Najdłuższa motocyklowa podróż trwała 10 lat. Emilio pokonał w tym czasie 735 tys. km

Jak długo można jeździć motocyklem bez powrotu do domu? Argentyński podróżnik Emilio Scotto ustanowił rekord świata, przejeżdżając nieprawdopodobny dystans 735 tys. km. Zajęło mu to dekadę i udało się, bo wybrał jednoślad, który się nie psuje.

Emilio chciał zostać podróżnikiem, odkąd dostał od mamy atlas świata na ósme urodziny. Powiedział wtedy, że kiedyś wyruszy w trasę i odwiedzi wszystkie kraje świata. Wiele lat później dotrzymał słowa, ale wtedy jeszcze nie miał pojęcia, że zrobi to na motocyklu. Dystans, który przejechał pomiędzy styczniem 1985 roku a kwietniem 1995 roku, jest wprost trudny do uwierzenia. Przez około dziesięć lat Argentyńczyk pokonał 735 tys. km i odwiedził 214 różnych państw.

Zobacz wideo Policjanci rozpoczęli sezon motocyklowy 2024

735 tys. km to niewiarygodny dystans dla każdego pojazdu. Emilio Scotto pokonał go motocyklem

To nie tylko najdłuższa motocyklowa wyprawa w historii, ale jedna z najdłuższych wypraw jakimkolwiek środkiem transportu, W międzyczasie jego jednoślad zużył 47 tys. litrów benzyny, 1300 litrów oleju, 86 opon, 12 akumulatorów i dziewięć siedzeń. Przygody, dzięki którym zapisał się w księdze rekordów Guinnessa, Emilio Scotto opisał w książce "The Longest Ride" (polski tytuł: "Najdłuższa Podróż").

Jak byście szykowali się do tak długiej podróży, gdybyście się znaleźli na miejscu Argentyńczyka? Jednym z kluczy do jego sukcesu był wybór odpowiedniego motocykla, którym się da pokonać ten olbrzymi dystans. Scotto postawił na legendarną turystyczną Hondę Gold Wing, która nie dość, że jest niesamowicie wygodna, dodatkowo ma opinię niezniszczalnego jednośladu. Emilio Scotto udowodnił, że nie są to jedynie czcze przechwałki. W jego Gold Wingu wprawdzie zużyło się aż dziewięć pokryć kanapy kierowcy, ale za to potrzebny był tylko jeden remont silnika. Całkiem nieźle jak na przebieg prawie trzy czwarte miliona kilometrów!

Honda przypadkiem zaprojektowała idealny motocykl turystyczny: GL1000 Gold Wing

Honda podjęła się opracowania nowego flagowego modelu motocykla w 1972 roku, ale japońscy inżynierowie początkowo nie mieli planu stworzenia jednośladu turystycznego. Debiutująca w 1974 r. Honda GL1000 miała być nowym królem japońskich motocykli UJM (ang. Universal Japanese Motorcycle) używanych do codziennej jazdy ze sportowym zacięciem. Kiedy okazało się, że jest niezwykle wygodnym środkiem transportu, właściciele zaczęli korzystać z nich także w trakcie dalekich podróży. Wtedy dyrekcja koncernu zrewidowała swoje plany i tak powstał jeden z najsłynniejszych turystyków świata.

Koncepcja modelu Gold Wing od początku była unikalna. Honda wyposażyła model GL1000 w pierwszy japoński czterosuwowy silnik chłodzony cieczą. W dodatku był to umieszczony wzdłużnie czterocylindrowy bokser o przeciwsobnych tłokach, co okazało się kluczem do sukcesu. Taki silnik charakteryzuje się płynną pracą oraz płaską konstrukcją, która obniża środek ciężkości i pozwala na łatwe zastosowanie wałka Kardana zamiast klasycznego łańcucha. Dzięki temu Gold Wingi są bardzo stabilne i łatwe w prowadzeniu, mimo wysokiej masy własnej.

Argentyński podróżnik wybrał Hondę Gold Wing drugiej generacji. Nie zawiodła go

Pierwsza Honda GL1000 Gold Wing miała silnik o poj. 999 cm3 i mocy 80 KM. Wówczas nie było dla niej wielu rynkowych konkurentów, a wszystkich biła na głowę kulturą pracy motoru. Klienci ją pokochali zwłaszcza w Ameryce, gdzie później została zlokalizowana produkcja tego modelu. Do dziś powstało sześć generacji Hondy Gold Wing. W czwartej liczba cylindrów wzrosła do sześciu i tak jest do tej pory. Najnowsza Honda GL1800 Gold Wing ma silnik o pojemności skokowej aż 1,8 litra, a każdy, kto nią jechał, zdaje sobie sprawę, dlaczego jest taka wyjątkowa. To olbrzymi motocykl, który jest dziecinnie łatwy do jazdy i niezawodny, a dodatkowo oferuje niezrównany komfort oraz doskonałą ochronę przed wiatrem.

Emilio Scotto przejechał cały świat wszerz i wzdłuż Hondą GL1100 Gold Wing drugiej generacji, produkowaną w latach 1980-1983 w Marysville (Ohio). Podobno jego wybór częściowo był przypadkowy, ale na pewno dobry. Nazwał ją "Czarną Księżniczką" (ang. Black Princess). Kiedy ruszył w świat, nie miał pieniędzy, karty kredytowej, doświadczenia w jeździe ani żadnego planu, ale mimo to udało mu się przeżyć epicką przygodę, którą potem opisał na 224 stronach swojej książki. Jego wyprawa może być inspiracją dla ludzi, którzy mają odważne marzenia, ale obawiają się wykonać pierwszy krok. Najważniejsze to go zrobić i mieć wystarczająco dużo wiary w siebie. W końcu co może pójść źle przez 735 tysięcy kilometrów?

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.