Chcecie sprzedać lub kupić auto? Historia pani Doroty otworzy wam oczy

Historia właścicielki hondy jest bardzo pouczająca. Powinien ją przeczytać każdy, kto ma zamiar sprzedać samochód, bo wtedy wkracza na prawdziwe pole minowe. Trzeba uważać na każdy krok, ale nawet to nie gwarantuje sukcesu.

Poznajcie historię pani Doroty, która chciała sprzedać hondę civic. Można z niej wyciągnąć jeden, fundamentalny wniosek: kiedy jesteś właścicielem samochodu, wszyscy próbują cię oszukać, zwłaszcza gdy próbujesz go naprawić albo sprzedać. Polski rynek samochodów używanych to jedna wielka patologia.

Zobacz wideo Klienci pokochali SUV-a Porsche. Recenzujemy wersję Cayenne S Coupe [AUTOPROMOCJA]

Mieszkanka Warszawy jeździła hondą civic przez sześć lat. Chodzi o popularny i cieszący się nieposzlakowaną opinią model 10. generacji (tzw. FK7) z 2017 roku z litrowym 130-konnym silnikiem. Nowy samochód wzięła w leasing w warszawskim autoryzowanym salonie tej marki. Kompaktowa honda jest lubiana, bo to nowoczesne, niezawodne auto, które nie wykańcza kosztami eksploatacji. Dla wielu osób civic to wymarzony samochód. Jedyną przeszkodą może być wysoka cena nowego auta. Dlatego jego właściciele raczej nie mają problemów ze sprzedaniem swoich egzemplarzy po kilku latach jazdy. Nasza bohaterka postanowiła to zrobić pod koniec 2023 roku, ale po umieszczeniu stosownego ogłoszenia, telefon nie zaczął się urywać. Dlatego pani Dorota zaczęła drążyć temat.

Honda Civic to wymarzony samochód do sprzedaży. Klienci się powinni o niego zabijać

Dzięki sieci znajomych trafiła na osobę, która zajmuje się handlem używanymi autami zawodowo, a ta wróciła z niepomyślną wieścią. Z informacji, które można znaleźć w internecie, wynikało, że jej samochód naprawiano aż dwukrotnie bezpośrednio przed wystawieniem ogłoszenia, we wrześniu 2023 roku. Szkody kosztowały łącznie ponad 13 tys. zł, a nie było o tym słowa w treści oferty sprzedaży. Jak się później okazało, pojawiły się dlatego, że właścicielka niedawno postanowiła usunąć z drzwi małą wgniotkę z bocznych drzwi, żeby samochód wyglądał ładnie. Jakiś czas temu ktoś na parkingu lekko obtarł jej auto, pozostawiając ślad z lakieru i lekkie wgniecenie. Wiele osób machnęłoby na to ręką, ale pani Dorota chciała usunąć tę skazę, więc zwróciła się do poleconego serwisu blacharsko-lakierniczego z warszawskiego Raszyna. Nie miał autoryzacji hondy, ale był polecony przez znajomego.

Początkowo zamierzała sfinansować naprawę z własnych pieniędzy. Potem gdy jej cena drastycznie wzrosła, serwis zasugerował skorzystanie z ubezpieczenia AC, ale wtedy okazało się, że kobieta ma tzw. udział własny w szkodzie. Wiele osób nie zwraca na to uwagi albo rezygnuje z jego zniesienia, żeby obniżyć cenę składki. W przypadku likwidacji szkody to oznacza, że koszty do ustalonej w umowie kwoty muszą pokryć z własnej kieszeni. Pierwotna wycena ubezpieczyciela określała koszt naprawy wgniecionych drzwi na 3 349 złotych i 11 groszy netto, a właśnie mniej tyle wynosił jej tzw. udział własny. Właścicielka zastanawiała się, co zrobić, a w tym czasie serwis zakwestionował kalkulację ubezpieczyciela i przedstawił konkurencyjną. Kiedy pani Dorota zobaczyła cenę naprawy, zrobiło się jej słabo, bo opiewała na ponad 10 tys. zł. Wtedy ostatecznie zrezygnowała z naprawy, a o swojej decyzji pisemnie powiadomiła warsztat i towarzystwo ubezpieczeniowe. Co ciekawe, obie wyceny tej szkody były wykonane z użyciem systemu Audatex i zakładały wymianę draśniętych drzwi na nowe.

