Samochód wjechał z pojazd służby drogowej na A4. Na szczęście nikomu nic się nie stało

Samochód służby drogowej w tym przypadku był świetnie oznakowany. Kierujący Toyotą nie zwrócił jednak na niego uwagi. Skutkiem stała się rozpaczliwa próba hamowania i kolizja. Całe szczęście nikomu nic się nie stało.

O zdarzeniach drogowych opowiadamy również w tekstach publikowanych w serwisie Gazeta.pl.

Piękna pogoda, bezchmurne niebo, biały dzień i autostrada A4 na odcinku Legnica – Wrocław. Na lewym pasie ustawiony był samochód służby drogowej. Posiadał pewnie 3-metrowe oznaczenie w kolorze biało-czerwonym z błyskającymi lampami pomarańczowymi i znakiem informującym o konieczności zmiany pasa ruchu na prawy. Kierujący Toyotą go jednak nie zauważył...

Zobacz wideo Oszustwo na stłuczkę? Policjanci poszukują poszkodowanych, którzy brali udział w podobnych kolizjach jak na wideo

Rozpędzona Toyota wjechała w pojazd służby drogowej na A4

Filmik został nagrany przez kierującego jadącego najpierw przed, a później obok auta, które doprowadziło do kolizji. Wyraźnie na nim widać jak autor nagrania dostrzega służbę drogową (bo ta rzeczywiście jest wyraźnie widoczna z odległości) i zmienia pas ruchu. W tym momencie w kadrze pojawia się Toyota. Kierowca białego Aurisa drugiej generacji w wersji kombi i konfiguracji flotowej nie zwraca jednak uwagi na zagrożenie. Kontynuuje jazdę lewym pasem zupełnie tak, jakby pojazdu służby drogowej na nim nie było. Gdy dostrzega przeszkodę, jest już za późno. Hamuje, po czym auto z impetem uderza w tył przyczepy samochodu drogowców.

 

W tym punkcie najważniejsze jest jedno. Choć zdarzenie wygląda naprawdę groźnie, nikomu nic się nie stało. Ze zdarzenia bez żadnego szwanku wyszedł i kierujący Toyotą, i pracownicy służby drogowej. Pracownicy, którzy cały czas poruszali się dookoła pojazdu – co wyraźnie widać na filmiku. Przy czym jeden z nich (ten znajdujący się po lewej stronie pojazdu) musiał dosłownie uciekać przed Toyotą.

Czemu kierowca nie zauważył pojazdu służby drogowej?

Samo nagranie w żaden sposób nie wyjaśnia zachowania kierującego Toyotą. Tak właściwie kierującego na nim nawet nie widać. Nie wiadomo też jak skończyła się ta sytuacja. Konkretnie jak zdarzenie ocenili policjanci, którzy na miejsce z pewnością zostali wezwani. To otwiera pole do dywagacji. Z czego mogło wynikać zachowanie kierowcy Toyoty? Możliwe scenariusze są tak naprawdę dwa:

  • Po pierwsze mogło to być zasłabnięcie. Kierujący mógł na chwilę poczuć się gorzej. Tyle że w takim przypadku pewnie nie zacząłby mocno hamować na sekundę przed uderzeniem w pojazd służby drogowej. Po prostu by go staranował.
  • Po drugie mogło to być klasyczne zagapienie się. Albo kierujący zamyślił się, albo co gorsze zapatrzył np. na telefon. Być może czytał maila, a być może sms-a. Być może też był po prostu znużony i dostrzegł coś ciekawego na poboczu drogi. Przestał patrzeć na trasę. I to wcale nie jest takie rzadkie czy mało realne. Szlaki oddzielone od innych dróg usypiają czujność.

Kierowca musiał dostać mandat. Ale nie to jest najważniejsze

Przyczyn tego zdarzenia drogowego rozstrzygnąć się nie uda. Jedno jest mimo wszystko pewne. Winnym zdarzenia jest kierowca Toyoty. To on nie zauważył pojazdu służby drogowej i to on stworzył zagrożenie dla bezpieczeństwa ruchu drogowego. Kierujący, którzy pojawili się na miejscu zdarzenia, musieli zatem ukarać go mandatem wynoszącym co najmniej 1100 zł. Poza tym prowadzący dostał też minimum 10 punktów karnych. Będzie też musiał zapłacić za naprawę własnego pojazdu. A dla nas... niech ta sytuacja stanie się nauczką. Jest ciepło, a więc drogowcy wykonują szereg prac przy drogach. Rozglądajmy się, nie odwracajmy uwagi od jezdni i reagujmy. Wcześniej reagujmy.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.