Tak można oszczędzić paliwo w starszym aucie, ale prawie nikt tego nie robi

W starszych autach eksploatowanych w mieście również można oszczędzać paliwo. I jest na to prosty sposób. Wystarczy na raz zgasić silnik, a później na trzy go ponownie odpalić. Czemu kierowcy tego nie robią?

Porady eksploatacyjne znajdziesz również w tekstach publikowanych w serwisie Gazeta.pl.

Pomysł na dziś jest prosty. Jak oszczędzić paliwo w silniku starszego typu? Wystarczy po dojechaniu do sygnalizatora, na którym świeci się światło czerwone, zgasić motor. Jednostka nie pracuje, zatem nie spala paliwa i co ważniejsze, nie emituje też do atmosfery żadnych szkodliwych związków. To dobre i dla portfela, i środowiska.

Zobacz wideo Policja z użyciem dronów wyłapuje łamiących przepisy cyklistów i pieszych. W kilka chwil wpadło 14 rowerzystów

Kiedy gaszenie silnika na światłach ma sens?

Oczywiście nie jest też tak, że z powyższego schematu można korzystać bez żadnych ograniczeń. Bo tak naprawdę ma on przede wszystkim sens wtedy, gdy postój na światłach miałby trwać dłużej niż 10 sekund. Czas ten jest ważny, bo tylko w takim przypadku brak spalania paliwa jest w stanie zrekompensować stratę mieszanki rozruchowej. To raz. Dwa, gasząc silnik na światłach, kierowca tworzy coś na kształt manualnego systemu start-stop. A ten w niektórych przypadkach przynosi ogromną różnicę. Bo może zaoszczędzić podczas jazdy miejskiej nawet 10 do 15 proc. paliwa.

Czemu kierowcy nie gaszą silników starego typu na światłach?

No dobrze, ale czemu nikt nie gasi silnika w starszych autach, stojąc na światłach? Powodów przemawiających za tym są dziesiątki. Skupmy się jednak na najważniejszych. Po pierwsze kierowca nigdy nie wie, jak długo trwa system i jak długo będzie się świecić czerwone. A przecież przed zapaleniem zielonego musi zdążyć odpalić silnik, wrzucić jedynkę i przygotować się do jazdy. To trwa i w skrajnym przypadku może oznaczać po prostu tamowanie ruchu lub jego ograniczenia. Rozwiązanie mogłoby mieć zatem sens, ale wyłącznie na światłach wyposażonych w liczniki.

Po drugie załóżmy, że auto jedzie długą miejską arterią i miałoby zatrzymać się na serii świateł czerwonych. Mogłoby się okazać, że w którymś momencie, z uwagi na wyładowanie akumulatora, rozruch byłby niemożliwy. To realne szczególnie w dieslu. Ten pobiera do rozruchu dużą ilość prądu. Alternator musi mieć zatem czas, żeby doładować baterię. A między światłami tego czasu może nie mieć.

Tyle że to przecież to taki manualny start-stop. Czemu w aucie wyposażonym w ten system ilość zatrzymań może nie mieć znaczenia? Bo one posiadają mocniejszy alternator, ale i pojemniejszą oraz bardziej odporną na wyładowanie baterię. Warto o tym pamiętać. A przecież problem z prądem nie jest jedyny. Ciągłe gaszenie i rozruch silnika obciąża także rozrząd, sprzęgło czy turbosprężarkę. To kosztowne w wymianie elementy.

Zamiast gasić silnik, stoimy na czerwonym na biegu...

Po trzecie trzeba pamiętać o tym, że po zgaszeniu silnika w samochodzie przestanie pracować np. klimatyzacja. To mogłoby się zatem okazać mocno uciążliwe podczas jazdy w czasie upałów. Po czwarte żyjemy w społeczeństwie, w którym większość kierowców stoi na czerwonym ze wciśniętym sprzęgłem i na jedynce. To ekstremalnie szkodliwe dla sprzęgła i skrzyni. Tylko ciężko ten fakt niektórym kierowcom wyjaśnić. A skoro nie szanują tak drogich w wymianie elementów, tym bardziej nie przejmą się symbolicznymi oszczędnościami paliwa.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.