Suzuki GSX 1250FA | Za kierownicą

Suzuki wpadło na genialny pomysł. Za bardzo rozsądne pieniądze oferuje zupełnie nowy model o imponującej pojemności

Z GSX 1250FA jest niestety, co najmniej kilka problemów. Ok. Są być może mało istotne, ale irytujące. Po pierwsze od samego początku mamy w redakcji problemy, jak mówić na ten motocykl? Wymawianie całej nazwy jest dość karkołomne: "Gieesiks tysiąc dwieście pięćdziesiąt ef a". Przez niezwykle krótką chwilę mówiliśmy "duży Bandit" (ze względu na nieprzyzwoicie bliskie pokrewieństwo właśnie z tym modelem), ale stwierdziliśmy zgodnie, że nie możemy pozwalać sobie na taki brak profesjonalizmu, nawet w rozmowach między sobą. Paweł przez chwilę forsował określenie "duże Jajko" - nawiązując do przedostatniego wcielenia GSX-F (wcześniej był popularny u nas "imbryk", natomiast o istnieniu GSX-F z kanciastą owiewką z początku lat 80. w Polsce niewiele osób w ogóle pamięta), jednak szybko wyklarowałem mu, że ten motocykl, choć nie grzeszy urodą, ma niewiele wspólnego ze szkaradztwem znanym z końca lat 90. i na to określenie zwyczajnie nie zasługuje. Więc może Katana? To byłoby najbliższe prawdzie, choć dziś nawet Amerykanie zrezygnowali już z używania tej nazwy w przypadku nowych GSX-F, a szkoda.

Trudno jest także przejść obojętnie wobec stwierdzenia "nowy model". Owszem, do tej pory nie było go w ofercie, ale przecież nie trzeba wielkiej wiedzy, aby stwierdzić, że jest to tak naprawdę Bandit wyposażony w pełną obudowę. Drobnymi detalami, które dodatkowo odróżniają te dwa motocykle, jest reflektor nawiązujący do sportowych modeli Suzuki i zegary. Za nie należy się duża pochwała dla Suzuki. I choć jest to stary kokpit z jednego z poprzednich modeli GSX-R, to, poza niewielką ilością funkcji, nie należy mieć do nich większych zastrzeżeń. Do dyspozycji kierowcy są tylko dwa liczniki przebiegu dziennego oraz zegarek. Nie ma żadnego termometru, ani temperatury cieczy chłodzącej, a silnik ma tylko lampkę przegrzania. Za to mamy czytelny wyświetlacz prędkości, niezwykle przydatny wyświetlacz biegów i analogowy obrotomierz. Kierowca ma także możliwość zaprogramowania lampki flesza, co okazało się szczególnie przydatne podczas docierania. W związku z tym, że GSX trafił do naszej redakcji z zerowym przebiegiem, musieliśmy go dość sumiennie dotrzeć. Na początku lampka zapalała się już przy 4500 obr/min. To całkiem rozsądna i niezbyt dokuczliwa wartość, bo przy niej Suzuki pędzi ok. 135 km/h.

GSX zagości w naszej redakcji dłuższą chwilę, dlatego też mogliśmy zadecydować o kolorze motocykla, jaki do nas trafi. Paleta nie jest zbyt szeroka. Do wyboru były "wesoły srebrny" i "radosny granat". Nie za bardzo rozumiem, dlaczego możliwości wyboru są tak skromne? Niech będą dwa kolory, ale jakieś żywe. Przecież mniejszy GSX 650F występuje w całkiem ciekawych, dwubarwnych malowaniach. Jednolite malowania 1250 są nieco przytłaczające i nie ma w nich zbyt wiele polotu. Z dwojga złego wybraliśmy kolor granatowy, bo chyba nic nie wygląda gorzej na zdjęciach, niż srebrny motocykl. Szkoda, że nie wszyscy importerzy to zauważyli.

W tym motocyklu nie ma zbyt wiele finezji. Jego prowadzenie nie jest niczym wybitnym, ale nie sposób zarzucić mu, że jest z nim coś nie tak. Przednie zawieszenie ma regulację napięcia wstępnego sprężyny i wydaje się być ona wystarczająca do zadań, jakie Suzuki ma realizować. To samo tyczy się centralnego elementu resorujaco-tłumiącego w tylnym zawieszeniu, który współpracuje z aluminiowym wahaczem. Tu także mamy możliwość zmiany napięcia wstępnego sprężyny. Zarówno w ciasnych, jak i długich, szybkich zakrętach, mimo stalowej ramy, Suzuki zachowuje się dość stabilnie. Oczywiście nie można stawiać go do pojedynku ze sportowymi maszynami pokroju GSX-R, ale - tu znów użyję tego wykorzystywanego przeze mnie w tym materiale stwierdzenia - jeździ bardzo przyzwoicie. Za jego kierownicą można poczuć się bezpiecznie i nawet szybsza jazda daje sporo satysfakcji.

Estetyka nie powala na kolana, a i osiągi stoją na bardzo przeciętnym, jak na tę pojemność poziomie. Motocykl ten nie został zbudowany, aby brylować na okładkach gazet, ale stanę do ostrej walki słownej z każdym, kto stwierdzi, że nie jest dobrym motocyklem. Owszem. Być może jest przeciętny, ale jest przeciętny w tak szerokim spektrum, że można go uznać za co najmniej dobry, jeśli nie bardzo dobry motocykl. Można by powiedzieć - taka szara myszka, choć właściwsze ze względu na jego pojemność byłoby określenie szara mycha. Pozycja za kierownicą daje nadzieję na długie kilometry w siodle bez oznak zmęczenia, kanapa ma dobrze dobraną twardość. W dodatku ma możliwość regulacji wysokości. Niestety, sama korekta nie jest prosta i wymaga odrobiny pracy ze śrubokrętem, jednak w odpowiedniej rubryce w specyfikacji technicznej wpis "posiada" przy "regulacji wysokości siodła" jest jak najbardziej uprawniony. Na tylnej części siedzenia wygodnie może podróżować nawet "pełnowymiarowy" pasażer, bez obaw o krążenie w kończynach dolnych, gdyż podnóżki umieszczono na przyzwoitym poziomie. Pod siodłem znajdzie się miejsce jedynie dla fabrycznego zestawu narzędzi i instrukcję obsługi.

Cały artykuł przeczytacie - tutaj

 

ZOBACZ TAKŻE:

Jesienny wysyp - MV Agusta - ZOBACZ TUTAJ

Przygotuj motocykl do sezonu - ZOBACZ TUTAJ

Yamaha XT1200Z Super Tenere - ZOBACZ TUTAJ

Ogłoszenia: Ducati - ogłoszenia

Więcej o: