Niełatwy byt aut elektrycznych. Problem to nie tylko brak infrastruktury

W większości krajów europejskich obraz elektromobilności przedstawia się marnie, a klienci chętniej wybierają auta z klasycznym rodzajem napędu lub hybrydy. Brak infrastruktury? Okazuje się, że to niechęć producentów stanowi problem.

Na Starym Kontynencie to Norwegia jest liderem na rynku pojazdów elektrycznych. W 2016 r. ich udział wyniósł aż 29 proc. Druga lokata należy do Holandii, gdzie ten wskaźnik przekroczył 5 proc.

Wicepremier Mateusz Morawiecki zakłada, że do 2025 roku po polskich drogach będzie poruszać się około miliona samochodów elektrycznych. Ten ambitny plan ma małe szanse na powodzenie z uwagi na wciąż wysokie ceny „elektryków”, brak rządowych ulg, ubogą infrastrukturę i powolną zmianę nastawienia wśród klientów. To jednak nie jedyne przeszkody.

Okazuje się, że spory problem tkwi u źródła. Według brukselskiej agencji Transport&Environment, niechęć leży po stronie koncernów, które w marginalny sposób traktują to alternatywne źródło zasilania. Przeznaczają znikome środki na reklamę i marketing, wciąż nastawiając się na promocję aut zasilanych benzyną, olejem napędowym, czy hybryd.

Zobacz także: Tesla Model 3 bez tajemnic. Wiemy o niej już wszystko

Przewymiarowane wolumeny

Jeszcze kilka lat temu zakładano, że samochody elektryczne w ciągu najbliższej dekady szturmem zdobędą rynki krajów rozwiniętych. Mijają kolejne lata, a ich sprzedaż jest wciąż marginalna. W zeszłym roku z salonów wyjechało ich 750 tysięcy, a według szacunków Międzynarodowej Agencji Energetycznej, po światowych drogach porusza się niewiele ponad dwa miliony „elektryków”.

Największy procentowy udział w Europie zanotowano w Norwegii, gdzie EV ma 29% udział w rynku. W zeszłym roku na świecie sprzedano blisko 50 tysięcy Nissanów Leafów z czego tylko 27 sztuk w Polsce. To zaledwie ułamek potencjału produkcyjnego największych graczy.

W ślad za rozwojem technologii nie idzie infrastruktura. Spróbujcie sobie wyobrazić sytuację, w której jednocześnie do gniazdek w całym kraju podpina się milion pojazdów elektrycznych. Przestarzałej sieci energetycznej groziłby blackout, czyli poważna awaria, paraliżująca dostawy energii.

Ponadto, według globalnych statystyk, na jeden publiczny punkt ładowania przypada aż sześć pojazdów na prąd. Znajdują się one w największych aglomeracjach. Sporo miast wojewódzkich w Polsce nie ma jeszcze ani jednej stacji. Można więc wnioskować, że znaczna część użytkowników korzysta z domowych instalacji, gdzie naładowanie akumulatorów do pełna zajmuje nawet kilkanaście godzin.

Obiecanki - „cacanki”

Trudno inaczej patrzeć na deklaracje producentów, którzy szacują, że w 2025 r. po drogach będzie jeździło 40-70 milionów "elektryków". Biorąc pod uwagę, że obecnie po świecie porusza się około 2 mln pojazdów elektrycznych, że największy producent pojazdów elektrycznych - Tesla, ma problemy z dostarczaniem samochodów do klientów, że ceny aut zasilanych prądem są wciąż bardzo wysokie, że mają małe zasięgi, przytaczane wartości wydają się wręcz abstrakcyjne.

Ponadto, podaż modeli elektrycznych jest skromna. W zeszłym roku potencjalni nabywcy mieli do wyboru na Starym Kontynencie aż 417 różnorodnych aut w kilkunastu segmentach. Uwzględniono w tym samochody z napędem spalinowym, a także wersje hybrydowe, PHEV i plug-in hybrid z możliwością ładowania z gniazdka. Zasięg tych ostatnich w trybie bezemisyjnym nie przekracza 50 kilometrów, a w rzeczywistych, wielkomiejskich warunkach wynosi 20-30 km. Wśród tych zasilanych na prąd, oferta ogranicza się do 20 pojazdów. Prym wiedzie Nissan Leaf, Renault Zoe i Volkswagen Golf-e. Każdy z nich ma zasięg na poziomie 300-350 kilometrów, według deklaracji producentów.