Naprawa drzwi miała kosztować 3,3 tys. zł albo 10 tys. zł. W końcu została wykonana za 400 zł

Skąd się wzięła pomiędzy nimi tak duża różnica? Serwis skorygował ceny prawie wszystkich punktów kosztorysu, ale najbardziej wzrósł części zamiennych, których w kalkulacji warsztatu było znacznie więcej. Okazało się, że zamiast około 1,4 tys. zł będą kosztować ponad 5 tys. zł netto. Poza tym usługa uwzględniała lakierowanie wierzchnie sąsiadujących z wymienianymi drzwiami elementów poszycia nadwozia, aby różnice były niezauważalne. Wycena towarzystwa ubezpieczeniowego nie brała tego pod uwagę. Kogoś, kto zna światek naprawy samochodów, takie targowanie się nie zdziwi. Zwykle jest tak, że ubezpieczyciel, chce, aby koszty były jak najniższe, a jak będzie potem wyglądał samochód, go nie interesuje.

Fragment raportu autoDNA dotyczącego opisywanego autaFragment raportu autoDNA dotyczącego opisywanego auta fot. Moto.pl, Honda



Za to serwis winduje je maksymalnie w górę, bo wówczas ma szansę na większy zysk. Mimo wszystko tak znaczna różnica w przypadku tej samej usługi jest zaskakująca, bo oznacza, że któraś ze stron przedstawiła wycenę kompletnie oderwaną od rynkowych realiów. A może obie tak zrobiły? Przeciętny użytkownik samochodu postawiony w takiej sytuacji jest bezradny. Zazwyczaj nie ma na ten temat zielonego pojęcia i trudno się dziwić. Kierowca chciałby zlecić naprawę profesjonalistom i mieć spokój. W dzisiejszych czasach i tak mamy wystarczająco dużo rzeczy na głowie, żeby brać się za sprawy, które wymagają specjalistycznej wiedzy.

W rezultacie właścicielka odstąpiła od naprawy, bo uznała, że koszty, które musiałaby ponieść, nie miały uzasadnienia, przy tak drobnej szkodzie. Postanowiła wystawić auto na sprzedaż w takim stanie, w jakim było. Później wyjechała za granicę, a publikacją ogłoszenia zajął się jej ojciec. Tata wpadł na pomysł skontaktowania się z firmą detailingową, która usunęła wgniecenie w drzwiach metodą PDR (ang. Paintless Dent Repair) z drzwi za mniej więcej 400 zł. Zniknęło praktycznie bez śladu, obcy lakier również dało się spolerować. Oczywiście w poprzednim serwisie nie powiedziano pani Dorocie o takiej możliwości, bo nikt nie miał w tym interesu. Nie zrobił tego również ubezpieczyciel, mimo że taka metoda jest coraz popularniejsza. Usuwaniem wgnieceń technikami PDR (jest ich kilka w zależności od uszkodzenia) zajmują się warsztaty detailingowe, a czasem nawet mobilne. Jest niedroga, bezinwazyjna i w wielu przypadkach przynosi bardzo dobre efekty.

Jeśli tylko wgniecenie da się wyciągnąć od zewnętrznej strony, nawet nie trzeba w tym celu rozbrajać elementu nadwozia, bo można użyć sposobu "glue puller". W rezultacie wgniotka znika bez śladu, a na elemencie wciąż jest oryginalny lakier. Poza tym nawet gdy po naprawie zostaną jakieś znaki, w kilkuletnim aucie to naturalne. Ślady eksploatacji niemal nikogo nie rażą w przeciwieństwie do nowego lakieru na kilku elementach nadwozia, które proponował serwis. To od razu rodzi podejrzenia, że auto jest po poważnej kolizji.

W historii tej hondy civic nagle pojawiły się dwie nowe szkody. Obie z września 2023 roku

Po naprawie samochód wyglądał idealnie, a jego właścicielka na życzenie kupującego była gotowa udostępnić dokumentację wszystkich napraw z jego historii oraz zdjęcia szkód, ale mimo to nikt się nie zgłaszał. Gdy wspomniany znajomy z branży zaczął drążyć temat, okazało się, że oprócz czterech drobnych szkód z przeszłości (właścicielka usuwała je na bieżąco z ubezpieczenia leasingodawcy, bo chciała, żeby było ładne), widnieją dwie zupełnie nowe. Zostały umieszczone w rejestrze we wrześniu 2023 roku, czyli kiedy serwis blacharsko-lakierniczy rozpoczął likwidację szkody, od której właścicielka finalnie pisemnie odstąpiła po poznaniu rzeczywistych kosztów naprawy.

