Kierowcy autokarów: Jak zahamować bez hamulców

Prawdopodobnie kierowca autobusu, który rozbił się w niedzielę we Francji nie próbował żadnego z "awaryjnych" sposobów zatrzymania pojazdu. Hamulcem walczył do końca. - To tak jak z kierowcami, których samochód utknie na przejeździe kolejowym. 90 procent z nich będzie siedziała w aucie do ostatniej chwili... - mówi instruktor jazdy autobusami Maciej Kulka.

Do katastrofy doszło przy końcu stromego, 8-kilometrowego zjazdu, gdzie droga skręca pod kątem 90 stopni. Zakręt był chroniony barierą, ta pękła wskutek uderzenia autobusu.

Zapytaliśmy kilku zawodowych kierowców i instruktorów, czy prowadzący autokar z pielgrzymami miał jakąkolwiek szansę uratować pojazd przed upadkiem ze skarpy.

Wszyscy podkreślają, że znają zbyt mało szczegółów wypadku, by można było dokładnie odtworzyć jego przebieg. Wszyscy są też pewni, że jedną z przyczyn była zbyt duża prędkość (zdaniem motocyklistów, którzy jechali za autokarem jego kierowca rozwijał prędkość ok. 70 km na godzinę, podczas gdy przepisy dopuszczają co najwyżej 40 km).

Ślady na drodze świadczą także, że kierowca hamował. Prawdopodobnie pojawił się jednak problem z hamulcami - nie wiadomo jednak czy z winy niedoświadczonego kierowcy (miał 22 lata, a uprawnienia do kierowania autobusem od września) czy z powodu usterki autokaru.

Kierowca mógł szukać ściany

Bez względu na przyczyny, autokaru wjeżdżającego w niebezpieczny zakręt, nie był już w stanie zatrzymać tzw. hamulec zasadniczy. Czy w tym momencie kierowca mógł coś jeszcze zrobić?

Zdaniem kierowców mógł nie wchodzić w zakręt, tylko pojechać prosto. - Kierowca mógł szukać krawężników, zabudowań czy ściany skalnej, na których mógłby wyhamować. Do takiej ściany mógłby się "przytulić" - mówi portalowi Gazeta.pl instruktor jazdy autobusami, Maciej Kulka. Podobny sposób podaje kierowca Waldemar Fridhard, który jeździł trasą do Grenoble. W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" zdradza, że był w podobnej sytuacji: - Mając 24 lata w polskich górach wiozłem wycieczkę dzieci. Pękł mi przewód hamulcowy. Gdy się zorientowałem, że nie mam hamulców zdecydowałem się uderzyć czołowo autobusem w najbliższą ścianę. Wiedziałem, że za kolejnym zakrętem nie będę miał szansy na zatrzymanie. Autobus poszedł do kasacji, ale nikomu nic się nie stało.

Zdaniem Kulki kierowca z niedzielnego wypadku mógł w ten sposób uciekać w lewo i szukać przeszkody do wyhamowania. - Tu zawsze pojawia się bariera psychologiczna - może uda się zatrzymać, ale autobus będzie zniszczony. I kierowca zaczyna się liczyć z kosztami właściciela autokaru...

Ręczny i wsteczny

Kulka podaje również inne sposoby. - Kierowcy łapią się wszystkiego: można wrzucić wsteczny, próbować zniszczyć skrzynię biegów, zaciągnąć hamulec ręczny. Takie doświadczenie daje jednak praktyka, a ten kierowca jeździł tylko 8 miesięcy.

O hamowaniu "ręcznym" wspomina również Ryszard Kotyla, kierowca i współwłaściciel firmy przewozowej "Rywikot". - To jest jednak trudne. Przecież masz tylko ułamki sekund - mówi portalowi Gazeta.pl.

Kotyla zwraca również uwagę na kształt drogi. - Na dobrze wyprofilowanej kierowca ma większe szanse. Droga skręcająca w prawo powinna być nieco pochylona w prawo. Jeśli tak było to kierowca mógł puścić hamulec i próbować manewrów. W innym wypadku nie miał szans.

Według Kotyli na niedzielny wypadek mogła również wpłynąć marka autokaru. - "Scania" to sztywny autokar, ciężko się nim manewruje.

Jedna z pojawiających się hipotez mówi, że trakcie hamowania w jednym z kół pękła opona. Jeśli to prawda, to zdaniem instruktora Kulki, kierowca jadąc na samej feldze, nie miał szans wyjść z opresji - autobus nie reaguje wtedy prawie na ruchy kierownicy. - Tak jakby jechał na sankach - mówi Kulka.