Lekcja środowiska

Amerykanie są dziwni. W trosce o zdrowie wielki stek z frytkami przepijają kubłem dietetycznej coli. Podobnie zachowują się producenci amerykańskich aut

Nawet w dobie oszczędzania paliwa i troski o środowisko nie są w stanie zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń. Ale wystarczyło, że baryłka ropy wciągu kilku lat podwoiła swą cenę, by hurmem rzucili się na oszczędniejsze auta. A co z dieslami? Te w USA wciąż mają kiepską opinię. Na ropę jeżdżą tam ciężarówki, a i to nie wszystkie. Ropniaki są głośne, śmierdzące i zatruwają środowisko. Przynajmniej zdaniem Amerykanów. Dlatego tak trudno przekonać ich do diesli i tak niemrawo tamtejsi producenci biorą się do aut na olej napędowy. Skutek? O ile w Europie ponad połowa sprzedawanych aut ma silniki wysokoprężne, tak w USA ledwie 3 proc. Są stacje, na których nie uświadczysz dystrybutora z napisem "Diesel".

Już na zeszłorocznych targach w Detroit można było wyczuć napięcie. Powód? Ekspansja Japończyków widoczna nawet w segmentach rdzennie amerykańskich, jak choćby duże pikapy. Spadek sprzedaży o prawie pół miliona. Kto zyskał? Azjaci i Europejczycy. BMW, Audi i Volkswagen zwiększają sprzedaż. Audi myśli nawet o uruchomieniu produkcji w Stanach. Honda, Mazda i Nissan odnotowują kolejne rekordy, a Toyota podgryza legendy amerykańskiej motoryzacji (z powodzeniem sprzedając wielką Sequoię i pikapa Tundrę) i daje amerykańskim producentom prawdziwą lekcję środowiska (hybrydowy Pirus). W tym roku jeszcze mocniej powiało grozą. Nad rodzimą motoryzacją zawisła chmura recesji. To właśnie ona oraz rosnący udział w rynku samochodów japońskich i europejskich wystraszyły rodzimych producentów tak, że poskąpili na huczne premiery. Jeszcze rok temu targowy budżet jednej firmy sięgał 40 mln dol. Teraz jest skromniej. Te same, co w Genewie dekoracje i skromne prezentacje. Nawet najbardziej oczekiwana premiera - nowy Dodge Ram - musiała zadowolić się jedynie towarzystwem jurnych byków i lekko zdezorientowanych krów.

A co na to szefowie GM, Chevroleta i Chryslera? Z uśmiechem powtarzają: "mamy świetne samochody i świetną technologię". Wierzą, że ten rok będzie lepszy i próbują zaklinać rzeczywistość na wiele ekosposobów. "Zielone dzisiaj, czyste jutro" - to główne hasło tegorocznych targów. Stąd ekosamochody niemal na każdym stoisku. Z tą różnicą, że zamiast małych oszczędnych aut, amerykanie upodobali sobie hybrydy sprzęgnięte z potężnymi silnikami spalinowymi. Królują olbrzymie pikapy w wersji FlexFuel (silnik na paliwo z domieszkami bioetanolu) albo Hybrydy. Chevrolet pokazał Silverado FlexFuel i koncept Equinox na ogniwa paliwowe. Chrysler chwali się produkcyjną wersją modelu Aspen, w której silnik HEMI wspierają baterie. Moc większa o 50 koni, jednak zasięg niespecjalny. Caddilac Escalade również zadebiutował w wersji ekologicznej, podobnie jak fordowski Escape, Explorer czy Flex promujące technologię EcoBoost (lepszego wykorzystania silników o mniejszych pojemnościach). Europejskiego honoru bronił koncepcyjny Saab 9-4X na bioetanol i uwaga zielone Ferrari F430 Spider zasilane etanolem.

Prawdziwych zmian można spodziewać się dopiero za rok-dwa. Wtedy do sprzedaży trafią zhybrydowane ikony amerykańskiej motoryzacji, m.in. Dodge RAM HemiHybryda, Chevrolet Silverado i Taho Hybryd. Czy będzie za późno? Miejmy nadzieję, że Amerykanie nie porzucą pikapów dla Priusów, atypowe dla nich auta zyskają większe uznanie na innych kontynentach. Owszem, rynki się globalizują, ale czy globalizacja zawsze musi mieć tak skośne oczy?