Naprawa za 500 tys. zł. I to nie w superaucie, a popularnym SUV-ie! Skąd ta kwota?

Rachunek z serwisu opiewał na kwotę blisko 500 tys. zł. I nie mówimy o fakturze, na której pojawia się logo Ferrari, Lamborghini czy Bugatti. Dokładnie tyle musiał zapłacić właściciel 8-letniego Hyundaia.

Więcej ciekawych historii motoryzacyjnych znajdziesz również w tekstach publikowanych w serwisie Gazeta.pl.

Dziś opowiemy historię Tilla Wesberga, którą przytacza niemiecki Bild. Otóż nasz bohater w roku 2015 kupił Hyundaia ix35 FCEV. Auto było dość drogie. Zapłacił za nie 50 tys. euro (po obecnym kursie daje to jakieś 222 tys. zł). Cena wynikała jednak z tego, że choć mówimy o popularnym, koreańskim SUV-ie, to korzysta on z napędu wodorowego.

Zobacz wideo O włos od tragedii na przejściu dla pieszych w Chorzowie

Wystarczyła jedna awaria. Naprawa auta wodorowego kosztowała blisko pół miliona!

Początkowo poważnym wyzwaniem dla Tilla było tankowanie Hyundaia. Do najbliższej stacji z wodorem miał bowiem 114 km od swojego miejsca zamieszkania. Z czasem jednak przeszkoda zniknęła. Punkt dysponujący nowym "paliwem" pojawił się zdecydowanie bliżej jego domu. Usterki? Przez niespełna 8 lat tych nie było praktycznie wcale. Aż do feralnego momentu. Auto stanęło "martwe" na poboczu. Till wezwał zatem lawetę i poprosił o przewiezienie pojazdu do ASO. Serwis naprawę wykonał, ale jej cena przyprawia o zawrót głowy.

Okazało się, że w Hyundaiu ix35 FCEV uszkodzeniu uległy ogniwa paliwowe. Te zostały zatem wymienione przez mechaników w całości. Taką procedurę warsztat wycenił jednak na 104 tys. euro. A to daje sumę wynoszącą blisko 463 tys. zł. Naprawa nie mogła być wykonana w ramach gwarancji. Mówimy przecież o prawie 8-letnim pojeździe... W skrócie jedna wizyta w serwisie okazała się więcej niż dwukrotnie droższa od samego pojazdu! Powiem więcej, za taką kwotę dziś można kupić np. prawie półtorej fabrycznie nowej Toyoty Mirai o napędzie wodorowym. Wymiana była zatem całkowicie nieopłacalna i pozbawiona sensu.

Ekologiczne auta chyba lepiej oddać na złom, niż naprawiać

Historię Pana Wesberga można podsumować tak naprawdę na dwa sposoby. Po pierwsze astronomiczna cena wymiany ogniwa paliwowego pewnie w dużej mierze wynika z niskiej popularności tego rozwiązania. Spopularyzowanie technologii sprawiłoby, że Hyundai uzyskałby większy zwrot środków zainwestowanych w jej stworzenie. Tym samym mógłby oferować tańsze części i tańsze naprawy.

Po drugie z nowoczesnymi i mocno ekologicznymi autami już tak jest. Są drogie w zakupie i jeszcze droższe w naprawach. Nie tylko w przypadku wodoru, ale także i pojazdów elektrycznych, podstawowa wymiana w ramach układu napędowego, potrafi skończyć się wartością wyższą od ceny nowego pojazdu. Ekologiczne auta będziemy zatem chyba częściej "wyrzucać na śmietnik", niż naprawiać. A to akurat nie jest już tak bardzo ekologiczne...

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.