Chińska firma chce być największym producentem elektryków na świecie już za sześć lat

Chińskie firmy mają kapitał i głód nowych rynków. Tak właśnie na celownik BYD trafiła Europa. Marka chce inwestować w nowe modele, ale i fabryki na Starym Kontynencie. Chce być też liderem sprzedaży samochodów elektrycznych. Tylko na ile te plany są realne?

BYD jest chińskim gigantem w branży motoryzacyjnej. I choć marka odnosi największe sukcesy na rodzimym kontynencie, właśnie jej szefowie wzięli w dłoń mapę. Mapę, na której dostrzegli Europę i jej potencjał. Postanowili zatem skorzystać z tej możliwości.

Zobacz wideo Nowa sprytna sztuczka policji. Kierowcy wpadali na ostrzeganiu przed kontrolą jeden po drugim

Chińska marka chce być liderem elektromobilności w Europie

BYD, ustami Shu Youxing – dyrektora generalnego europejskiego działu sprzedaży, ogłosił wielki plan ekspansji na Starym Kontynencie. Cel? Tym jest zdobycie pozycji lidera na europejskim rynku samochodów elektrycznych do 2030 r. Firma będzie inwestować nie tylko w nowe modele i sieci dystrybucyjne. Chce także budowy fabryk oraz prowadzenia intensywnych działań marketingowych.

Plany chińskiego BYD nie są wcale puste. Firma już dziś przygotowuje grunt pod pierwszą europejską fabrykę. Ta ma powstać na Węgrzech. Kolejny zakład zostanie zlokalizowany we Włoszech lub – UWAGA – w Polsce. Firma mówi również o pierwszym modelu popularnym. Seagull ma być oferowany w cenie wynoszącej poniżej 20 tys. euro. To ma być kwota, na którą nie będą w stanie skutecznie odpowiedzieć tacy giganci w Europie, jak Stellantis czy Tesla.

Chińskie plany są ogromne. Skutek ich wdrożenia jednak niepewny

Plany chińskiego producenta samochodów wydają się szeroko zakrojone. Warto jednak pamiętać o kilku rzeczach. Po pierwsze nie da się ich dopiąć w jeden wieczór. To raczej długofalowy plan, który będzie wdrażany długimi latami. Rok 2030 to wizja mocno optymistyczna. Po drugie chińskie marki wcale nie będą miały łatwo w Europie. To nie rynek chiński, na którym wymogi bezpieczeństwa są minimalne. Tu inżynierowie muszą się naprawdę mocno starać. A Europejczyków do ustępstw nie zachęcą nawet duże inwestycje.

Poza tym rewizja chińskich planów na Starym Kontynencie bywa często naprawdę bolesna. Przykład? Powróćmy do naszego materiału sprzed kilku tygodni. W nim donosiliśmy o tym, że wiele tysięcy chińskich elektryków stoi od tygodni na parkingach w rozlicznych portach. Co więcej, jest ich tak wiele, że coraz więcej producentów zaczyna wynajmować przestrzenie i miejsca parkingowe także poza portami. Powodem takiej sytuacji są problemy logistyczne z transportem aut, ale i brak zainteresowania ze strony kierowców. Europejczycy nie rzucają się na chińskie pojazdy pomimo ich niskiej ceny.

Po co Chińczykom jest potrzebna Europa?

Chińczycy, zamiast planować atak na Europę, który będzie ich kosztował naprawdę wiele i wcale nie daje gwarancji sukcesu, powinni się raczej skupić na rynku rodzimym. Bo to tam mają prawdziwe pole do popisu i jasno pokazują to dane. W Państwie Środka jest 86 mln samochodów prywatnych. Cały rynek może oznaczać nawet 115 mln pojazdów, z czego 20 mln to elektryki. Do czego zatem chińskim markom jest potrzebna Europa? Przecież nie jest znowu taka duża i motoryzacyjnie "pojemna". Odpowiedź może być chyba tylko jedna. Bo tak naprawdę stanowi jeden z nielicznych rynków światowych, do którego mają dostęp. Stany ich nie wpuszczą. To samo dotyczy Japonii czy Kanady.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.