"Dieselgate" po japońsku? Niemiecka prokuratura podejrzewa Mitsubishi o fałszowanie emisji spalin

Jeszcze dobrze nie ucichła afera "dieselgate" z Volkswagenem w roli głównej, a niemiecka prokuratura wzięła na celownik inną markę. Pojawiły się podejrzenia, że Mitsubishi także wpływała na wyniki emisji spalin w procedurach pomiarowych.

Wątpliwości niemieckich prokuratorów dotyczą 4-cylindrowych silników diesla o objętości skokowej 1,6 i 2,2 litra. Jednostki o oznaczeniu Di-D były montowane w modelach ASX i Outlander - trafiały pod maski tych samochodów od 2014 roku. Miały spełniać normy emisji spalin Euro 5 i Euro 6.

Zainteresowanie uczciwością japońskiego producenta wzrosło po tym, jak niemieckie służby przeszukały 10 budynków powiązanych z marką Mitsubishi na terenie Frankfurtu, Hanoweru i Regensburga. Trzy z nich należą do marki Continental, która bierze udział sprawie jako świadek.

Fałszowane wyniki

Istnieje podejrzenie, że wspomniane silniki są wyposażone w urządzenie wyłączające, które "na papierze" pozwala nawet 40-krotnie obniżyć emisję tlenków azotu (NOx). Niemieckie władze zwróciły się do właścicieli podejrzanych samochodów z prośbą o kontakt w celu weryfikacji pojazdów. Sprawa póki co toczy się tylko u naszych zachodnich sąsiadów. Mówi się jednak, że fałszujące oprogramowanie mogło trafić nie tylko do pojazdów przeznaczonych na rynek europejski.

Kto oszukuje na emisji spalin?

Choć afera Volkswagena odbiła się bardzo głośnym echem na światowym rynku motoryzacyjnym, koncern z Wolfsburga nie jest jedynym producentem "złapanym za rękę". Fałszowanie wyników pomiarów emisji spalin mają na swoim koncie także koncerny PSA i FCA. Mitsubishi zatem nie jest pierwszym (i pewnie niestety nie ostatnim) koncernem podejrzewanym o tego typu oszustwa.

JAKUB PORZYCKI