W bazie widniały dwa nowe wpisy na łączną kwotę przekraczającą 13 tys. zł, mimo że małe wgniecenie zostało zlikwidowane przez właścicielkę własnym sumptem za drobny ułamek tej kwoty. Takie informacje można znaleźć w kosztującym niecałe 80 zł raporcie AutoDNA dotyczącym tego egzemplarza hondy civic. Na stronie firmy może go kupić każdy, kto chce poznać historię samochodu. Bardzo możliwe, że wygląda ona podobnie również w raportach konkurencyjnych firm. Ostatnio jest ich coraz więcej, bo to dochodowy biznes. W końcu ludzie chcą zweryfikować opinie sprzedawców i znać prawdziwą historię kupowanego auta.

Honda Civic 10. generacji (FK7) 2015-2022. Zdjęcie ilustracyjneHonda Civic 10. generacji (FK7) 2015-2022. Zdjęcie ilustracyjne fot. Honda

Firma AutoDNA poinformowała właścicielkę, że nie może usunąć błędnych wpisów

Teraz zaczyna się najciekawszy fragment tej historii. Pani Dorota wysłała wiadomość o wpisach przez formularz na stronie AutoDNA z prośbą o ich usunięcie, ponieważ są błędne, zaniżają wartość auta i zniechęcają potencjalnych nabywców. Przedstawiciele firmy odpowiedzieli jej, że nie mają zamiaru tego zrobić, mimo możliwości zapoznania się z całą dostępną dokumentacją, którą przedstawiła użytkowniczka hondy. Z korespondencji obu stron wynika, że AutoDNA agreguje historię samochodów z różnych źródeł, które często są poufne i anonimowe. Rola firmy polega na udostępnianiu tych informacji, a nie ich aktualizacji i wprowadzaniu zmian w bazie.

Mówiąc najprościej, to oznacza, że firma oferuje odpłatnie raporty na temat historii samochodów, mimo że niejednokrotne nie ma możliwości weryfikacji prawdziwości umieszczonych w nich danych. Jej pracownicy wierzą swoim źródłom na słowo. Co więcej, nie chcą kasować informacji, nawet gdy widzą dowody o ich nieprawidłowości. Takie zachowanie podważa sens oferowanej usługi, bo raporty na temat historii samochodów używanych nie przedstawiają żadnej wartości, jeśli nie są wiarygodne.

Po dłuższej korespondencji z właścicielką przedstawiciel AutoDNA w drodze wyjątku zdecydował się usunąć jeden z nieprawdziwych wpisów. W przypadku drugiego z nich nie chce tego zrobić, mimo że oba dotyczą tej samej szkody, naprawionej za 400 zł. Taki wniosek można wyciągnąć już ich charakterystyki i zbieżności w czasie, a jeszcze bardziej uprawdopodobniają to dokumenty udostępnione przez właścicielkę. Rozumiem, że przedstawiciele firm nie mogą wierzyć na słowo właścicielom aut, bo wtedy musieliby usuwać wpisy na temat każdej szkody. Natomiast po otrzymaniu dokumentacji, powinni ją uwzględnić.

Czy można ufać raportom zewnętrznych firm dotyczącym stanu i historii używanych aut?

Nie wiadomo jak dwa nowe wpisy dotyczące historii hondy trafiły do bazy. Pracownik firmy zasłaniał się w korespondencji tajemnicą handlową. Bardzo możliwe, że zgłosił je opisany serwis na podstawie wstępnej kalkulacji, która nie miała wiele wspólnego z rzeczywistymi kosztami naprawy. Zrobił to przez roztargnienie, a może specjalnie, po tym jak właścicielka zrezygnowała z naprawy? Niewykluczone, że w bazie są aż dwa wpisy, bo w tym samym czasie dwa różne podmioty: serwis i firma ubezpieczeniowa. Niezależnie od przyczyn, to bardzo niepokojące z punktu widzenia właścicieli aut, jak i osób kupujących raporty.

Żeby być uczciwym wobec firmy AutoDNA oraz spełnić obowiązek dziennikarskiej staranności i rzetelności. Zapytałem jej przedstawicieli, czy takie postępowanie jest normalne. Spytałem, czy stanowi element standardowej polityki Auto DNA? Czy nie podważa wiarygodności raportów udostępnianych płatnie klientom? Odpowiedział mi członek zarządu AutoDNA Piotr Sawuła. Wszelkie skróty pochodzą od redakcji.

