Moje top 3 głupich zachowań kierowców w korku. Panie i panowie, uspokójmy się

Jazda w korku może złamać kierowcę. Mam ostatnio aż nadto okazji, żeby obserwować irracjonalne zachowania niektórych. Co ciekawe, ta agresja i frustracja najwięcej złego robi głównym zainteresowanym.

Ostatnio, gdzie nie jadę, to nie jadę, a stoję. Budowa tramwaju do Wilanowa weszła w kolejną fazę, a osiedle Stegny stało się epicentrum drogowego armagedonu. Jestem otoczony przez rozkopane i zwężone ulice Sobieskiego i Bonifacego oraz aleję Sikorskiego. Nie z własnej woli zostałem mistrzem korków, a kiedy skończą mi się podcasty, a muzyka znudzi, to staję się filozofem. Czasu do obserwacji kierowców i ich zachowań mam aż nadto. Mam kilka przykładów wyjątkowo szkodliwych (głównie dla samego frustrata) pomysłów, na jakie niektórzy wpadają.

Korek. 4 km w 41 minutKorek. 4 km w 41 minut fot. Filip Trusz

Zostałem strąbiony, bo nie zablokowałem skrzyżowania

Rozczulił mnie pewien kierowca, którego doprowadziłem do szału, nie blokując przejścia dla pieszych. Staliśmy w długim na dobre 10 minut korku daleko od skrzyżowania Sobieskiego i Sikorskiego. Na Sikorskiego są teraz nowe światła i przejście dla pieszych. Świeciło się zielone światło, ale gdybym z niego skorzystał, to zablokowałbym zebrę. Grzecznie więc czekałem.

To nie spodobało się kierowcy za mną. Zaczął na mnie trąbić i świecić długimi. Już wtedy zafascynowała mnie jego pasja. To, czy przejedziemy akurat na tym zielonym, nie miało żadnego znaczenia. Przed nami było kilkaset metrów korka. Na trąbieniu się jednak wcale nie skończyło. Potem przez te 10 minut, które turlaliśmy się do skrzyżowania siedział mi na zderzaku. Za każdym razem dojeżdżał dosłownie na centymetry, piszczały mi czujniki, a w lusterku wstecznym widziałem tylko jego SUV-a.

Na koniec, kiedy zjechałem na pas do skrętu, pojechał prosto, a na pożegnanie jeszcze zatrąbił przeciągle. Mnie bawił i dostarczył sporo rozrywki. Zastanawiałem się jednak, co się w tym SUV-ie musi dziać. Ten kierowca przez 10 minut był na tyle wściekły i sfrustrowany, że chciało mu się prawie na mnie wjeżdżać, a na koniec jeszcze uderzać w klakson. 10 minut totalnego szału. Mam wrażenie, że nie jest to zdrowe. Na pewno są lepsze sposoby na rozpoczęcie dnia. Nie mówię już o ryzyku, jakie podejmował. Jeśli musiałbym mocniej zahamować, to pewnie skończyłoby się stłuczką. Po co?

Z kolei wczoraj inny kierowca również postanowił mnie wychować w identyczny sposób. Co zrobiłem? Na osiedlowej ulicy Limanowskiego, która oczywiście się korkuje przy skrzyżowaniu, wpuściłem samochód, który wyjeżdżał ze stacji. Karą również były długie, trąbienie i prawie wjechanie w zderzak. To akurat zdarza się całkiem często, choć tym razem ja byłem bohaterem. Poirytowani kierowcy albo nie wpuszczają ludzi z tej stacji, upewniając się, że nie mają, jak włączyć się do ruchu albo wściekają, kiedy ktoś zrobi miejsce.

To tylko pogarsza sprawę. Na drodze warto być dla siebie życzliwym. Raz wy kogoś wpuścicie ze stacji, innym razem ktoś was.

Zobacz wideo

Zdradzę wam sekret. Od trąbienia samochody nie znikają

Notorycznie ktoś w mojej okolicy blokuje skrzyżowanie. Zapala się czerwone, a on zostaje na środku. Nie wiem. Pomylił się, źle wyliczył, a może chciał być cwany i przesadził. Oczywiście tak nie powinno się robić i jest to naganne, ale... stało się.

Trąbienie na tego kierowcę nic nie zmienia. Przecież wciskany klakson nie sprawi, że samochód nagle rozpłynie się w powietrzu, teleportuje się albo będzie miał miejsce, żeby odblokować skrzyżowanie. Praktycznie codziennie obserwuję, jak inni kierowcy dojeżdżają do takiej osoby i zaczyna się festiwal trąbienia.

Znowu warto sobie znowu zadać pytanie. "Po co?". Chcemy tego kierowcę upokorzyć? To stanie na środku skrzyżowania w akompaniamencie klaksonów ma być dla niego odpowiednikiem ścieżki wstydu, jaką musiała przejść Cersei Lannister w "Grze o Tron"? Przecież to nic nie daje. Stresujemy tylko tego kierowcę, a sami fundujemy sobie niepotrzebne nerwy i frustrację. Stało się. Trzeba poczekać. Po co sobie dokładać nerwów? Dajcie sobie spokój. Podziękuje wam za to serce, a wy będziecie mieć lepszy humor.

Pas można zmieniać spokojnie. To nie musi być walka o życie

Ostatnio miałem też bardzo ciekawą sytuację, kiedy się zorientowałem, że nagle agresywnie zjeżdżają na mnie trzy samochody na raz. Jednocześnie. Choć w myśl przepisów to mój pas i miałem pierwszeństwo, to zdecydowałem się nie brać udziału w tym boju. Uprzejmie poczekałem, zostawiając im miejsce. I miałem nosa. Kierowcy dosłownie stoczyli ze sobą wojnę. Trąbili jak szaleni jeden na drugiego i do ostatniej chwili testowali, kto wymięknie pierwszy. Na szczęście udało im się rozstrzygnąć tę bitwę bez strat własnych. Za to zafundowali sobie mnóstwo stresu i nerwów.

Wcale nie trzeba walczyć o pas. Oczywiście są wciąż kierowcy, którzy z czystej złośliwości nie będą was chcieli wpuścić, ale przecież to wyjątki. Kultura jazdy w Polsce się poprawia i większość jeździ dobrze. Wojny o pas są po prostu głupie, stresujące i ryzykowne. Nie trzeba wykonywać manewrów agresywnie. Chcecie zmienić pas? Włączcie kierunkowskaz i ktoś was wpuści. Nie ma powodu do stresu. Tak samo, kiedy widzicie, że ktoś potrzebuje zmienić pas, to mu pomóżcie.

Mamy wszyscy ten sam cel na drodze. Dotrzeć do celu. Zwykła empatia i życzliwość sprawią, że zrobimy to komfortowo i bezpiecznie. Korki są irytujące, ale nie dajmy się ponosić nerwom. Wszystkie takie zachowania w niczym nie pomogą. Tylko pogarszają sprawę.

KorekKorek fot. Filip Trusz

Więcej o:
Copyright © Agora SA