłowo. Na szczęście udało mi się go ominąć, a potem już do samej mety było coraz lepiej.

Znacznie gorzej wyglądał powrót, bo robiłem to po zakończeniu pracy, czyli w godzinach największego szczytu. Trudno było nazwać tę czynność jazdą. Mapy Google podpowiedziały mi powrót ul. Gagarina, a potem skręt w lewo w ul. Sobieskiego, a następnie w prawo w ul. Dolną. To dlatego, że wyjazd z ul. Chełmskiej, którym normalnie wracałbym z Agory, został zamknięty, bo krzyżówka z ul. Sobieskiego jest w przebudowie. Niestety sztuczna inteligencja pomyliła się okrutnie, wskazując nieistniejący skrót w lewo ul. Sułkowicką. W rezultacie wracałem do domu godzinę, zamiast obiecanych przez nawigację około 20 minut. Właśnie tyle zwykle idę z pracy piechotą. Po raz kolejny przekonałem się, że to dobry wybór, bo ze względu na objazdy związane z "Tramwajem do Wilanowa" do mojego miejsca pracy znacznie łatwiej jest się dostać autem, niż z niego potem wrócić do domu. Rozumiem, że tak wielka budowa musi się wiązać z niedogodnościami, ale myślę, że dałoby się trochę ułatwić życie kierowcom. Przy okazji zauważyłem, że nowy buspas na ul. Puławskiej istnieje tylko w teorii. Tak naprawdę jadą nim wszyscy, tylko nie autobusy ZTM. Po co wprowadzać rozwiązanie w sposób, który nie ma prawa działać? Lepiej je zlikwidować albo przypilnować przestrzegania przepisów.

Sposób drugi: a może dotrzeć do biura rowerem?

Rower to bardzo sprawny środek transportu w mieście i korzysta z niego w praktyce wiele osób, nawet zimą, która w tym roku jest dla nas bardzo łaskawa. Problem w tym, że jeśli chcę zrobić to legalnie na Mokotowie, czeka mnie sporo przeszkód. Nie mogę jechać zgodnie z przepisami ani chodnikiem, ani iluzorycznym buspasem, bo cyklistom nie wolno tego robić. W związku z tym moja trasa do biura środkowym pasem ul. Puławskiej przy panującym tam intensywnym ruchu byłaby mało bezpieczna i nieprzyjemna, wcale nie z powodu zimna. Wszystko dlatego, że mieszkańcy tego fragmentu ul. Puławskiej od wielu lat nie mogą się doprosić od władz miasta brakującego fragmentu drogi dla rowerów. Są wieczne obietnice, ale nie ma ich realizacji, mimo że chodzi o odcinek o długości  zaledwie 1,3 km, od ul. Dolnej do Goworka.

W dodatku chodnik na odcinku, przy którym mieszkam, jest tak wąski, że trudno się minąć pieszym z zakupami, nie mówiąc o rowerzystach jeżdżących pomiędzy nimi. Mimo to próbują tak robić. Zamiast pojawienia się ścieżki dla cyklistów, po wymianie nawierzchni chodnika wróciły na niego miejsca parkingowe SPPN, czyli warszawskiej Strefy Płatnego Parkowania Niestrzeżonego. Dlaczego nie oddano całego chodnika pieszym? "Wyborcza" niedawno pisała, że dyrektor ZDM tłumaczy się brakiem pieniędzy na ten cel. Podobno wyznaczenie drogi dla rowerów kosztowałoby od 20 do 30 milionów złotych. To bardzo dużo. Ciekawe ile kosztował remont i poszerzenie ulicy Puławskiej przy skrzyżowaniu z Rakowiecką? Myślę, że można rozważyć różne opcje utworzenia trasy dla rowerów, takie jak zlikwidowanie miejsc parkingowych na wąskim chodniku albo przesunięcie ich na prawy z trzech pasów ulicy.

Sposób trzeci: komunikacja miejska w Warszawie jest coraz lepsza

Bardzo lubię warszawski transport zbiorowy. Z roku na rok zmienia się na lepsze i to jest zasługa władz. Na trasie z mojego domu do pracy autobus to drugi pod względem komfortu środek komunikacji. Między innymi dlatego, że tylko autobusy mogą skręcać z ul. Spacerowej w ul. Sobieskiego w prawo. Dzięki temu dotarłbym do redakcji całkiem szybko, nawet przy braku możliwości skręcenia później w lewo w ul. Chełmską. Mimo to bardzo rzadko jeżdżę autobusem do pracy, bo uważam, że dystans jest zbyt krótki, aby korzystać z komunikacji miejskiej. Mapy Google podają, że autobusem linii 119 do przystanku na ul. Bobrowieckiej dotarłbym w zaledwie dziewięć minut i za 3,40 zł. Potem tylko 400 m na piechotę i po łącznie 19 minutach od wyjścia jestem w domu, to znaczy... w pracy.

Gorzej z powrotem do mieszkania. Jak wcześniej wspomniałem, jazda ul. Spacerową jest możliwa wyłącznie w dół, a buspas na ul. Puławskiej od ul. Dolnej o tej porze stoi razem z całym korkiem. Dlatego telefoniczna apka proponuje powrotną trasę również autobusem linii 119, który wprawdzie jedzie naokoło, ale trasa została poprowadzona całkiem sprytnie przez pl. Unii Lubelskiej. W dodatku dzięki lokalizatorom umieszczonym w coraz większej liczbie pojazdów ZTM, prognoza powrotu do domu w 23 minuty jest całkiem prawdopodobna. Również za to coraz bardziej lubię Warszawski Transport Publiczny.

Sposób czwarty: pójść w obie strony na piechotę. Najzdrowiej i, jak się okazuje, najszybciej

To jest moja ulubiona metoda przemieszczania się w mieście zimą na odcinkach do około dwóch kilometrów. Trasa do pracy pokonywana "z buta", jest minimalnie przekracza tę granicę, za to jest przyjemna i zdrowa, bo prowadzi przez park, a na takim dystansie staje naprawdę efektywna. Z mojej ułomnej analizy porównawczej wynika, że łączny czas podróży w obie strony (do pracy i z powrotem) byłby najkrótszy właśnie na piechotę. Zwykle zajmuje mi to około 20 minut w każdym kierunku. To trochę szokujący wniosek. Wynika z kompletnego "zaklopsowania" Mokotowa z powodu budowy "Tramwaj do Wilanowa", której zakończenie właśnie znowu zostało przesunięte. Optymistyczny termin to koniec 2024 roku.

Może do 2025 roku uda się utworzyć brakujący odcinek drogi dla rowerów na ul. Puławskiej? Wtedy chętnie zacznę z niego korzystać. Na pewno w tym samym czasie pojawi się kolejna opcja, czyli nowa trasa tramwajowa do Wilanowa z odnogą do ul. Czerniakowskiej, przez którą mam większość opisanych problemów. Nie mogę się jej doczekać, bo bardzo lubię tramwaje i cieszę się, że powstaje, jednak wiem, że nieprędko zostanie uruchomiona. Całe szczęście, że wcześniej przyjdzie wiosna. Wtedy przesiądę się na motocykle i skutery, co sprawi, że znikną wszystkie moje rozterki. Taki środek transportu jest nie tylko najszybszy w każdych miejskich warunkach, ale dodatkowo sprawia, że uśmiech natychmiast pojawia się na mojej twarzy. Wtedy odczuwam żal tylko z jednego  powodu: że podróż była za krótka.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.