Śmierć po dyskotece

Zwykle nocą lub rankiem. W drodze na imprezę lub - jeszcze częściej - po niej. Samochody pełne 20-latków. Wypadają z drogi, uderzają w drzewo. Dlaczego? Wespół z kanadyjskimi naukowcami postanowiliśmy wyjaśnić przyczynę tego tragicznego fenomenu

Listopadowa noc. Dochodzi 23. W Łodzicach pod Radomskiem drogą pędzi Opel Calibra. Licznik wskazuje 200 na godzinę. W środku siedzi... osiem osób. Wracają z zakrapianej imprezy. Na zakręcie kierowca traci panowanie. Auto wypada z drogi. Siłą rozpędu kosi dwa drzewa. Wreszcie zatrzymuje się na gruszy. Dwie dziewczyny - 18 i 25 lat - giną na miejscu. 25-letni mężczyzna umiera na stole operacyjnym. Kierowca ucieka z miejsca wypadku. Inny pasażer trafia do szpitala z licznymi obrażeniami. Lekarze muszą usunąć mu śledzionę. Pozostali wymagają hospitalizacji. - Tak zdruzgotanego auta jeszcze nie widziałem - mówi policjant z łódzkiej drogówki. - Trudno było rozpoznać, czy to auto, czy przypadkowe blachy ze złomowiska. Calibra złamała się na połowę.

W ten sam weekend 19-letni Daniel postanawia przejechać się Daewoo Matizem. Dostał go od rodziców. Na przejażdżkę zabiera czwórkę przyjaciół. W Woli Przerębskiej (okolice Radomska) samochód nagle zjeżdża na pobocze i uderza w drzewo. Na miejscu ginie kierowca i jego 17-letni kolega. Trzech innych pasażerów w stanie ciężkim trafia do szpitala.

Im więcej, tym szybciej

Podobnych wypadków są dziesiątki. Tak dużo, że nie wszystkie trafiają do prasy. Uderza w nich pewna prawidłowość: młody kierowca, młodzi pasażerowie, duża szybkość, tragiczne skutki. Polska specjalność? Nie tylko. Najlepszy przykład, że wyjaśnienie tak dobrze znanego nam fenomenu przyszło z Kanady. Już kilka lat temu tamtejszych naukowców zastanowiło, że osoby z wąskiego przedziału wiekowego - 16-24 lata - stanowią nieproporcjonalnie dużą, bo liczącą 25 proc. liczbę śmiertelnych ofiar wypadków. By to wyjaśnić, wzięli pod lupę młodych kierowców jeżdżących całymi paczkami w sobotnie zwykle wieczory.

Co stwierdzili? Okazuje się, że najmłodsi kierowcy podlegają bardzo wyraźnej prawidłowości: im więcej rówieśników wiozą, tym bardziej niebezpiecznie prowadzą. Kanadyjczycy badali zachowanie się aut wiozących od jednej do pięciu osób. Gdyby prowadzili obserwację nie w prowincji Ontario i Quebec, ale - powiedzmy - w suwalskim czy radomskim, badania nie zajęłyby im kilkunastu miesięcy. A to dlatego, że u nas auta potrafią (jak wspomniana Calibra) pomieścić dużo więcej osób (choć są mniejsze - ot, taki paradoks). Ergo - ich kierowcy jeżdżą odpowiednio szybciej, czyli potocznie mówiąc - bardziej się popisują. Wielu z nich ma niewątpliwie dobry refleks i prawidłowe odruchy. A jednak giną. Przyczyna? Nie do końca usatysfakcjonowani werdyktem kanadyjskich uczonych pokusiliśmy się na mały eksperyment.

Mistrz kierownicy ulega

Miejsce: lotnisko na Bemowie. Czas: jesienne przedpołudnie. Kierowca: Wojtek Cołoszyński. Auta: tylnonapędowy Fiat 125 i przednionapędowy Golf I. Cel: sprawdzenie, jak się zmienia zachowanie auta obciążonego jedną osobą, a jak sześcioma.

Rozstawiamy słupki, grzejemy silniki, chuchamy w zmarznięte dłonie. Wojtek chwyta za kluczyki Golfa. Na dobry początek obserwujemy slalom samochodu między pachołkami tylko z kierowcą w środku. Niewiarygodne, ile można wycisnąć z 26-letniego auta. Volkswagen mija cztery słupki i dopiero o piąty lekko zahacza zderzakiem.