Pan Piotr zapewnił mnie o tym, że "w sytuacji kiedy otrzymujemy informacje od klienta dotyczące niezgodności zapisów w raporcie historii pojazdu, każdorazowo uruchamiamy działania zgodne z zapisami naszego regulaminu. Tutaj zapewne zachowaliśmy się w taki sam sposób, z uwagi na to, że sposób postępowania dotyczy każdego zgłoszenia. [...] W każdym wątpliwym przypadku nawiązujemy kontakt ze źródłem danych i weryfikujemy zasadność oraz prawidłowość wpisów w historii pojazdu. W każdym zasadnym przypadku dokonujemy odpowiedniej zmiany we współpracy ze źródłem danych i informujemy o tym klienta."

Zdublowane wpisy na temat likwidacji szkód w raporcie hondy. Co na to przedstawiciele AutoDNA?

Zdaniem AutoDNA historia czytelniczki Moto.pl, zdecydowanie nie podważa ogólnej wiarygodności raportów. "To nieodłączny element procesu kupna-sprzedaży pojazdu. Ma on na celu zminimalizować asymetrię informacji na rynku pojazdów używanych. Jest skuteczny, zwłaszcza w pierwszym kroku sprawdzenia pojazdu, kiedy to auto jest oddalone od nas na znaczną odległość, a przebycie jej naraża nas na znaczne koszty i czas. O znaczeniu raportów świadczy fakt, że większość profesjonalnych sprzedawców i dealerów używa raportów autoDNA jako nieodzownego kroku przy podejmowaniu decyzji o zakupie pojazdów od swoich klientów."

Dalej możemy się dowiedzieć, że "korzystając z raportów historii pojazdu, musimy wziąć pod uwagę to, że poznanie historii danego samochodu to dopiero jeden z wielu potrzebnych kroków przy zakupie pojazdu. Dzięki niemu posiadamy informacje, które pomogą prowadzić dyskusję ze sprzedającym. Pamiętajmy, że raport nie zastąpi nam profesjonalnych oględzin pojazdu, sprawdzenia pojazdu w stacji obsługi, stacji kontroli, samej jazdy próbnej, po których profesjonalista oceni stan faktyczny pojazdu i dopiero w oparciu o rezultat tych działań możemy podejmować decyzję o zakupie pojazdu."

Nie mogę pozostawić tego bez komentarza. Nie przekazałem numeru VIN hondy civic przedstawicielom AutoDNA, bo nie miałem na to zgody osoby, która mi go udostępniła, w związku z czym AutoDNA  nie zapoznała się z tym przypadkiem. Natomiast wynika z niego, że proces weryfikacji danych i usuwania błędnych wpisów nie przebiega tak gładko, jak obiecują pracownicy firmy. Poza tym nie do końca mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że "szkoda zgłaszana do zakładu ubezpieczeń, jak i później postępowanie w celu oszacowania rozmiaru uszkodzeń oraz kwoty, wykonywane jest w oparciu o standardy producenta."

Możecie kupować raporty AutoDNA oraz innych firm, ale nie traktujcie ich jak wyroczni

Jak pokazuje przykład hondy pani Doroty, te standardy mogą być różne. Ubezpieczyciel wycenił te samą szkodę na około 3 tys. zł, serwis na ponad 10 tys. zł, a ostatecznie została usunięta za kilkaset złotych. W tajemnicy wam powiem, że samochód właśnie znalazł nabywcę, który był zadowolony ze sposobu naprawy szkody, mimo że w historii civika wciąż są dziwne wpisy.

Potencjalny nabywca takiego raportu tego nie wie, ale mimo to wyrabia sobie zdanie na temat stanu auta, na podstawie zawartych w nim informacji. Raporty dotyczące używanych samochodów, to na pewno znakomity biznes, ale przede wszystkim dla firm, które je odpłatnie udostępniają. Mogą być pomocne w procesie zakupu samochodu, ale należy traktować je ze sporą dozą nieufności. To tylko zbiór informacji na temat samochodu, ale nie żadnej ma gwarancji, że są zgodne z prawdą.

Takich historii jest opisana powyżej, jest mnóstwo. Rynek napraw oraz sprzedaży samochodów używanych w Polsc i nie tylko u nas jest wręcz przesiąknięty przez różne patologie. Na jednym i drugim zajęciu można nieźle zarobić. Dlatego o pieniądze walczą wszystkie strony: komisy, serwisy, ubezpieczyciele i firmy weryfikujące stan pojazdów. Wszystkie często korzystają z dezorientacji właściciela samochodu i działają niebezpiecznie blisko granicy prawa, ryzykując wprowadzanie klientów w błąd. W środku tego zamieszania są kierowcy i to właściwie wszyscy, bez wyjątku. Bo każdy prędzej, czy później będzie miał stłuczkę, szkodę parkingową, zechce sprzedać albo kupić auto. Wtedy lepiej miejcie się na baczności.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.