Była droga, nie ma drogi. Cezary z Ełku bankrutuje, bo miasto zlikwidowało dojazd

Sytuacja właściciela skupu surowców wtórnych z Ełku to typowy polski absurd i przykład bezduszności przepisów. Pan Cezary prowadzi firmę od 40 lat. Teraz nie może, bo miasto zlikwidowało dojazd do posesji.

Sprawa drogi, której rzekomo nie było, budzi kontrowersje, bo o losie firmy z Ełku zadecydowały urzędnicze decyzje podjęte bez refleksji dotyczących ich skutków. Ostatnio sprawą firmy Cezarego Dracewicza zajął się program "Interwencja" w telewizji Polsat.

Zobacz wideo Tragedia na przejściu dla pieszych wisiała na włosku

Więcej informacji o polskich drogach i ulicach znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Droga prowadziła do posesji od stu lat. Wystarczyły dwa znaki, żeby zniknęła

Skup surowców wtórych w Ełku to rodzinna firma, która działa od 40 lat. Dojazd do posesji prowadzi drogą gruntową, która nie jest uwzględniona w miejskim planie. Oficjalnie nie istnieje, co jednak nie przeszkadzało z niej korzystać właścicielowi firmy, jej klientom i ciężarówkom przez dekady odbierającym złom oraz inne materiały do ponownego przetworzenia. Przez wiele lat jeździli nią nawet miejscy urzędnicy, jeśli mieli do załatwienia jakąś sprawę z przedsiębiorcą. Budynek, w którym jest siedziba firmy, ma sto lat i od początku istnienia prowadziła do niego droga. Niedawno okazało się, że nielegalna.

Wszystko zmieniło się kilka lat temu, kiedy urząd miasta zadecydował, że teren, przez który prowadzi dojazd, zostanie przeznaczony na cele rekreacyjne. Wtedy została zmodernizowana nawierzchnia, chociaż droga dalej pozostała gruntowa. Natomiast od kiedy miasto postawiło przed wjazdem nowe znaki, przejazd nią jest legalny tylko dla rowerzystów. Dodatkowo na wjeździe wyrosły słupki. Dlatego firmy transportowe przestały odbierać towar z firmy pana Cezarego i od tego czasu na podwórku piętrzy się złom.

Rodzina Dracewiczów zaczęła protestować przeciwko tej decyzji na różne sposoby. Najpierw próbowała zablokować modernizację drogi dojazdowej, co skończyło się interwencją Straży Miejskiej oraz wyznaczeniem kuratora sądowego, bo władze uznały, że w ten sposób rodzice narazili swoją córkę na niebezpieczeństwo.

Sąd nakazał usunięcie słupków, ale nie zezwolił na przejazd. W takim razie, po co to robić?

Potem Cezary Dracewicz odwołał się od decyzji miasta do sądu. Jeden z kilku procesów niedawno się zakończył kolejnym absurdem. Sąd nakazał usunięcie słupków zagradzającym samochodom dojazd do posesji, ale drogą nadal nie wolno jeździć. Trudno zrozumieć uzasadnienie. Czy to ma być zachęta do nielegalnego korzystania z dojazdu przez samochody ciężarowe? Jeśli nie, to po co usuwać słupki?

Poza tym droga dojazdowa do firmy nie wygląda jak typowa ścieżka rowerowa. Wprawdzie rozporządzenie ministra transportu zezwala na wyznaczenie drogi dla rowerów na nawierzchni gruntowej jeśli została ulepszona, ale użytkownicy rowerów szosowych nadal tam raczej nie będą się zapuszczać. Rozumiem chęć władz miasta na przeznaczenie terenu zielonego w Ełku dla mieszkańców na cel rekreacyjny, ale wypadałoby zaoferować właścicielowi funkcjonującego tam przedsiębiorstwa jakieś sensowne rozwiązanie, choćby alternatywne miejsce do prowadzenia działalności gospodarczej. Nie można podejmować decyzji dotyczących mieszkańców, nie biorąc pod uwagę ich konsekwencji.

Właściciel firmy złoży skargę nadzwyczajną do Sądu Najwyższego. To ostatni ratunek

Pan Cezary jest rozgoryczony rozwojem sprawy i faktem, że nie może prowadzić firmy, na co otrzymał od miasta zezwolenie. W zamian za zlikwidowany dojazd urzędnicy proponują odbiór surowców wtórnych drogą po drugiej stronie siedziby firmy. Niestety, żeby do niej dotrzeć, trzeba pokonać pięciometrową skarpę, na której są strome schody. Załadunek ważących setki kilogramów materiałów w ten sposób jest nierealny. Nadal nikt nie będzie mógł tego zrobić.

Właściciel firmy wciąż nie ogłosił bankructwa, jest tego bliski, ale nie chce się poddać. Jego przedsiębiorstwo nie przynosi dochodów, a oszczędności wydał na procesy sądowe. Teraz zamierza złożyć skargę nadzwyczajną do Sądu Najwyższego. Najgorsze w tej sytuacji jest to, że każda strona ma swoje racje, ale władze Ełku nie wyrażają chęci polubownego rozwiązania problemu. "Nie ma szans, żeby się zmieniło podejście miasta, to jest teren zielony i rekreacyjny" - twierdzi Artur Urbański, zastępca prezydenta Ełku. Na pewno jest jakiś sposób, który pozwoli na zagospodarowanie terenu w Ełku zgodnie z planem, ale jednocześnie nie skaże mieszkańców miasta na bankructwo. Tylko trzeba chcieć go znaleźć.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.