Zobacz także: Tak będzie wyglądał polski samochód elektryczny. Znamy czterech finalistów!

Długi czas oczekiwania

O ile silniki benzynowe lub diesle można właściwie dostać w salonie od ręki, o tyle oczekiwania na elektryczny samochód trwa znacznie dłużej. Czasem nawet kilka miesięcy. Ponadto, skromna oferta nie ułatwia zadania klientom. Mamy jednak kolejne deklaracje producentów. Wynika z nich, że za 3-4 lata pojawi się na rynku około 100 różnych modeli EV.

Medialne kampanie tylko na rynkach z potencjałem

Tak przynajmniej wynika z danych przytaczanych przez agencję Transport&Environment. Koncerny inwestują tam, gdzie na rynku widać potencjał i światełko w tunelu dla amortyzacji środków. To Norwegia, reszta Skandynawii, Holandia i Niemcy. Rozwijają się też Chiny i Stany Zjednoczone.

W Ameryce dominują koncerny amerykańskie z Teslą i Chevroletem na czele. Wynika to z faktu, że w tych krajach kierowcy samochodów elektrycznych mają szereg ulg. Mogą bezpłatnie parkować w centrum i korzystać z buspasów. Korzystne są też stawki ubezpieczeniowe.

Tę sytuację wykorzystują producenci samochodów, napędzając koniunkturę wydatkami na reklamę. BMW wydało w Norwegii ¼ marketingowego budżetu na promocję modeli z napędem elektrycznym. Jeszcze więcej środków przeznaczyło Renault – 40 procent. W aspekcie kontynentalnym, prym wiedzie Mitsubishi. Na promocję medialną Outlandera PHEV wydało aż 22% nakładów marketingowych. Wspomniane wcześniej bawarskie przedsiębiorstwo tylko 10% na PHEV i zaledwie 2 na EV. Renault niewiele ponad 5 procent, ale Toyota aż dwie trzecie budżetów reklamowych przeznaczyła na hybrydy, których sprzedaje najwięcej na świecie. Wobec tego, w pozostałych krajach klient sam się musi dowiadywać o aktualną ofertę i techniczne detale samochodów z alternatywnym źródłem zasilania. Koncerny nie spieszą się do kreowania nowych rynków.

Zobacz także: Volkswagen już w 2020 r. wypuści na drogi elektrycznego crossovera. Oto I.D. Crozz 2

Rynek hamuje ambitne plany

40-70 milionów samochodów jeżdżących rocznie po światowych drogach samochodów elektrycznych w 2025 r. wydaje się mało prawdopodobne. Zdają się to potwierdzać wyniki sprzedaży poszczególnych modeli. Renault jeszcze w 2013 zakładało sprzedaż najpopularniejszego wśród „elektryków” Zoe na poziomie 50 tysięcy sztuk rocznie. Co ciekawe, 50-tysięczny egzemplarz trafił do klienta dopiero trzy lata później. Audi sprzedało niewiele ponad 90 sztuk sportowego R8 e-tron i zakończyło produkcję.

Na początku sierpnia Daimler ogłosił koniec elektrycznego Mercedesa Klasy B. Tym samym, w ofercie Niemców znajdziemy tylko hybrydy pozwalające na przejechanie kilkunastu kilometrów na prądzie. Nissan, którego Leaf jest najpopularniejszym modelem EV na świecie, deklarował, że dostarczy do odbiorców do końca 2016 roku aż 1,5 miliona aut elektrycznych. Do tej pory, wraz z francuskim Renault zrealizował jedynie 30 procent planu. Wobec twardych danych należy stwierdzić, że na motoryzacyjną rewolucję przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.