Wynalazca zakpił z koncernów. Stworzył motocykl przyszłości z części, które znalazł na podwórku

Konstruktor z Indii zachwyca kreatywnością. Zamiast czekać, aż motocyklowe firmy zbudują jednoślady z filmów science-fiction, sam się wziął do roboty. Jej efekty przeszły najśmielsze oczekiwania.

Działalność indyjskiego wynalazcy to najlepszy dowód, że dla chcącego nic trudnego. Nie przeszkadzają mu obiektywne trudności w postaci braku budżetu i małej dostępności części. Mimo to potrafi tworzyć konstrukcje, które imponują jakością wykonania i rozmachem, nawet jeśli nie mają wielkiego sensu. Więcej motoryzacyjnych ciekawostek znajdziesz na stronie Gazeta.pl.

To nie pierwsza udana próba konstruktora z Indii. Wcześniej stworzył już dwie podobne maszyny: jednokołowy samobalansujący elektryczny rower, a potem skuter na prąd o podobnej konstrukcji.

Wszystkie jednokołowce powstają w podobny sposób. Bazę zawsze stanowią jednokołowe jeździki, które spotykamy również na naszej szerokości geograficznej. W zależności od miejsca, w którym stawia się stopy, nazywamy je deskorolkami elektrycznymi (stopy przed i za kołem) albo monocyklami na prąd (stopy obu strona koła).

Zasada działania takich urządzeń jest prosta, ale wymaga bardzo nowoczesnej elektroniki i konstruowanie takich środków transportu jest możliwe dopiero od kilku lat. Potrzebny jest akcelerometr, czujnik żyroskopowy oraz czujnik Halla wykrywający zmiany pola magnetycznego.

Dane z tych urządzeń wykorzystuje tzw. regulator PID precyzyjnie sterujący prądem silnika elektrycznego, dzięki czemu oprócz przyspieszania potrafi kompensować wszelkie zmiany równowagi. To sprawia, że osobnik korzystający z jednokołowego roweru lub deskorolki, nie musi balansować samodzielnie.

Ten sam mechanizm wykorzystują wyjątkowe indyjskie jednoślady. Najnowszy jednokołowy motocykl powstał w wyniku obudowania urządzenia typu "one wheel" spawaną ręcznie ramą z rurek, kanapą, zbiornikiem paliwa z Yamahy FZ oraz kilkoma dodatkowymi częściami pochodzącymi z różnych motocykli. Całość została pokolorowana w barwy ulubionej marki konstruktora — austriackiego KTM-a.

Amerykańscy dziennikarze zachwycają się tą konstrukcją, ale jednocześnie zastanawiają, dlaczego twórca nie użył po prostu zbiornika paliwa z KTM Duke, który to model naśladuje jednokołowiec. Jako osoba wychowana w czasach PRL, mogę im to wyjaśnić: konstruktor wykorzystał nie te elementy, które miał ochotę, tylko takie, które były pod ręką.

 

Jak działa elektryczny monocykl "KTM" z Indii? To nauka, nie magia

Zbiornik paliwa oczywiście nie jest potrzebny w elektryku. Wynalazca użył go do schowania pakietu akumulatorów zasilającego urządzenie. Również stworzył go samodzielnie z ośmiu litowo-jonowych ogniw 26650 znanych m.in. producentom samochodów elektrycznych.

Osiem baterii o poj. 5000 mAh każda to razem 40 000 mAh, co przy nominalnym napięciu 4,2 V oznacza 168 Wh energii elektrycznej. Dla samochodu elektrycznego 0,17 kWh to malutko, ale lekkiemu monocyklowi powinno pozwolić na przejechanie sporego dystansu.

Dość tej matematyki. Włączcie wideo i podziwiajcie maszynę, którą stworzył indyjski inżynier. Owszem pozycja za kierownicą elektrycznego jednośladu nie wygląda na wygodną. Być może żyroskopowe pozycjonowanie nie poradziłoby sobie z mocnym oparciem się kierownicę, dlatego jeździec stara się tego nie robić. Za to nie trzeba zmieniać biegów, więc można nim jeździć nawet w crocsach.

Poza tym jakość konstrukcji i wykończenia jest imponująca, zwłaszcza że całość powstała w spartańsko wyposażonym garażu. Na filmie można oglądać nie tylko jednokołowy motocykl w czasie jazdy, ale też proces jego powstawania. Sprawia, że mam ochotę zdjąć czapkę z głowy przed konstruktorem z Hindustanu.

Być może kiedyś tak będą wyglądały miejskie jednoślady produkowane przez motocyklowe koncerny, ale na razie gigantów wyprzedził skromny pomysłowy Hindus. Jego pojazd wygląda imponująco, nawet jeśli nie jest bardzo praktyczny. Za to budzi powszechne zainteresowanie.

Przez około 10 miesięcy od publikacji filmu na YouTube, obejrzało go prawie siedem milionów osób. To oznacza, że jego twórca nie musi martwić się o zyski, nawet jeśli ich źródłem nie jest sprzedaż motocykli przyszłości.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.