Rowerowe kontrapasy kością niezgody. Pojawiły się w całej Warszawie. Nikt z nich nie korzysta, bo... nie może

Jakiś czas temu zapytałem warszawskich urzędników o sens tworzenie kontrapasów, które natychmiast są blokowane przez kierowców. Nie doczekałem się odpowiedzi. Teraz okazuje się, że nie jestem jedynym warszawiakiem, który chciałby zadać takie pytanie.

Od kilku miesięcy na warszawskich ulicach pojawiają się nowe kontrapasy. Zarówno pomysł ich wprowadzania, jak i jego realizacja, budzą spory sprzeciw mieszkańców stolicy. Dlaczego kontrapasy wywołują takie kontrowersje? Przede wszystkim chodzi o odwieczną wojnę "samochodziarzy" ze wszystkimi innymi użytkownikami miejskiej przestrzeni. Ci pierwsi sądzą, że drogi są dla aut. Drudzy uważają, że ulice w mieście są przeznaczone dla ludzi, niezależnie z jakich środków transportu korzystają. Takie prawo powinno im przysługiwać, nawet jeśli chcą chodzić po nich na piechotę.

Zobacz wideo Falująca droga dla rowerów przy trasie S7

Więcej wiadomości o warszawskich ulicach znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Ulice dla aut czy dla ludzi? Zdania mieszkańców Warszawy są podzielone

Stąd pomysł na tzw. woonerfy, czyli ulice, których pierwotne przeznaczenie uległo zmianie. Przez większość czasu służą jako deptaki i przestrzeń publiczna do różnych aktywności, a tylko incydentalnie jeżdżą po nich samochody. Przede wszystkim dlatego, że jest to konieczne, bo nie można odciąć mieszkańców od swoich domów, a punktów handlowych od dostaw. Woonerfy to dobry przykład, jak zmienia się miejska przestrzeń. Trudno nie zauważyć, że ulice oraz parkingi zajmują sporą część powierzchni miast. Warto się zastanowić nad ich przeznaczeniem po to, żeby korzystać z niej możliwie efektywnie.

Warszawskim kierowcom trudno przyzwyczaić się do nowych kontrapasów

Podobnie jest z kontrapasami. Pomysł powstał ze względu na coraz intensywniejszy ruch rowerowy w metropoliach. Budowanie dróg dla rowerów jest czasochłonne, kosztowne i w przypadku węższych ulic nie zawsze ma sens. Dotyczy to przede wszystkim ulic jednokierunkowych, na których ruch rowerów w obu kierunkach nie powinien przeszkadzać kierowcom samochodów. Niestety, warszawskim kierowcom trudno się do niego przyzwyczaić. To rodzi konflikty, a czasem również niebezpieczne sytuacje. Zwłaszcza w przypadku skrętu w prawo w ulicę jednokierunkową, użytkownicy samochodów muszą pamiętać, żeby spojrzeć również w prawo w momencie zmiany kierunku ruchu. Większość patrzy przede wszystkim w lewo, żeby uniknąć sytuacji wymuszenia pierwszeństwa.

Dlatego od kilku miesięcy oprócz stosownych znaków pionowych wyznaczających kontrapasy dla rowerzystów, powstały poziome, które są znacznie bardziej widoczne. W kilku dzielnicach Warszawy pojawiają się kontrapasy sygnalizujące możliwość ruchu dla rowerów wściekle czerwonym kolorem. Towarzyszą im znaki pionowe, a raczej tabliczki informujące o tym, że zakaz wjazdu nie dotyczy rowerzystów.

W stolicy kontrapasy pojawiają się jak grzyby po deszczu, ale rowerzyści nie mogą ich używać

Pozornie to bardzo dobra metoda, aby podkreślić prawa uczestników ruchu, którzy są najbardziej narażeni na niebezpieczeństwo. Praktyka niestety bywa inna, co wytykają dziennikarze zajmujący się transportem. Coraz więcej mieszkańców dołącza do tego chóru. Twierdzą, że warszawskie realizacje tego pomysłu, to wylanie dziecka razem z kąpielą.

Dzieje się tak, ponieważ kolorowe i efektowne początki kontrapasów zostały wyznaczone w miejscu dawnych stanowisk parkingowych, często takich, które były częścią warszawskiej strefy płatnego parkowania. Na przykład na ul. Rejtana na Starym Mokotowie Zarząd Dróg Miejskich ograniczył się do przesunięcia znaku o początku SPP kilka metrów wcześniej. Miejsc formalnie nie ma, ale faktycznie wciąż są.

Nie usunięto nawet białych linii wyznaczających ich krawędzie. W efekcie kierowcy dalej parkują na nich auta, które zajmują kontrapas. Nie wiadomo, jaka część z nich robi to nieświadomie z powodu niedostatecznie czytelnego oznakowania, a jaka z premedytacją. Niezależnie od motywacji skutek jest taki sam: rowerzyści nie mogą korzystać z wyznaczonych pasów. Zgodnie z prawem mogą jeździć "pod prąd", ale są zmuszeni robić to bliżej osi jezdni, co może być niebezpieczne.

Na Ursynowie jest podobnie. Właściciele aut nie przejmują się czerwoną farbą oraz znakami B-36 informującymi o zakazie zatrzymywania. Parkują tam, gdzie wcześniej, tylko teraz zajmują przestrzeń przeznaczoną dla rowerzystów. To oburza część mieszkańców tej dzielnicy, czemu dali wyraz czytelnicy portalu Halo Ursynów. Kierowcy łamią przepisy, bo nikt nie egzekwuje ich przestrzegania. Poza tym przyzwyczaili się do korzystania z miejsc, a teraz nagle nie mają gdzie parkować. Teoretycznie to powinien być ich problem, ale tak naprawdę to rowerzyści mają największy kłopot. Większość kontrapasów powstała w ramach budżetu partycypacyjnego, czyli na wyraźne życzenie mieszkańców. Póki co są to pieniądze wyrzucone w błoto, bo auta dalej blokują całą ulicę.

Więcej o:
Copyright © Agora SA