To nielegalny znak, ale i tak nie mogą parkować. Właściciele trzech milionów aut są oburzeni

Takiego znaku drogowego nie ma, ale i tak... obowiązuje! To strasznie wkurza ponad 3 mln właścicieli aut z LPG w Polsce. I choć sytuacja jest paradoksalna, warto pamiętać o konsekwencjach złamania pozaprawnego zakazu.

O przepisach dotyczących kierowców opowiadamy również w materiałach publikowanych w serwisie Gazeta.pl.

Czerwona obwódka i napis LPG w środku. Co oznacza ten znak? To wydaje się oczywiste. Mówi o zakazie wjazdu dla pojazdów zasilanych instalacją gazową. Umieszcza się go przede wszystkim przed bramami prowadzącymi do garaży podziemnych. Ale sprawa z tym oznaczeniem nie jest taka oczywista. Bo de facto jest on... nielegalny! Tyle że i tak stosować się do niego trzeba. Ot taki paradoks.

Z polskiego punktu widzenia wyjaśnienie tego paradoksu jest ważne. W końcu według danych ACEA dotyczy on ponad 3,2 mln pojazdów w Polsce. Skala zjawiska jest zatem potężna.
Zobacz wideo 7 tys. złotych kary dla pirata drogowego z BMW

Zakaz LPG? Takiego znaku drogowego przecież nie ma

Znaki drogowe stawiane przy polskich drogach publicznych mogą pochodzić z zamkniętego katalogu. Ten wskazuje rozporządzenie Ministrów Infrastruktury oraz Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie znaków i sygnałów drogowych. W dokumencie tym nie ma znaku przypominającego ten, który opisujemy w tym materiale. To oznacza tak naprawdę jedno. Tablica z napisem LPG znakiem drogowym nie jest. To po prostu tablica. Nie sankcjonuje ona w żaden sposób zasad ruchu drogowego.

W tym punkcie kierowcy mogliby pomyśleć o tym, że skoro takiego znaku drogowego nie ma, nie trzeba się do niego stosować. To jednak może się okazać poważnym i naprawdę kosztownym błędem. Powody przemawiające za tym są dwa. Po pierwsze ustawienie znaku zakazującego wjazdu autom zasilanym LPG przed garażem podziemnym oznacza, że kierowca nie ma do czynienia z drogą publiczną, a terenem prywatnym. Na terenie prywatnym to jego właściciel określa zasady ruchu. A więc może zakazać wjazdu dowolnemu typowi pojazdu. Nie tylko zasilanemu LPG, ale także np. elektrycznemu.

Tablica z napisem LPG to wynik przepisów. Ale nie tych drogowych...

Po drugie pojawienie się tablicy dotyczącej aut z LPG nie wynika z uprzedzeń, a raczej przepisów pożarowych. Rozporządzenie Ministra Infrastruktury w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie, mówi o tym, że w garażach zamkniętych, w których dopuszcza się parkowanie samochodów zasilanych gazem propan-butan i w których poziom podłogi znajduje się poniżej poziomu terenu, należy stosować wentylację: mechaniczną, sterowaną czujkami niedopuszczalnego poziomu stężenia gazu propan-butan. W skrócie jeżeli wentylacji takiej nie ma, aut zasilanych gazem parkować nie można. Wtedy zarządcy stawiają taką właśnie tablicę.

Na podstawie rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie ochrony przeciwpożarowej budynków, innych obiektów budowlanych i terenów, zarządca ma obowiązek umieszczenia czytelnej informacji o niedopuszczeniu parkowania w garażach samochodów zasilanych gazem płynnym propan-butan. Stąd właśnie wziął się "nielegalny" znak.

Co oznacza w praktyce zakaz wjazdu dla aut z LPG?

Stan faktyczny jest zatem taki: choć oficjalnie znak zakazujący wjazdu autom zasilanym LPG nie istnieje, na potrzeby prywatnego garażu podziemnego może być stosowany, a jego stosowanie da się egzekwować. Tyle jednak stan prawny. Bo praktyka stoi nieco w sprzeczności z tymi zasadami. Powód? Aby kierowca mógł zostać ukarany, policję musi powiadomić właściciel lub zarządca terenu. Bez zgłoszenia, funkcjonariusze nie mogą kontrolować terenu. To jedno. Drugą kwestią jest metoda kontroli. Ciężko, aby zarządca lub policjanci chodzili po garażu i sprawdzali, które auto ma dodatkowy wlew gazu – tym bardziej że te coraz częściej są ukrywane pod klapką wlewu paliwa.

Stosowania znaku zakazującego wjazdu pojazdom z LPG nie da się egzekwować prewencyjnie. Kierowca mimo wszystko konsekwencje może ponieść. Stanie się tak przede wszystkim wtedy, gdy znak stoi, prowadzący go zignoruje, a podczas zatrzymania w garażu dojdzie do wycieku gazu lub auto się zapali. W takim przypadku to właściciel auta będzie odpowiedzialny za szkody i pewnie pokryje je z własnej kieszeni, a nie polisy OC.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.