Pojechałem elektrykiem w góry. Nie uwierzycie, co mi się przydarzyło. Wielkie nic

Chciałbym napisać tu coś ciekawego, a czytelnikom zmrozić krew w żyłach historią o wielkich problemach i wyzwaniach, jakie czekały na trasie. Ale nie. Pojechałem, wróciłem i nic sie nie wydarzyło.

Nie lubię wciskania samochodów elektrycznych na siłę i zaklinania rzeczywistości, jakie są one cudowne i w ogóle nic nie kosztują. Dlatego to nie jest jeden z tych tekstów. Nie zamierzam tu nikogo przekonywać ani zakłamywać faktów. Samochody elektryczne to wciąż jedna z kilku propozycji, które czekają w salonach. I tak. Jeśli regularnie pokonujesz długie trasy po kilkaset kilometrów, to sięgnij po samochód z silnikiem Diesla. To będzie najlepszy wybór. Szukasz taniego i rozsądnego samochodu? Pewnie najlepsza będzie hybryda, miękka albo klasyczna. Sportowe emocje z prawdziwego zdarzenia, a nie cyferki przyspieszenia na papierze? Mocna benzyna. Dziękuję, do widzenia.

Samochód elektryczny może być właśnie dla ciebie...

Mamy wybór i nie trzeba ograniczać się tylko do jednego rodzaju napędu. Samochody elektryczne nie są jeszcze dla każdego, ale to nie znaczy, że trzeba na nie pluć jadem i je od razu skreślać. Wręcz przeciwnie! Jest ogromne grono kierowców, którzy będą nimi zachwyceni. Sam przekonałem się o tym, kiedy dłużej pojeździłem skromnym Peugeotem e-208. Gdybym tylko miał, gdzie go ładować, to nawet nie myślałbym, że benzynowa wersja jest lepsza.

No właśnie. To podstawowa kwestia. Samochód elektryczny ma sens tylko wtedy, kiedy mamy go gdzie ładować z najzwyklejszego gniazdka lub wallboxa. W domu lub w pracy. Ostatnio oddawałem samochód testowy i usłyszałem "o, widzę, że nie pojeździliście", ponieważ przejechałem nim tylko około 200 kilometrów. A ja jeździłem tym samochodem codziennie, załatwiłem nim kilka ważnych spraw z zawiezieniem babci na badania, przewiezieniem dziewczynie kilku dużych rzeczy i wyprawą do marketu w Piasecznie na czele, tylko po prostu nie wyjeżdżałem z południowej Warszawy. Nie miałem po co, a samochód jeździł codziennie i był mi niezbędny.

Zadajcie sobie pytanie, ile wy kilometrów przejeżdżacie dziennie. Badania europejskich kierowców pokazują, że większość z nas nie pokonuje więcej niż kilkadziesiąt kilometrów w ciągu dnia. Częściej liczone jest to w kilkunastu. Pokonujemy zwykle trasę do pracy, przedszkola albo sklepu i wracamy do domu. Rzadko kto regularnie jeździ dziennie po kilkaset kilometrów dziennie. Wiecie do czego zmierzam... Wiele osób już teraz mogłoby mieć elektryka i w ogóle nie przejmować się ładowaniem. Aktualnie samochody elektryczne oferują tak duży zasięg, że wystarczy je podpinać do gniazdka raz w tygodniu. Jeśli możecie to robić w domu, to elektryk może być znakomitym wyborem. Na główne, a na pewno na drugie auto w rodzinie.

Kierowcy samochodów elektrycznych nie ładują ich na szybkich ładowarkach

Infrastruktura szybkiego ładowania jest kluczowa dla rozwoju elektromobilności, ale wcale nie służy kierowcom do regularnego ładowania swoich aut. Najwygodniej i najtaniej ładować samochody elektryczne w domu lub w pracy. Wtedy można skorzystać z taryfy nocnej, tak popularnej nad Wisłą fotowoltaiki albo zachęt od pracodawcy. Tak właśnie robi większość użytkowników elektryków. Wtedy to ma sens i zaczyna się opłacać. Dlatego zawsze podkreślam, że BEV-y nie są jeszcze dla wszystkich. Jeśli ktoś mieszka w bloku lub wielorodzinnym budynku bez dostępu do gniazdka, to w ogóle nie powinien się jeszcze nimi interesować.

Kiedy ma się, gdzie tanio elektryka ładować, to jego posiadanie nagle staje się i opłacalne, i... bardzo wygodne. Samochody elektryczne mają masę zalet, które sprawiają, że jazda nimi na co dzień jest czystą przyjemnością. To m.in. błyskawiczna reakcja na gaz. I nie musi być to model z samego topu. Każdy elektryk zaskakuje tym, jak szybko reaguje. A to nieocenione przy zmianie pasa czy włączaniu się do ruchu.

Do tego dochodzi jeszcze sam komfort jazdy w ciszy i bez wibracji silnika oraz przeróżne przywileje dla elektryków. Na co dzień trudno o wygodniejszy samochód. Zwłaszcza w mieście.

Wyprawa samochodem elektrycznym w góryWyprawa samochodem elektrycznym w góry fot. Filip Trusz

Ale ja czasem muszę pojechać w dłuższą trasę. I co wtedy?

