Cannonball Run to nielegalny wyścig z Nowego Jorku do Los Angeles. Pokazali, jak pobili rekord [WIDEO]

Rekord Cannonball Run to blisko 26 godzin. Wyścig jest niestety nielegalny, bo przebiega w warunkach normalnego ruchu drogowego. Podobnych wyczynów nigdy zatem nie próbujcie w domu. W zamian zobaczcie jednak, jak poradzili sobie rekordziści.

Ciekawostki drogowe publikujemy również w tekstach zamieszczanych w serwisie Gazeta.pl.

25 godzin i 39 minut. Dokładnie tyle zajęła podróż między Red Ball Garage na Manhattanie a The Portofino Inn w Redondo Beach w Kalifornii trzem Amerykanom. Mówimy o dystansie wynoszącym 4500 km. Co oznacza, że białe Audi S6 podczas bicia rekordu poruszało się ze średnią prędkością wynoszącą 173 km/h. Niemiecka limuzyna osiągnęła w pewnym momencie prawie 282 km/h. I wyniki te mogłyby brzmieć imponująco. Mogłyby...

Dla porównania mapy Google twierdzą, że przepisowe pokonanie tego odcinka powinno zająć 42 godziny. Różnica jest zatem kolosalna.
Zobacz wideo Motocyklista pędził 128 km/h w obszarze zabudowanym. Policjanci przerwali niebezpieczną jazdę

Cannonball Run nie jest legalny. Auta ścigają się po drogach publicznych

Zasady Cannonball Run są proste. Chodzi o to, aby przejechać samochodem z Nowego Jorku do Los Angeles w jak najkrótszym czasie. Kierowca może dowolnie wybrać trasę czy model auta. Oczywiście dopuszczone są też pojazdy tuningowane. I choć w tłumaczeniu mówimy o wyścigu, nie jest to wyścig o charakterze oficjalnym. Problem polega na tym, że odbywa się w normalnym ruchu drogowym. Jest zatem skrajnie niebezpieczny nie tylko dla uczestników, ale przede wszystkim innych użytkowników dróg.

W skrócie nowi rekordziści w pewnym momencie jechali 282 km/h po drodze publicznej wśród innych pojazdów. Ujmując rzecz maksymalnie delikatnie, to mało odpowiedzialne.

Patrząc na powyższe zasady, pewnie pomyślicie że kluczowy jest tu dobór trasy. I pewnie w dużej mierze tak właśnie jest. Tyle że uczestnicy wyścigu tak naprawdę ścigając się, walczą z prawem. Bo chcąc pobić kolejny rekord, mają w głębokim poszanowaniu przepisy ruchu drogowego. Przejazd trasą oznacza zatem walkę z trakcją, prędkością i... policją. Zatrzymanie do kontroli drogowej skończy się bowiem nie tylko mandatem i stratą czasu, ale w skrajnym przypadku nawet aresztowaniem.

Pobicie rekordu miało miejsce w sierpniu roku 2020 (a więc okresie pandemii, gdy na drogach panował mniejszy ruch). Do tej pory to najlepszy wynik. Procesowi przygotowania pojazdu, ale też i samemu wyścigowi możecie przyjrzeć się na poniższym wideo.

 

Wyposażenie białego Audi S6 jest delikatnie mówiąc niestandardowe

Chęć uniknięcie aresztowania sprawia, że samochód wybrany do Cannonball Run, musi być doposażony w kilka gadżetów. Rekordziści zamontowali w swoim aucie 2 radarowe detektory, dyfuzor rozpraszający fale, skaner częstotliwości radiowych, radio CB, skaner radiowozów oparty o GPS, aplikacje do śledzenia punktów kontroli, okulary termowizyjne ze stabilizacją obrazu, wyłącznik świateł stopu czy nawet system wykrywania statków powietrznych (na wypadek, gdyby policja użyła helikoptera). Absolutnym must have stał się także potężny zbiornik paliwa zamontowany w bagażniku i dodatkowy układ paliwowy, który pozwala na pobieranie z niego benzyny.

Modyfikacje zewnętrzne? Białe Audi S6 ma zmieniony pas przedni i tylny. Tak żeby przypominał policyjnego Forda Taurusa Interceptor. Otrzymał nawet niebieskie, owalne logo z napisem... Audi! To miała być dodatkowa ochrona przed kontrolą drogową.

Miał być Mercedes, a było Audi. Merca wykasował kierowca ciężarówki

Na koniec zastanawiać się można nad jednym. Czemu do pobicia rekordu Cannonball Run Doug Tabutt, Arne Toman i Dunadel Daryoush wybrali akurat Audi S6? Powodów jest kilka. Pierwszy i podstawowy okazuje się taki, że ich docelowe auto zostało rozbite. Mieli ponownie startować (tak, wcześniej już bili rekordy na tej trasie) 700-konnym Mercedesem E63 AMG. Na jego tył najechała jednak ciężarówka. Kandydatem alternatywnym stała się Corveta. Ta jednak za mocno rzucała się w oczy, była zbyt niestabilna przy dużych prędkościach, a do tego nie oferowała wystarczająco przestronnej kabiny czy bagażnika. Na giełdę "nazwisk" ponownie wróciła zatem niemiecka limuzyna. I tak padło na model S6.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.