"Emil łowca fotoradarów" wykręcił się od mandatów. Sąd przyznał, że nie trzeba ujawniać danych kierowcy

Mandat za niewskazanie kierującej osoby, która popełniła wykroczenie to od 2022 roku nawet 8 tys. zł, a grzywna w sądzie może wynieść aż 30 tys. zł. Brzmi przerażająco? Tylko że w praktyce nie trzeba płacić. Właśnie udowodnił to Emil Rau do spółki z sądem.

Postaram wyjaśnić to najprościej, jak się da. Jeśli kierowca nie zostanie złapany na gorącym uczynku, ale jego wykroczenie uwieczni kamera, żeby go ukarać, trzeba zidentyfikować tę osobę. Na zdjęciu lub filmie często jej w ogóle nie widać, albo widać tak niewyraźnie, że identyfikacja jest niemożliwa. Baza CEPiK (Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców) pozwala policji i uprawnionym urzędom odnaleźć właściciela pojazdu, ale to wcale nie znaczy, że właśnie on był kierowcą.

Więcej wiadomości na temat przepisów ruchu drogowego znajdziesz na stronie Gazeta.pl

Kary za niewskazanie kierowcy w 2023 r. są wysokie, ale nieskuteczne

W takiej sytuacji nieprzyznanie się do popełnienia niebezpiecznego wykroczenia to dobry sposób, aby się wykręcić od odpowiedzialności za jego popełnienie. Do niedawna wielu właścicieli aut odmawiało podania danych sprawcy, bo groził za to stosunkowo niski mandat 500 zł. Aby to ukrócić, nowelizacja przepisów z 2022 r. wprowadziła bardzo wysokie kary za odmowę podania nazwiska sprawcy. Problem w tym, że nowy przepis nie działa. Można dalej łamać przepisy i pozostać bezkarnym. Niedawno udowodnił to Emil Rau, znany jako "Emil łowca radarów".

Emil łowca fotoradarów niemal stał się narodowym bohaterem

O sprawie się zrobiło głośno, gdy opisał ją motoryzacyjny youtuber Paweł Rygas na swoim kanale MotoPRawda. Bohater reportażu Emil Rau jest kierowcą zawodowym, przedsiębiorcą i właścicielem firmy z Zielonej Góry, która użytkuje wiele aut. To człowiek, który zasłynął z odnajdywania i wykorzystywania luk w przepisach po to, aby nie płacić mandatów za przekroczenie prędkości udokumentowane zdjęciem z fotoradaru. Jeśli istnieje jakakolwiek podstawa, aby podać w wątpliwość wiarygodność pomiaru, można próbować ją podważyć.

Pan Emil to robił i uczył innych kierowców jak unikać kary za łamanie przepisów, a ustawodawców uczył, jak tworzyć dobre prawo zamiast patologii i pilnować niezbędnych formalności. Mam w tej sprawie mieszane uczucia, bo organy ustawodawcze niespecjalnie się tym przejmują. W rezultacie działalność "łowcy fotoradarów" nie prowadzi do poprawy prawa, tylko do bezkarności kierowców i obniżenia poziomu bezpieczeństwa na drogach. Niektóre rzeczy są zgodne z prawem, ale niemoralne.

 

Wszystko jest w porządku de iure. De facto dalej wszystko jest źle

Niedawno Emil Rau znalazł kolejny sposób na uniknięcie odpowiedzialności. Nowe przepisy zostały skonstruowane nieprecyzyjnie, a "łowca fotoradarów" to wykorzystał. Artykuł 78 pkt 4 "Prawa o ruchu drogowym" mówi, że "właściciel lub posiadacz pojazdu jest obowiązany wskazać na żądanie uprawnionego organu, komu powierzył pojazd do kierowania lub używania w oznaczonym czasie...". Niestety ustawa nie precyzuje, jakie dokładnie dane jest zobowiązany podać właściciel. Sąd w Zielonej Górze zinterpretował ten zapis, tak, że jeśli właściciel poda imię i nazwisko kierowcy, ale nie ujawni żadnych innych danych, nie złamie tego przepisu. Trudno mieć do sędziego pretensje, bo nieprecyzyjne określenie "wskazać (...) komu powierzył" trudno jednoznacznie zinterpretować. Poza tym nie można wymagać od właściciela pojazdu, żeby znał wszystkie dane kierowcy swojego samochodu włącznie z adresem zamieszkania. Jej zidentyfikowanie powinno być zadaniem prokuratury.

Emil łowca fotoradarów podał nazwisko kierowcy. To Mateusz Nowak

Co zrobił Emil Rau, aby uniknąć odpowiedzialności? Z radością podał nazwisko osoby, która jego zdaniem była wówczas kierowcą. To Mateusz Nowak. Problem w tym, że Mateusz Nowak nie pracuje w jego firmie, a w Polsce to bardzo popularna zbitka imienia i nazwiska. Próba znalezienia właściwego Mateusza Nowaka może trwać w nieskończoność. Teraz wyobraźcie sobie, że każdy właściciel zobowiązany do określenia sprawcy, poda równie popularne dane. Sąd nawet jeśli będzie próbował odnaleźć tych osób, bo prokurator nie jest w stanie tego zrobić. Dlatego sąd uznał, że właściciel auta jest niewinny, bo zgodnie z ustawą wskazał sprawcę. W świetle przytoczonego przepisu trudno się mu dziwić, ale przy okazji przypominam, że w Polsce funkcjonuje system prawa kontynentalnego, w którym wyroki sądowe nie tworzą precedensów. Dlatego w następnej podobnej sprawie, teoretycznie sędzia może zinterpretować ten sam przepis inaczej.

Taka sytuacja de facto prowadzi do obstrukcji prawa. Bardzo groźny w teorii mandat, nie stanowi realnego zagrożenia. Kierowcy dalej mogą łamać przepisy, przekraczać prędkość, nie udzielać pierwszeństwa pieszym, jeździć niebezpiecznie i po pijaku, a nawet uciekać z miejsca wypadku. Dopóki nie zostaną złapani za rękę, zawsze zdołają się wykręcić, zwalając winę na Mateusza Nowaka. Czy naprawdę jest się z czego cieszyć? Ja nie jestem zadowolony, że żyjemy w kraju pełnym dyletantów i cwaniaków, niezależnie od zawodu i branży, z tymi, którzy tworzą obowiązujące prawo na czele. Jakość życia w takim państwie jest skandalicznie niska, bo mechanizmy, które mają chronić obywateli, w praktyce nie działają. Polska to kraj, w którym nie opłaca się być uczciwym, bo wtedy się zostaje frajerem.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.