Odpowiedzi na to pytanie miał dać eksperyment, na który zaprosił nas Volkswagen, grupa bardzo na elektromobilność nastawiona. Dostaliśmy cztery samochody: Volkswagena ID.7, Skode Enyaq, Audi Q4 e-tron oraz Volkswagena Passata. Elektryki miały pod 300 KM mocy, a Passat silnik 1.5 eTSI o mocy 150 KM. Cel? Pojechać z Warszawy do Wisły i następnego dnia wrócić.

To około 400 kilometrów, które pokonujemy głównie S8 oraz A1. Całkiem sporo. Przy dzisiejszym poziomie rozwoju elektryków to już nie jest dystans, który przeraża. ID.7 do celu dojechałoby z bardzo dużym zapasem, Enyaq, którym to ja jechałem w góry miał średnie zużycie na poziomie 18,6 kWh/100 km i również dałby sobie z tym radę. Postoju na trasie wymagało za to Audi Q4.

I tu dochodzimy do ciekawej rzeczy. Stanęliśmy w Radomsku, żeby poratować naszych kolegów z Audi. Postawiono tam stację IONITY z sześcioma wtyczkami, które mają moc 350 kW. To tzw. zmieniacz gry (gamechanger, przepraszam, musiałem). Nie chcę was zanudzać liczbami, ale najważniejsze, że w prawdziwym życiu podpięcie się do takiej stacji sprawia, że naładowanie się na spory dystans to naprawdę kwestia kilku minut. A jeśli będziecie się bawić pokładową nawigację i zaplanuje wam ona postój w takim miejscu, to samochód przygotuje się do szybkiego ładowania i zacznie pobierać dużo prądu od razu.

Wtedy rzeczywiście ładowanie potrwa tyle, co wizyta w łazience i kupno kawy na wynos. Po powrocie można odpiąć wtyczkę, wsiąść do auta i ruszyć w dalszą trasę, nie przejmując się, czy starczy nam zasięgu.

Wyprawa samochodem elektrycznym w góryWyprawa samochodem elektrycznym w góry fot. Filip Trusz

A ile taka trasa w ogóle kosztuje?

Nasz testowy Passat mógł się pochwalić bardzo niskim zużyciem paliwa. Robiłem nim już drugą długą trasę drogami szybkiego ruchu i zszokował mnie spalaniem. Jadąc zgodnie z przepisami, zużycie nie przekracza sześciu litrów na sto kilometrów. Przy takim spalaniu nasza wyprawa do Wisły i z powrotem kosztowała około 300 złotych. 

To policzyć łatwo, przy elektrykach przyda się kalkulator, ale jakbyśmy nie liczyli, to wyjdzie taniej. Takim ID.7 dałoby się bez najmniejszego problemu pokonać trasę bez szybkiej ładowarki. Ruszylibyśmy z tanim prądem z domu, a podładowali się już w miejscu docelowym również na spokojnie. Ciekawostką jest, że wiele hoteli oferuje dla swoich gości darmowe ładowanie, co może obniży koszty jeszcze bardziej. Przy najbardziej optymistycznym wariancie ID.7 zabrałby nam z portfela 125 złotych. Jeśli ładowalibyśmy się tylko na publicznych ładowarkach koszt wyjazdu podskoczyłby do 240 złotych.

Kierowcy elektryków zwykle korzystają z abonamentów, które oferują im producenci. Specjalne karty pozwalają ładować się na najważniejszych stacjach ładowania po korzystnych stawkach. W przypadku volkswagenów i usługi WeCharge w najwyższym planie za 59,99 złotych miesięcznie 1 kWh na superszybkiej ładowarce IONITY kosztuje 2,33 zł. Co ważne, abonamentem można cały czas żonglować. Jeśli nie planujemy dalekich wypraw, można wybrać plan za zero złotych i ładować się w domu. Kiedy czeka nas dłuższa trasa np. podczas wakacji można aktywować wyższy plan.

Zobacz wideo Jeździłem nowym Volkswagenem ID.7 - jest oszczędniejszy niż Passat w Dieslu [MATERIAŁ WYDAWCY MOTO.PL]

Podsumowanie. Elektryki są już gotowe na każde wyzwanie, ale nie dla każdego

Punkty takie jak w Radomsku naprawdę sprawią, że jazda elektrykiem długich tras nie będzie się wiele różniła od auta spalinowego. Jako Polska jesteśmy na początku drogi, ponieważ wciąż na naszej mapie jest wiele białych plam. Nie dojedziemy tak wygodnie, kierując się na Lublin, Białystok lub Rzeszów. Wschód Polski wciąż wymaga takich inwestycji.

Dlatego zawsze powtarzam, że elektryki nie są dla każdego i nie można ich na siłę wciskać. Wciąż jest duże grono kierowców, mieszkających w blokach lub regularnie pokonujących długie trasy dzień w dzień, dla których jest to propozycja śmieszna i zupełnie bez sensu. To prawda i takich ludzi nie ma co indoktrynować. Elektromobilność dopiero się rozwija. Może za kilka lat znajdzie rozwiązanie i dla nich?

Jednak, jeśli macie gdzie ładować samochód po niskich stawkach z gniazdka (lub zamontujecie sobie wallboxa), to polecam sprawdzić elektryka już tu i teraz. Możecie być autem elektrycznym zachwyceni. Część artykułu powstała na bazie wyjazdu sfinansowanego przez Volkswagen Group Polska. Firma nie miała wglądu w treść materiału przed publikacją.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.