A teraz duma polskiej motoryzacji. Ogromne przechyły w łukach czynią jej przejazd jeszcze bardziej spektakularnym. Cienkie oponki kompletnie nie nadają się do takich popisów. Mimo że tył auta miota się coraz silniej na boki, Wojtkowi udaje się potrącić tylko ostatni, ósmy, słupek.

Teraz to samo, tylko z obciążeniem. Po chwili musimy zweryfikować wstępne założenie. Nawet duży Fiat nie jest wystarczająco ogromny, by pomieścić sześć osób. Pocieszamy się, że siedzący z przodu Marcin Turski w zasadzie robi za dwóch nastolatków. Kto go widział - wie dlaczego. Ja siłą rzeczy ląduję z tyłu. Już po chwili czuję, jak wielki postęp dokonał się w motoryzacji w ciągu 26 lat, kiedy to Golf był ostatnim krzykiem techniki. Rzucany na boki łapię się, czego popadnie, by tylko złagodzić skutki bezwładności. Wojtek atakuje słupki z taką samą prędkością jak poprzednio. Tym razem jednak slalomu nie udaje się pokonać. W pewnym momencie auto staje bokiem i zmiata ostatni słupek.

Lekko oszołomieni przesiadamy się do Fiata. Tu wrażenia są jeszcze mocniejsze. Choć Wojtek kręci ogromną kierownicą jak szalony - już przy trzecim słupku stawia nas bokiem tak mocno, że gdyby nie szorstki beton płyty lotniska, niechybnie zaliczylibyśmy obrót. Nasz kierowca, który pokonywał slalom tysiące razy, przyznał potem, że nigdy nie miał takich problemów. Zawieszenie, ogumienie i wysoko położony środek ciężkości sprawiają, że Fiat zachowuje się jak rozkołysany klocek. W przedostatni słupek uderzamy bokiem i kończymy próbę tyłem. Cud, że nie na boku.

Jeździł chłopak razy kilka

Choć nie mamy na to ochoty - powtarzamy wszystko jeszcze raz. Z takim samym wynikiem. Robimy nawrót i znowu to samo. Po kilku takich rundkach zaczynam się cieszyć, że zjadłem lekkie śniadanie.

Starczy! Różnicę widać gołym okiem, a wnioski są oczywiste. Wiedzieliśmy, że obciążone auta zachowują się inaczej niż puste, ale nie sądziliśmy, że różnice mogą być tak ogromne. Być może dlatego, że przywykliśmy do nowych, dużo lepiej prowadzących się aut. Tymczasem te, którymi obstawione są dyskoteki w Polsce, liczą tyle samo lat, co ich właściciele. Zapełnione do ostatniego miejsca, zupełnie zmieniają swój charakter - z podsterownych stają się skrajnie nadsterowne. Wąskie oponki i brak ABS-u sprawiają, że koła bardzo łatwo zrywają przyczepność. Jeden za szybki zakręt i autem rządzi siła odśrodkowa bezwładności. Zdziwiony kierowca (dziesiątki razy jechałem tą trasą i nic) może się tylko modlić, by auto nie wpadło na drzewo lub zaczęło koziołkować. Często na daremnie.

Podsumujmy. Młodzi kierowcy jeżdżą tym ryzykowniej, im więcej rówieśników wiozą. A im bardziej obciążony samochód, tym bardziej podatny na poślizg i wypadnięcie z drogi. Ryzyko rodzi szybkość, a ta bezwładność. Jedno potęguje drugie. Kółko się zamyka.

Jeśli wypoczęty, wyćwiczony i skoncentrowany Wojtek Cołoszyński - weteran wyścigów torowych - nie jest w stanie zapanować nad samochodem, to co dopiero ktoś, kto ma więcej temperamentu niż umiejętności? Kto zmęczony, podekscytowany i oszołomiony wraca z imprezy? A przecież nie wspomnieliśmy o używkach...

Sesja skończona, można wracać do redakcji. Wysiadam spocony z auta. W międzyczasie trochę się rozpadało. Spod kół obu testowanych samochodów wydobywa się para z tłumików, bębnów i rozgrzanych opon. Nasz redakcyjny eksperyment można uznać za udany. Choć nie odkryliśmy Ameryki, to jednak pokazaliśmy, co się dzieje, jeśli na czynnik ludzki nałożą się nieubłagane prawa fizyki. Warto o tym pamiętać, by nie ginąć tak młodo i tak głupio.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.