Pożar w lesie pod Tłuszczem. By go ugasić, strażacy sami musieli wezwać pomoc

Strażacy przez trzy godziny walczyli z palącą się baterią wymontowaną z koreańskiego samochodu hybrydowego, którą ktoś porzucił w lesie w okolicach Tłuszcza. Akcja zakończyła się wykopaniem dołu i zatopieniem baterii w prowizorycznym basenie z wodą.

Spokojnie, pożar w lesie pod Tłuszczem to nie początek problemów ze zużytymi bateriami od kilkuletnich hybryd i elektryków, ale efekt braku wiedzy na temat tych aut wśród złodziei samochodowych, a raczej pseudomechaników, którzy takie auta rozbierają w dziuplach. Najwyraźniej któryś wyciął baterię z samochodu i doszło do zwarcia, więc problemu pozbył się, porzucając go w lesie.

O sytuacji poinformowała Ochotnicza Straż Pożarna z Tłuszcza, która dostała zgłoszenie o ogniu w pobliskim lesie. Tym razem źródłem pożaru nie był jednak niedopałek, czy nielegalne wypalanie traw na okolicznych łąkach, ale samochodowe akumulatory trakcyjne.

Gaszenie pożaru wymagało wezwania koparki

Na miejscu pojawiły się cztery jednostki ratunkowo-gaśnicze, a także policja. Według informacji uzyskanych przez serwis Interia.pl od wołomińskiego oddziału Państwowej Straży Pożarnej w lesie porzucono pięć kompletnych baterii trakcyjnych do samochodów elektrycznych, w tym jedną, z której wydobywał się ogień i dym.

Strażacy rozpoczęli akcję od schładzania ogniw, by zapobiec rozprzestrzenianiu się ognia. Ogień udało się ugasić już po ok. pół godziny, ale prewencyjnie na miejsce wezwano koparkę, która wykopała dół, który następnie wyłożono folią i zalano wodą. Następnie w tak prowizorycznie wykonanym basenie wylądowała bateria – zatapianie palących się akumulatorów w pojemnikach wodnych to najbardziej efektywna metoda obniżania temperatury ogniw i eliminowania ryzyka ponownego samozapłonu. Cała operacja trwała blisko trzy godziny.

Zobacz wideo

Bezmyślni złodzieje aut?

Co prawda nie ma jeszcze niezbitych dowodów na to, że baterie pochodziły ze skradzionych aut, ale taki scenariusz jest najbardziej prawdopodobny. Nie od dziś wiadomo, że okolice Wołomina, Radzymina i Tłuszcza to zagłębie dziupli wykorzystywanych przez samochodowych złodziej, w których skradzione auta w ciągu kilku godzin rozbierane są na części, a karoserie cięte na kawałki. To, co mogłoby naprowadzić na trop skradzionego pojazdu lub nieprzydatne (czyt. niesprzedawalne) elementy trafiają do pobliskich lasów, które zaczynają powoli przypominać punkty kasacji pojazdów. Spotkać tam można najczęściej części tapicerki, całe deski rozdzielcze, plastiki z kabiny, a teraz, jak widać, także baterie trakcyjne z aut elektrycznych i hybryd.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.