"Niemiecka motoryzacja to kartel!". Od prawie 30 lat manipulują emisją spalin i cenami

Czarne chmury zbierają się nad niemiecką motoryzacją. Niedawno Volkswagenem wstrząsnęła afera Dieselgate, a teraz wszyscy producenci zostali oskarżeni o stworzenie kartelu i manipulację cenami oraz oszukiwanie w testach emisji.

Niemiecki magazyn "Der Spiegel" ujawnił właśnie kolejną wielką aferę w świecie motoryzacji. Niemieckie marki zostały oskarżone o stworzenie kartelu, który funkcjonuje już od lat 90. ubiegłego wieku. W jego skład mają wchodzić najważniejsi producenci z Niemiec - BMW, Daimler (właściciel Mercedesa) oraz Volkswagen (wraz z należącymi do koncernu markami: Audi i Porsche). Skąd wiemy o kartelu? "Der Spiegel" donosi, że Volkswagen przyznał się do "możliwości stosowania nielegalnych praktyk" w liście do Bundeskartellamt, niemieckiego federalnego urzędu, zajmującego się ochroną konkurencji.

Sprawa jest na tyle poważna, że trafiła już do Komisji Europejskiej.

Prawie 30 lat, ponad 60 spotkań

Kartel miałby funkcjonować od wczesnych lat 90., a przez ten czas niemieckie marki zorganizowały ponad 60 nieoficjalnych spotkań. Dyskutowano na nich tak naprawdę o wszystkim, co istotne w rozwoju samochodu. Z informacji "Der Spiegel" wynika, że tematem rozmów i ustaleń były m.in. rozwój hamulców, skrzyń biegów, sprzęgieł oraz silników benzynowych i wysokoprężnych. Wielu specjalistów sugeruje, że podczas takich spotkań ustalano także ceny podzespołów i samych samochodów.

W obliczu niedawnych afer z emisją trujących substancji przez silniki Diesla, najciekawsza jest informacja, że producenci dyskutowali także nad systemami oczyszczania spalin. Przykładowo, dowiadujemy się, że w celu obniżenia kosztów zdecydowano się na używanie mniejszych zbiorników AdBlue (rozbija w katalizatorze szkodliwe dla środowiska tlenki azotu na azot oraz wodę). W tym miejscu pojawiają się oskarżenia o wspólne manipulowanie pomiarami emisji i opracowanie sposobów na przechodzenie testów.

Problemy niemieckich producentów z silnikami Diesla

Przypomnijmy, Volkswagen został przyłapany na instalowaniu nielegalnego oprogramowania w swoich silnikach wysokoprężnych (tzw. afera Dieselgate). Oprogramowanie wykrywało, że auto poddawane jest testom emisji i chwilowo ograniczało osiągi silnika, aby samochód bez problemu mógł spełnić rygorystyczne normy. O podobne praktyki oskarżono BMW, ale niczego Bawarczykom nie udowodniono. Mercedes także ma swoje problemy z silnikami wysokoprężnymi - niemiecki koncern zamierza zaprosić do serwisu właścicieli ponad trzech milionów egzemplarzy samochodów. Wszystko po to, żeby obniżyć poziom szkodliwych związków emitowanych do atmosfery.

Reakcja oskarżonych marek - "Spekulacje i domysły"

Pierwsze informacje "Der Spiegel" o kartelu zaczęły pojawiać się już w piątek. Jednak żaden z producentów nie zamierzał sprawy komentować. Przedstawiciele Volkswagena dopytywani przez dziennikarzy nie chcieli wypowiadać się w tej sprawie. W sobotę na komentarz zdobył się sam CEO marki Matthias Mueller. Szef koncernu z Wolfsburga zbagatelizował jednak sprawę, stwierdziwszy, że nie zamierza tłumaczyć się ze "spekulacji i domysłów". Również Daimler konsekwentnie milczy.

Z kolei w niedzielnym oświadczeniu BMW stwierdziło, że nie manipulowało przy swoich silnikach Diesla i nigdy nie stosowało żadnych nielegalnych sztuczek, by przejść testy emisji. Do sprawy domniemanego kartelu Bawarczycy się nie odnieśli.

Możemy się spodziewać, że lada chwila pojawią się kolejne - tym razem już bardziej rozbudowane - oświadczenia i komentarze. Afera uderza w niemieckich producentów nie tylko wizerunkowo. Jak donosi "Automotive News", już w piątek, kiedy tylko pojawiły się pierwsze oskarżenia o kartel, akcje niemieckich marek spadły o 4 proc.

Źródła: "Der Spiegel", "Bloomberg", "Automotive News"

Czy Twoim zdaniem niemieckie marki rzeczywiście utworzyły coś na kształt kartelu?
Więcej o: